Ciągle trwają prace nad książką. Poniżej projekt okładki książki (pierwsza strona). Prawdopodobnie 5 marca już się ukaże :) Imię i nazwisko jest pseudonimem.
„Pomocną rękę należy podać tym, którzy mądrze walczą, a nie mogą dać sobie rady.” - Stanisław Grzesiuk (z książki Pięć lat kacetu) Przedstawione historie są fikcją literacką, a zbiezność ze zdarzeniami i postaciami występującymi w rzeczywistości, jest jedynie przypadkowa. Zamiarem autora nie jest w sposób negatywny przedstawianie osób objętych postepowaniem sądowym a w pracy zawodowej kieruje się ogólnie pojetym dobrem każdej jednostki.
poniedziałek, 24 lutego 2014
niedziela, 9 lutego 2014
Makaki
Słońce schyla się ku
horyzontowi nad tym małym i spokojnym miasteczkiem, gdzie szalejące bezrobocie
spowodowało, że pełno nurów co wieczora wychodzi ze swych nor, by na każdym rogu
oddawać się wątpliwej przyjemności spożywania taniego muzgojeba, który
masakruje z prędkością karabinu maszynowego szare komórki mózgowe. Sielski
obrazek społecznych mend, które poruszając instynktownie ustami, wydaja
wyartykułowane z ciężkim trudem słowa, mówiąc i prowadząc dysputy polityczne,
jak to kurwa dzieje się źle w tym kraju, w którym pracy nie doświadczysz, a jeśli
już to za marne grosze, więc nie opłaca się u nikogo zapierdalać. Gdzie lepiej stać
i topić w zakwasie siarkowym swe smutki, by potem najebanym wrócić do swych
żon, konkubin, dzieci i zwierząt domowych.
W blaskach
zachodzącego słońca pojawiają się grupy gimnazjalne tzw. „gimbazjady”, płci różnej,
czasami trudnej do odróżnienia, które zmierzają w znane sobie pakamery, by oddać
się ułudzie i spędzić miło czas w swoim towarzystwie. Idą takie 2 czy 3 gimnazjalistki,
w wieku lat 16, zaznaczając swoją obecność na ulicy rzucanymi na lewo i prawo
kurwami i pizdami.
„Pizdeczki” – to nie
moje określenie, same tak się określają i pozwalają mówić w ten sposób do
siebie swoim znajomym. „Dziweczki” – zwrot „Ty moja dziwko” znaczy to samo co
najlepsza przyjaciółko, ot taka to ojczyzna - polszczyzna. W rączkach telefony,
doładowania za 5 złotych, bo na więcej pieniędzy nie ma. Kupione papierosy z
zrzutki – najtańsze, ale jest co palić.
Z drugiej strony ulicy
idą ONI. Młodzi gniewni gimnazjaliści, obowiązkowo z kapturami na głowach. To
takie zajebiste dla nich, nosić kaptur chyba w celu ukrycia młodzieńczego
trądzika i lekko zarysowującego się wąsa pod nosem. Dorośli, choć metryki wskazują
na co innego. Białe adidsy, ubłocone lub zielone od trawy. Idąc klną na czym
świat stoi, czasami drą papy udając ze śpiewają przyśpiewkę lokalnego klubu
piłkarskiego.
Spotykają się, a
słowami powitalnymi jest „co jest szmaty?”, „Gdzie zapierdalacie?”, na co one
równie chętnie odpowiadają „Spierdalaj łosiu, a chuj cie to obchodzi”. Potem następuje
kilka trudnych do zrozumienia dźwięków, wydanych przez szympansów na rykowisku,
wyszczerzenie w uśmiechu zębów, które od dawna nie myte zaczynają mieć ślady
próchnicy. Dentysta drogi, maja lęki przed borowaniem, choć w szkole i poza nią
są herosami i panami dzielni. Któryś z nich zamacha łapką w powietrzu,
zachrumka jak wieprz na świniobiciu, powie cos w stylu „joł joł men, madafaka”,
pokazując że jest obeznany w amerykańskich serialach, a przywódca grupy, z
reguły pochodzący z największej patoli, zaproponuje dziewczętom wspólne
poczytanie książek:
-Idziecie szmaty z
nami?
- Spierdalaj cwelu, z Toba?
- idziemy zajarać,
idziecie?
Szmaty, znaczy
gimnazjalistki od początku wiedziały że pójdą. To takie zajebiste no i co tu
robić o tej porze w tej mieścinie. Przywódca gimbazy wyciągnął pozłotko z
połówką marihuany zakupioną za 15-20 złotych. Po dwa, trzy machy na jednego. Będzie
fun, będzie zabawa.
