Zapraszam serdecznie do zapoznania się z moim najnowszym artykułem na stronie Dziennika Śląskiego
„Pomocną rękę należy podać tym, którzy mądrze walczą, a nie mogą dać sobie rady.” - Stanisław Grzesiuk (z książki Pięć lat kacetu) Przedstawione historie są fikcją literacką, a zbiezność ze zdarzeniami i postaciami występującymi w rzeczywistości, jest jedynie przypadkowa. Zamiarem autora nie jest w sposób negatywny przedstawianie osób objętych postepowaniem sądowym a w pracy zawodowej kieruje się ogólnie pojetym dobrem każdej jednostki.
czwartek, 6 listopada 2014
poniedziałek, 27 października 2014
List od czytelniczki, który bardzo podniósł mnie na duchu ;)
"Właśnie skończyłam czytać książkę i choć nigdy tego nie robię, to już w połowie lektury postanowiłam, że napiszę do autora. Jestem jedną z tych młodych, naprawdę młodych, pracownic socjalnych, co robią się blade przy haśle „odbieramy dziecko”. W zawodzie od roku. Co mnie tam pchnęło? Wrodzona chęć pomagania i fascynacja syfem tego świata. Nieważne. Ważne, że od czasu kiedy pracuje to się nie zmieniło. Zapał jest większy i branżowe zainteresowania się poszerzyły. Tylko czasem są dni, kiedy pytam siebie jak bardzo muszę być stuknięta, żeby w tak młodym wieku bujać się z tymi wszystkimi zasiłeczkami stałymi i walczyć z wiatrakami. W taki oto sposób trafiłam na bloga, później na jakiś artykuł w gazecie, na koniec do książki.
Dawno nie połknęłam tylu liter tak szybko jak Twoich. Jeden dzień i po książce, choć teraz trochę żałuje bo chętnie jeszcze bym poczytała. Zacznę od tego, że mimo tragizmu znanego z codziennej pracy udało Ci się mnie kilka razy rozbawić. A to przy polowaniu na muchy, a to przy nowych butach za dwie i pół stówy, co pobrudzić ich nie chciałeś, no i manewry na śniegu Całość zrobiła na mnie duże wrażenie. Bo jest prawdziwa. Bez ściemy. Tu trochę o małolatkach, co Cię próbują poderwać. Tu o irytacji i narastającym wkurzeniu na ludzi i system. Historie z gwałtami w tle przypłaciłam, ciężkim koszmarem. No ale takie jest życie. To co dla mnie ważne, jest w tym wszystkim widoczna nadzieja lub wiara lub cokolwiek innego, co ja nazywam u siebie wiarą w człowieka. A może tym razem coś się zmieni, a może dziś nie spotkam M. zachlanego i uda mi się przeprowadzić wywiad i dowiedzieć, gdzie w końcu mieszka. Na pewno wiesz o co chodzi. Poczułam się lepiej, kiedy przeczytałam, że nie jestem sama w szaleństwie zaglądania w ludzie twarze w celu potwierdzenia lub zaprzeczenia moich domysłów, czy ta babka na ulicy naprzeciwko mnie to czasem nie zasiłek stały. Często się zastanawiam, dlaczego ludzie świadomie wybierają zawody, w których pracuje się z sytuacjami tak bardzo beznadziejnymi. Po co ludzie wybierają taką robotę? Jednocześnie mam poczucie, że w tym całym syfie jest jakiś sens. I dar dla mnie. Zrozumiały dla nielicznych. I kiedy już myślałam, że książka się skończy jedną z wielu historii i nie znajdę odpowiedzi na swoje pytanie, trafia się w książce ostatnia historia, epilog. Człowiek spod śmietnika i ostatni akapit. Jadę autobusem i się wzruszam. Bo myślę, że właśnie dla tego jednego/jednej na sto chcę robić, co robię.