Pali się na stadionie
piłkarskim, a raczej na resztkach ławeczek które zostały, a które zręb czasu i
nóżki oraz rączki wszelkiej maści gimbazjady, skutecznie zniszczyły. Siada się
na tym co zostało i osłaniając od wiatru, by nie zdmuchnął drogocennej roślinki,
miesza się gangste z tytoniem z fajki, by potem skręcić Lolka. Mistrzem jest
ten, który potrafi skleić najlepszego i najbardziej równego. Ustnikiem jest
kawałek tekturki, zwinięty w rulonik i wetknięty w jeden koniec.
- kurwa, spierdalaj,
nie nachylaj się, uważaj cwelu bo wysypiesz… - to normalne słowa padające przy
tej czynności – nie dmuchaj kurwa, odjeb się, kurwa odsłoń, kurwa bo zaraz ci
zajebie……
Jedna z podnieconych
małpek, na sama myśl o paleniu zaczyna skakać i rżeć sama do siebie. Przeważnie
łapka jej wtedy lata, strzelając palcami w powietrzu, co podkreśla jej
zajebistość i chęć wyróżnienia się grupie. Ten taniec makaka jest całkowicie
ignorowany przez skręcających lolka, a czasami komentowany słowem:
- weź, ić stont,
kurwa!
Samice przeważnie siedzą
na betonowym murku i odpalając papierosa czekają na rozwój wypadków. Nie
zwracają większej uwagi na skaczącego makaka, bo jest on niestabilnie
emocjonalnie „gupkiem”, nie wartym, aby dać mu nawet cycka potrzymać. Makak myśli
że jest zajebisty i dowartościowuje się w ten sposób, lecz średnio rozgarnięty
człowiek wie, że nie potrafi pohamować podniecenia.
Czasami pali się jeszcze
z lufy, fifki, czyli szklanej rureczki do papierosów. Każdy głupi wie, że jak
makaki kupują to, to nie po to by palić papierosy. Nabijają suszem lufkę i
przykładając czasami tekturkę (pudełko, cokolwiek) do jej końca, rozpalają zielsko.
Aczkolwiek jeśli ma być jaranie na kilka osób, lepiej zmieszać z tytoniem.
Lola rozpala zawsze
szef. Czyli przywódca makaków który przyniósł i zakupił towar. To on ma prawo
do pierwszego macha. Robi go bardzo dużego, wciągając dym w swe wątłe płucka,
by przytrzymać go jak najdłużej w ich środku. Potem powoli wypuszcza obłok
słodkiej chmury i podaje skręta następnemu w kolejce. Na końcu z małpiatek pali
przygłup, który najwięcej podniecony skakał. Dziewczynom się proponuje palenie,
ale nie wszystkie biorą jednego lub dwa Maszki. Malutkie, płytkie, zaraz
wypuszczają dym. Niedoświadczone.
Czasami to się robi
takie fajne, dziwne zabawy. Na przykład „dmuchańca”. Jeden z makaków wciąga
dym, robi Dziubka, a drugi makak zbliża się do jego ust swoimi ustami i w
momencie gdy ten wypuszcza dym, tamten wciąga to, co wyleciało. Wygląda to jak peda….
przepraszam, pocałunek pary homoseksualistów, ale małpiatki mają przy tym dużo
zabawy.
Po skończeniu palenia
następuje zwała. Jedni się śmieją, drudzy zmuleni siedzą na ławeczce. Po
godzinie, dwóch wszystko puszcza, a w głowie robi się coraz większa dziura.
I takiego makaka, z
dziurą po marihuanie w głowie, wkrótce opiszę.
CDN…
środa, 29 stycznia 2014
Drażliwie i dyskusyjnie
Jej życie zaczęło się
pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy to mały, zamroczony alkoholem plemniczek, przedostał się do
napełnionego etanolem jajeczka w macicy, gdzie rozpoczął się podział komórkowy,
tworząc w swym alkoholowym zwidzie malutka zygotkę a później wydając na świat
Kingę – małe, brzydkie, pokraczne stworzonko, które wcale nie było kochane i
pożądane. Bogu dziękować tylko, że gdy
mamusia rodziła nasza pokiereszowaną dziewczynkę, zlitował się pan doktor, bo
nie był to pierwszy poród tejże mamusi, i zgrabnie zamaszystym ruchem skalpela
uniemożliwił jej dalsza prokreację, jak Pan Bóg i Koran przykazał. Dzięki swej
śmiałej i odważnej decyzji, nie znając jeszcze przepisów o zakazie wykonywania
takich zabiegów, żyjąc w nieświadomości, że jakieś feministki mogłyby go
oskarżyć, a także dzięki temu, że TVN i Gazeta Wyborcza były dopiero w planach
pewnych ludzi, dokonał on tego, co
chciałoby wielu ludzi pracujących z takimi osobami, ale bojących się głośno
tego powiedzieć. Podwiązanie. Jednym pięknym słowem – wysterylizował kobietę.
W Polsce nielegalne.