Dziękuję Ci bardzo drogi autorze za tę książkę. Będę do niej wracała, a kiedy znów pomyślę „Olka, posrało? Po co Ci taka R O B O T A?”. Pocieszę się trochę i pomyślę, że inni mają gorzej(w domyśle Ty : ) ), zajrzę na 314 stronę i przypomnę sobie dlaczego od kilku lat chciałam być tu gdzie jestem, robić to, co robię.
Młoda Socjalna"
Współpraca ze Śląskim Dziennikiem
Z przyjemnością chciałem poinformować, że od dzisiaj publikuję swoje artykuły na stronie internetowego wydania Śląskiego Dziennika.
Mój pierwszy artykuł nosi tytuł: ""Bolesne decyzje kuratora sądowego" i zapraszam do jego lektury jak i innych, zawartych na stronie Śląskiego Dziennika.
Pycha, pychotka los to.... psotka (dokończenie)
Jak myślicie, ilu jest takich bękartów w bidulach jak Jarek? Ile dzieciaków ma przejebane już na starcie swojego życia? Powiem Wam że wielu. O wiele za wielu. Ugrzęźli w beznadziejności swojego życia skazani na łaskę innych. Na zmieniające się twarze wychowawców, na przybywające i wybywające inne pokaleczone przez los dzieciaki.
Jarek do Bidula trafił bardzo prozaicznie. Napisał list do pedagoga szkolnego że odbierze sobie życie. Wcześniej pociął się nożem na rękach, ale tak delikatnie, żeby za bardzo się nie skaleczyć. To wystarczyło, aby zawiadomiony sąd wydał decyzje o szybkim umieszczeniu Jarka w Placówce Opiekuńczo-Wychowawczej. Oczywistym jest że Jarek nie chciał się zabić, to było tylko jego wołanie o pomoc. O pomoc, by ktoś go zauważył i mu pomógł.
W Bidulu nie jest kolorowo. To często walka o przetrwanie i wyrobienie sobie odpowiedniej pozycji w grupie rówieśniczej. Trzeba się rozpychać, walczyć o swoje i wyrobić sobie odpowiednią renomę wśród innych, dłużej przebywających dzieciaków. Pozycję wyrabiasz albo kasą, albo strachem. Jarek który nie raz dostawał wpierdol od ojca nie czuł strachu przed bólem. I potrafił dobrze uderzyć. Tak dobrze, że niektórzy wychowawcy zaczęli się go bać, bo w napadzie szału stawał się nieobliczalny.
Końcówka jego pobytu w domu, zanim napisał list w którym straszył że odbierze sobie życie, to było nieustanne pasmo nieszczęść. Ojca już nie było, wyprowadził się, mieszkał z matką która kompletnie nie radziła sobie ze swoim życiem. Alkohol, ciągle zmieniający się faceci rżnący rodzicielkę w pokoju obok. Długi, często brak jedzenia i matka żebrząca rano na kacu, by poszedł załatwić jakieś piwo. PO pewnym czasie miał dość. Wstydziła się tym kim jest, wstydził się swojej matki, wstydził się jej bełkotu gdy zaczepiała go na ulicy jak wracał ze szkoły. Uciekał przed nią na podwórku, ukrywał przed kolegami. Jednocześnie jak ktoś coś złego na nią powiedział, walił w ryj. Z bezsilności. Szybko zobaczył, że inni zaczynają się go bać i schodzą mu z drogi.
W Bidulu szybko podporządkował sobie dzieciaki. Schodziły mu z drogi albo chciały się z nim zakolegować, ze strachu przed nim i jego nieobliczalną siłą. Jednak nie mogło trwać to zbyt długo. W końcu został umieszczony w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Może tam będzie mu lepiej? Kto wie...
poniedziałek, 22 września 2014
Pycha, pychotka..... los to psotka.
1.
Pycha
Pojęcie i
postawa człowieka, charakteryzująca się nadmierną wiarą we własną wartość i
możliwości, a także wyniosłością. Człowiek pyszny ma nadmiernie wysoką
samoocenę oraz mniemanie o sobie. Gdy jest wyniosły, towarzyszy mu zazwyczaj
agresja.
Stoję przed
masywnymi, pełnymi zdobień i okuć drzwiami bidula. Starego, przedwojennego
budynku, który od wielu lat pełni rolę Państwowego Domu Dziecka, w którym jak
sardynki w puszce ugniatane są dzieci, których rodzice okazali się po prostu
skurwysynami, powodując że ich dziecko znalazło się w tym miejscu. Za każdym
dzieckiem, a w tym bidulu jest ich osiemdziesięcioro stoi kurator, którego
Obiektywne Oczy Sądu przyczyniły się, że To dziecko znajduje się w tym miejscu
a nie w domu rodzinnym.
Udaję się do
pokoju wychowawców. Szukam Jarka, nastolatka wobec którego Sąd toczy postępowanie
o demoralizację. Gdy siadam naprzeciwko wychowawcy z parującym kubkiem kawy na
stoliku jego opinia jest jednoznaczna – umieścić go młodzieżowym Ośrodku
Wychowawczym. Jarek jest aspołeczny, zdemoralizowany, nie słucha wychowawców,
kradnie, pali papierosy… Litania, którą bez końca można wymieniać i która tak
idealnie pasuje prawie do każdego dziecka tu się znajdującego.
Oficjalnie o
dzieciach nie wypada źle mówić, bo nie wypada i już. Nieładnie jest mówić o
słabościach systemu, o wrzucaniu zdemoralizowanej młodzieży razem z
dzieciakami, nad którymi można jeszcze popracować, by osiągnęły sukces. Lecz
przeważnie nie mówimy tu o sukcesie w kontekście skończenia studiów, podjęcia
świetnie płatnej pracy, ale o sukcesie zdobycia zawodu, jakiegokolwiek. 90%
dzieci w bidulu ma rodziców – to sieroty społeczne wyrwane z objęć alkoholizmu
i degradacji emocjonalnej rodziców.
Obiektywne
Oczy Sądu musza przeprowadzić rozmowę z nieletnim. Sporządzić diagnozę osobowościowa
nieletniego, by ocenić jak mocno jest zdemoralizowany i jakie oddziaływania
trzeba podjąć by się naprawił. Lub nie. Bidul nie chce naprawy. Bidul podjął
decyzję że umieści go w Ośrodku. Przez sąd.
Jarka
tak naprawdę znam od dobrych 10 lat. To wtedy wpłynęło zawiadomienie z Ośrodka
Pomocy społecznej, że w jego rodzinie źle się dzieje. Wtedy też sąd postanowił
ograniczyć rodzicom władze rodzicielską nad nim poprzez nadzór kuratora
sadowego. Ot, kurator przychodził i sprawdzał czy dobrze zajmują się dzieckiem.
Wizyty w domu, w szkole, w Ośrodku Pomocy społecznej, tak przez 10 lat.
Dziesięć lat mówienia, sprawdzania, pouczania i kontrolowania. Dziesięć lat
pisania comiesięcznych sprawozdań do Sądu na okoliczność wykonywania władzy
rodzicielskiej. Dziesięć lat pracy za państwowe pieniądze, które w konsekwencji
przyczyniły się do tego, ze Jarek jest tu. W bidulu.
Wychowawca
szybko nudzi się tematem Jarka. Interesuje go czy nie ma szans zostać
kuratorem. Chociażby społecznym. Potrzebuje dorobić. Jak każdy w tym zawodzie.
Prowadzi mnie potem do pokoju w którym Jarek przebywa. Pokój podobny do tych w
internacie tylko ten zapach, potu, niemytego ciała. Na podłodze porozrzucane
brudne skarpety, spodnie, jakieś podkoszulki. Jarek leży na łóżku ze
słuchawkami na uszach. Słucha muzyki a telefonu. Patrzy na mnie z obojętna
miną. Zna mnie, wielokrotnie przychodziłem do jego rodziców i wielokrotnie był
świadkiem moich rozmów z nimi. Teraz przychodzę tylko i wyłącznie do niego, by
móc pomóc. Podobno.
Dopiero teraz
udaje się mi poznać prawdziwe życie Jarka. Jego punkt widzenia. Wiele spotkań,
rozmów, a także analiz akt sądowych pozwala zauważyć ogrom emocji, negatywnych
emocji których doświadczył w swoim krótkim życiu. Nie ma on żalu do sądu, nie
ma żalu do mnie, ma żal do rodziców, ze go zostawili i potraktowali jak
śmiecia. Wyrzucony, na margines społeczeństwa, gdzie miejscem życia jest bidul
wśród takich samych jak on – nie mających gdzie pójść, a zarazem czekających
choćby na krótkie odwiedziny matki czy ojca, którzy w chwilach trzeźwości
przypomnieli sobie ze maja dziecko, upchnięte w państwowej placówce jak
bezdomne psy w schronisku.
To że rodzice
go nienawidzili dotarło do niego później, o wiele później, gdy jako pozornie ukształtowany
młody nastolatek trafił do tego miejsca. Z dzieciństwa pamięta ciągłe kłótnie,
awantury, wyzwiska, gdy jako dziecko zaczął rozumieć otaczający go świat.
Dopiero później zaczął zastanawiać się, czy on naprawdę był kochany, czy
kochano go tak, jak powinni kochać szczęśliwi rodzice. Wyobraża sobie że
najszczęśliwszy był wtedy, gdy będąc małym dzieckiem leżał w kołysce a rodzice
nachylali się nad nim, robiąc te swoje dziwaczne minki i gaworząc próbują go rozśmieszyć.
Lubi marzyć o tym że śmiał się wtedy do nich, widząc ich roześmiane twarze
nachylone nad nim. RODZICE. Matka i ojciec. Ci, którzy dali mu życie by mógł
szczęśliwie dorastać w ich otoczeniu.
Jarek lubi
marzyć w jego w domu było naprawdę dobrze. Tworzy wyidealizowany obraz rodziny,
bo tak jest łatwiej. Podświadomie chce wierzyć że rodzice go kochają i zabiorą.
Liczy, że któregoś dnia po prostu przyjdzie do domu, a na stole będzie czekał
na niego obiad ugotowany przez mamę, a przeszłość szybko zostanie przez niego
zapomniana. Marzy o tym, jednak im jest dłużej w bidulu, tym bardziej boi się
ze to nie nastanie. Łapie go stres, z którym nie potrafi sobie poradzić. Lęka
się.
Im był
starszy, tym było już coraz gorzej, coraz mniej momentów, gdy uśmiechnięci rodzice
trzymali się za ręce, a on idąc niezgrabnie przodem, potykałem się o każdą
nierówność chodnika. Ale, jak sam mówi jeszcze nie było tak źle, jeszcze
potrafili się uśmiechać, przynajmniej na zewnątrz, gdy podczas spacerów i
spotkań ze znajomymi udawali, ze jest pomiędzy nimi dobrze, choć w domu potrafili
przez kilka dni nie zamienić pomiędzy sobą słowa. Pamięta jak na spacerach brał
mamę i tatę za rękę bo chciał czuć, że są blisko niego i chciał, by rodzice
także zbliżyli się do siebie. Ciche dni poprzeplatane były dniami pełnymi
awantur. Wtedy też usłyszał ze jestem bękartem, wpadką. Zapewne początkowo nie
rozumiał tego słowa, kojarzyło mi się jednak to słowa bardzo dziwnie. Przeważnie
używał go ojciec, gdy do mamy mówił, ze puściła się z jakimś innym. Nie
wiedział co znaczy puścić się, zastanawiał się czy chodzi tu o to, że gdzieś
mama się nie trzymała i upadła. Nie rozumiał….
Kolejnym nowym
słowem jakie poznał i które pamięta to skrobanka. Wiedział że można skrobać
patykiem, można robić takie fajne wydmuszki, gdy podczas świąt Wielkiej nocy
mama wyskrobywała drucikiem na jajkach różne ciekawe wzorki. Nie rozumiał tylko
czemu mówiła w kłótni z tatą, że mogła go wyskrobać? Próbował wyobrażać siebie
jako jajko wielkanocne, które mama próbuje tak przyozdobić drucikiem w różne
wzorki, kwiatuszki i szlaczki. Zastanawiał się czy to nie będzie boleć.
Gdy po raz
pierwszy poszedł do przedszkola, a miał pięć lat, nie było praktycznie dnia,
aby rodzice nie kłócili się wieczorami. Praktycznie już o wszystko. O pieniądze,
o jakieś kobiety, o niezapłacone rachunki no i o niego. Znów słyszał, że mama
żałuje że go nie wyskrobała, a tata ze nie jestem jego synem, tylko jakiegoś
innego, co ma żonę i dwójkę dzieci… Po takich kłótniach matka często zapalała
papierosa i przychodziła do pokoju sprawdzając czy śpi, ale on nie spał, udawał
z zamkniętymi oczami, by po chwili objąć ją ramieniem.
Mieszkała z
nim babcia. Bardzo kochał babcię, ale ona ciągle płakała. Płakała po każdej
kłótni taty z mamą i płakała, gdy pytał się jej co znaczy bękart. Nigdy mu nie
odpowiedziała i dopiero po czasie zrozumiał dlaczego. Kiedyś jeden raz babcia
powiedziała do jego mamy, że jak jej się nie podoba, to może zabrać dzieciaka i
się wynosić. Mama wtedy wyszła z domu i płakała. Wracała późno w nocy i kładła
się bez mycia koło niego. W sumie to babcia była fajna, dawała mu czasami
cukierki, które nosiła w kieszeni. Zawsze miała schowane miętowe dropsy i jak bardzo
ładnie ją poprosił, to swoja spracowaną ręką wyciągała cukierki, odwijała z
papierka jednego i wkładała mu do buzi. Drugiego wkładała sobie, a resztę
starannie zawijała i z powrotem chowała do kieszeni fartucha. Lubił te dropsy,
choć często oblepione były takimi farfoclami, które zawsze zbierają się na dnie
kieszeni fartucha. Potem babcia umarła. Jakiegoś raka dostała w głowie i
ostatnie co pamięta to jak wyła leżąc w domu
w łóżku. Mimo że wiedział że jest z babcią bardzo źle, to nawet się
cieszył, bo rodzice mniej się wtedy kłócili pomiędzy sobą.
W szkole do
której poszedł po ukończeniu przedszkola nauka sprawiała mu trudności. Był
często rozkojarzony, zdenerwowany, łatwo się irytował. Jak ktoś go przezywał
lub zaczepiał, od razu rzucał się na niego z pięściami. Pani mówiła że jest
agresywny, że dzieci w klasie się go boją. Ale on nie potrafił inaczej reagować
niż w ten sposób. Przecież tak nauczyli go rodzice, którzy już wtedy szarpali
się i bili, bo same słowa w kłótni nie wystarczyły. Zauważył też, że to, że
inni się go boja sprawia mu radość. Ma poczucie triumfu nad nimi, napawa go
dumą strach innych dzieci przed nim.
Pamięta że
pierwszy raz dostał porządne lanie od ojca po Komunii Świętej. Goście którzy
przyszli przynosili głównie pieniądze, które wręczali mu w kopertach. Wtedy
rodzice byli bardzo szczęśliwy. Pieczołowicie zbierali wszystkie koperty, by
móc od razu w łazience je przeliczyć. Po Komunii zapytał ich czy kupią mu
komputer, jednak powiedzieli że mają inne wydatki i nie dostanie komputera.
Następnego dnia wziął 100 złotych z kupki pieniędzy schowanej w szafce i wydał
na słodycze przez cały dzień. Wtedy gdy ojciec go bił pasem po plecach, został
nazwany złodziejem. Pamięta że od tamtego czasu, jak ojciec nie mógł czegoś
znaleźć w mieszkaniu, to zawsze go pytał czy znowu czegoś nie ukradł.
Niewyskrobany
bękart i złodziej.
CDN…
czwartek, 11 września 2014
Wujek - dokończenie
- A ty nie powinnaś być w szkole o tej porze? – zapytałem
butnie aczkolwiek nieśmiało, gdy swym ponętnym i jakże sportowo porysowanym
samochodem zatrzymałem się przy sklepie. Nasza Główna Bohaterka mizdrzyła się w
stronę Alwara, gdy ten prężył swój ponętny tors schowany pod czarną bluzą,
której napis wielbił Jana Pawła II.
Uwielbiam osiedlowe sklepiki. Po prostu zajebiście je
kocham. Sam robię rano zakupy z takim jednym, gdy czasami przed pracą zaiwaniam
po bułki, by zeżreć je później z dżemem i popić mlekiem lub innym kakałem. Jak
to jest, że już o 7 rano najczęściej schodzącym artykułem jest piwo? Najtańsze,
z butelką na wymianę. Najbardziej rozpierdala mnie taki plastikowy koszyczek na
sześć browarów. Co by się kurwa nie potłukły. Nie żadna reklamówka, siateczka,
tylko koszyczek plastikowy z rączunią do wygodnego niesienia trunku za 1,69 za
butelczynę. I te facjaty kupujących, którzy z obłędnym wzrokiem wchodząc do
sklepu sprawdzają, czy przypadkiem nie zbrakło ich napoju mocy. „Niech mocz
będzie z nimi!”. Tak, mocz, bo śmierci przy takim sklepie jak z TOI-TOIA na
Woodstocku.
Nielatka spojrzała w moją strona beż większego wrażenia, a
Alvaro wstał z murka na którym siedział i wycedził w moją stronę słowa:
- Czego od niej chcesz?
O Ty chuju niemyty. Ciebie nie pytałem, nie wnikam co tu
robisz, choć powinieneś pamiętać jak u Ciebie wywiad robiłem, bo przyszło
zawiadomienie ze napierdalasz swoją konkubinę z dwójką dzieci.
- Nie pamiętasz mnie? – To ja też na Ty mu wale, doczekując
momentu aż sprowadzę go słownie do parteru. Osiedlowy chojaczek z miodem w
uszach i włosach wystających z nosa. Dlaczego oni nie patrzą w lustra i nie
pozbędą się tej oznaki męskości to nie wiem. Bardziej rozwalają mnie jeszcze
wąsy, które rosnąc krzywo próbują przedostać się do dziurek w nosie. Cholera,
zakichałbym się na śmierć chyba gdybym cos takiego wyhodował u siebie.
- Dobra, ja idę – wycedził Alvaro w stronę nielatki, której
mina wyrażała tak totalne wyjebanie na cały system, że zacząłem wątpić w sens
swojej pracy. Zastanawiać nawet się zacząłem, po co ja się tak przejmuję. I tak
jej nie zbawię, co najwyżej nowa rysa na moim samochodzie przyjedzie, gdy jeden
z drugim debile postanowią pokazać mi co sądzą o mnie i mojej jakże potrzebnej
narodowi polskiemu pracy. Gdy tak sobie myślałem nad egzystencjalnymi
problemami dnia codziennego i zastanawiałem się po jaka cholerę w moim
samochodzie pali się następna kontrolka koloru pomarańczowego na desce
rozdzielczej, ze sklepu wyszła kobiecina, na oko 70-letnia chowającą setkę
wódki i mocnego Okocimia do siateczki razem z bułkami zresztą.
Alvaro chodem gibona oddalał się od sklepu zarzuciwszy
uprzednio kaptur na głowę i rozłożywszy ręce jakby dwa arbuzy z biedronki
niósł, udał się w stronę najbliższego bloku mieszkalnego, bo co w końcu miał
innego do roboty.
- Czemu nie w szkole, Zuzanno? – powtórzyłem swe jakże
naiwne pytanie w stronę piętnastolatki, która wymalowana na gębie jak tania
dziwka z autostrady dodawała sobie lat.
- Już skończyłam lekcje – odpowiedziała naburmuszona i wzrok
skierowała w nieokreśloną dal, wspominając zapewne wiersz, jakiego uczyła się
na pamięć na ostatniej lekcji języka polskiego.
- Sprawdzę – odpowiedziałem jakże uprzejmie i pojechałem
dalej, bo cóż innego miałem do roboty. Nie stanę przecież i nie zacznę prawić
morałów, że „ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz”. W ogóle śmieszy mnie to,
że morałami tego typu można osiągnąć sukces. No, chyba ze mówimy do dzieciaka,
który jeszcze nie jest zdemoralizowany i przeżarty gównianym myśleniem do
szpiku kości no i jeszcze się boi Sądu, kuratora i nie maże po ścianach „HWDP”.
Zdemoralizowany nielat ma wyłożone na cały system. W sumie to za mało
powiedziane, on ma WYJEBANE. Tak, nieraz słyszałem słowa skierowane do mnie
które brzmiały „i co mi zrobicie?”, albo jeszcze lepiej „w dupie mam sąd i
jebaną Policję”. Niektórych stwierdzeń nie da się w sumie cytować, nie dlatego
że wulgarne, ale najnormalniej w świecie wstyd. Tak, moi czytelnicy, nawet taki
pojebany gówniarz zmiesza cię czasami z błotem i wskaże gdzie ma instytucje
sądową i nadzór kuratora. Na szczęście zdarza mi się to rzadko, bo niejeden z
nich miał możliwość przekonania się, że w słówkach nie przebieram i jak się
uprę, to osiągnę cel.
Ale wróćmy do naszej podsklepowej małolaty. Oczywistym było,
że do szkoły nie chodziła. Oczywistym było także, że już dawno złożyłem na nią
wniosek by umieścić ją Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Jednakże nasze
kochane przepisy nie ułatwiają nam zadania. Żeby małolata skierować do MOW-u
trzeba mu zrobić badanie w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym, na
które często czeka się nawet po kilka miesięcy. A w tym czasie ty udajesz ze
pracujesz, udajesz że motywujesz, udajesz że się starasz by debil chciał
zmienić swoje postępowania, a w głębi duszy odliczasz do momentu, gdy RODK
napisze w swej opinii, ze gówniarz czy też inna gówniara nadaje się do
umieszczenia w tym przybytku odosobnienia.
Któregoś dnia poszedłem do miejsca zamieszkania
gówniary-Zuzanny by przeprowadzić z nią jakże poważną rozmowę odnośnie Alvara i
stosunków łączących ją z tym typem. Nie powiem, cały dzień tak mocno dawał mi
się we znaki, że miałem zamiar odbębnić spotkanie, wygłosić standardowe
formułkowi o szkole, powrotach systematycznych do domu i do nie zadawania się z
menelami spod budki z piwem. Po wejściu do domu zostałem zaproszony do dużego
pokoju gdzie usiadłwszy w fotelu zacząłem rozmowę z mamusią i jej córką, która
ze spuszczoną głową chlipała cichutko.
- Bo wie pan – rzekła mamusia w moją stronę – ja jej chce
dać szansę.
„ what the fuck?” – pomyślałem cichutko nie wierząc w to co
słyszę.
- Ona mi obiecała poprawę – dokończyła swoją myśl
rodzicielka.
O rzesz jego mać przenajświętsza Anielka. Matczyne uczucia
do córki się odezwały. To ja się spuszczam, załatwiam jak najszybsze badanie w
RODK, dzwonie, proszę, rozmawiam z sędzią, sporządzam notatki, bo przez
ostatnie 3 miesiące matka na niej ostatnie psy wieszała, że łazi i się kurwi i
ona już rady nie daje, a ta mi, że jej szanse daje. Naiwna i głupia, ale ma
prawo. Matka to w końcu, rodzicielka co to stworzenie w swym łonie nosiła i w
bólach porodowych wydalała na świat.
- Dobrze – odpowiedziałem.
Nielata podniosła głowę.
- To teraz będziesz systematycznie do szkoły chodziła,
słuchała się mamy, odrabiała lekcje, nie zadawała się z lujami a w
szczególności z Alvarem. Będziesz grzeczna, posłuszna i pomagała w pracach
domowych. Nie będziesz malowała się jak tania dziwka z autostrady, skończysz z
papierosami, alkoholem i z uśmiechem będziesz mówiła mi dzień dobry, jak do
ciebie przyjadę. – wyrecytowałem formułkę i zadowolony podsunąłem jej czystą
kartkę pod nos.
- Po co mi to? – zapytała
-Teraz mi to wszystko napiszesz, że bardzo zależy Ci na
zmianie na dobrą i grzeczną dziewczynkę – z uśmiechem na twarzy podałem jej
także długopis.
Pochyliło się dziewczę nad biała kartka i w swe drobne,
wytipsowane paluszki wzięło długopis i….
- Ale co mam napisać?
- No pisz. Imię, nazwisko, data….. – dyktuję.
- Ale swoje?
Nie do cholery. Moje, mojego psa i sąsiada, który codziennie
najebany kłania mi się w pas. W końcu postanawiam jej dyktować bo sama, jak
widzę i czuję, nic konkretnego nie wymóżdży. Na koniec dałem do mamusi do
podpisania i poinformowałem, że karteczka będzie w akta wpięta a Pani Sędzia
szczególnie nad nią się pochyli i być może też zapłacze nad losem smutnej,
biednej i poszkodowanej Zuzanny, co to nagle zapałała chęcią naprawienia się i
wyprostowania.
Oczywistym jest, że nie wierzyłem. Za stary jestem na to i
wiem, że jak raz nielat złamie tabu i pójdzie w długą, to zew natury będzie go
ciągnął w patolę. Więc nie byłem zaskoczony, gdy po kilku dniach dzwoni do mnie
mamusia i z płaczem mówi:
- Uciekła, nie ma jej od wczoraj, ukradła mi pieniądze na
rachunki, 500 złotych – chlipie w słuchawkę – niech ona pójdzie do tego
ośrodka.
I tak oto zakończyła się matczyna litość nad córeczką, która
po niedługim czasie znów spróbować chciała meliny z całym dobrodziejstwem, jaką
ta oferowała.
Zuzia wróciła dnia następnego, znów doprowadzona przez
Policję. Tym razem matka zabrała ją do ginekologa, jak to powiedziała „by mieć
pewność, że w ciąże nie zajdzie”. Nie wiem co zrobiła, nie wnikałem. W każdym
razie niedługo odbyło się badanie w Ośrodku i małolata dostała do niego
skierowanie. Przebywała tam 1,5 roku. Obecnie pracuje jako kasjerka w jednym z
popularnych marketów i najlepsze jest to że zawsze, ale to zawsze mówi „dzień
dobry” i pyta się co słychać. Jej uśmiech wtedy wydaje się być naprawdę szczery.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Nawiążę współpracę
No cóż, jako że pisanie bloga przynosi mi tak wymierne korzyści finansowe, ze pływam w luksusach i ze snobizmu zajadam chleb z pasztetem, a wydana książka przyniosła mi milionowe zyski (przed denominacją) w związku z powyższym przyjmę ciekawą ofertę zdalnej pracy polegającej na pisaniu reportaży, fotoreportaży, o tematyce społecznej i związanej z ogólnie pojętymi problemami społeczeństwa polskiego, komentarze, a także inne, równie ciekawe propozycje. Nawiąże także chętnie współpracę z osobami lub instytucjami, które chciałyby publikować moje teksty tylko na wyłączność. Wszelkie informacje na priv. Zapraszam do współpracy.
kuratorsadowyfacebook@wp.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)