Nie można i już bo jest nieodwracalne. Zastanawia mnie, dlaczego feministki i
inne ruchy tak zaciekle wałczą o możliwość aborcji, a nie słychać jakoś głosów,
by kobiety mogły się sterylizować – bezpłatnie, na Fundusz Zdrowia. Rodzi taka
kobieta sześcioro, siedmioro, ośmioro dzieci, widać że sobie rady nie daje,
chce się podwiązać bo nie wychowa następnego, tabletek brać nie może, a mąż
gumy nie nałoży – idzie taka do lekarza, a ten jej że nie wolno. Do cholery –
płeć w tym kraju można zmienić, uciąć lub doprawić to i owo, a wysterylizować
się nie można. Bo, kurwa, nie idzie tego już cofnąć. Jak mi jaja obetną i
zrobię się dziewczynka, tez będzie nieodwracalne.
U malutkiej Kingusi
stwierdzono wiele wad rozwojowych – upośledzenie, niedowład ręki,
rozszczepienie podniebienia, zez – to tylko nieliczne jakie zdołałem zapamiętać
zapoznając się z aktami. Dziecko miało problemy z połykaniem, żyło w swoim
świecie do którego ciężko było dotrzeć. Obraz nędzy i rozpaczy.
Matka upośledzonego
dzieciątka miała nadzór kuratora. Niby karmiła, niby do lekarza czasami
pojechała, ale to wszystko co dzieciakowi mogła lub chciała dać. Tatuś,
pracując dorywczo po różnych fuchach, nie zajmował się nic a nic dzieciakami,
nie mówiąc o tym najmłodszym, martwiąc się tylko, czy ma co żreć w domu i czy
aby na wódę lub browara z kolegami po pracy starczyło. Tak mijały lata…..
Pełen zapału zająłem
się ta sprawą i to jak pamiętam na początku swej sądowniczej kariery.
Pojechałem na tzw. objęcie nadzoru, w którym z pełnym profesjonalizmem opisałem,
jak wygląda życie Kingi i jej rodziny oraz jakie działania należy podjąć, by „żyło
się lepiej”. Im, nie mi oczywiście.
Pamiętam, w chałupie
tej czas się zatrzymał dwadzieścia lat wcześniej. Drewniana podłoga z nieheblowanych
desek położona była w całym mieszkaniu. Z podwórka wchodziło się do kuchni, w
której znajdował się piec opalany drewnem z żeliwnymi paleniskami na górze.
Łazienki nie było – wszystkie czynności higieniczne, jak mycie czy pranie
robiło się w kuchni – o czym świadczyła wielka, metalowa balia i równie wielki
garnek stojący na kuchence a służący zapewne do gotowania wody. Dalej były dwa
pomieszczenia służące za pokoje ogrzewane starymi piecami kaflowymi, tapczany… Wszędzie
brud, kurz, brudne firanki, zaduch.
Z perspektywy czasu nie
mam siły nazwać ją patolka. Była upośledzona, skończona szkoła specjalna z
przyuczeniem do zawodu kucharz małej gastronomii. Oczywistym jest że nie
pracowała – utrzymywała się z renty socjalnej, cos koło 400 złotych i świadczeń
rodzinnych i zasiłków pielęgnacyjnych. Urodziła czworo dzieci, najstarsze w
szóstej klasie chyba, oczywiście szkoły specjalnej. Wszystkie jej dzieciaki
były w specjalnej.
Nie był to dla niej
problem. Wręcz się cieszyła, że tam uczęszczają do szkoły.
- Panie, rentę będą miały
– powiedziała dumnie i cieszyła się, że w ten sposób zabezpiecza im przyszłość.
Najmłodsza uczęszczała do
jakiegoś specjalnego ośrodka dla dzieci ze sprzężonymi niepełno sprawnościami.
Cały tydzień była w internacie szkoły, przywożone było na weekendy. Nie
cieszyło się sympatia starszego rodzeństwa – było nieznośne dla nich,
krzyczało, wyło, pluło, wymagało chyba nawet pampersowania. Rodzina ograniczała
się do podstawowych czynności pielęgnacyjnych – nakarmić, zmienić gacie, wystawić
w wózku na podwórku. Ot, żyjątko w rodzinie.
Mamusia popijała.
Głównie z tatusiem, który czasami nie mając towarzystwa do picia alkoholu,
kazał swej zonie pic razem z nim. Cóż ona mogła zrobić? Odmówić? Jeszcze z
piąchy dostanie w łeb tak, że nogami się nawinie. Pan kazał, a sługa musi. Bez większego
wyboru.
Miesiące w rodzinie
mijały od jednej zapomogi do drugiej. Od jednej wizyty kuratora do następnej.
Od odwiedzin pracownika socjalnego do wypłaconego zasiłku. Czasami podrzuciłem reklamówkę
zabawek, potem postraszyłem zabraniem dzieci, jak nie posprzątają albo znowu będę
miał sygnały, że kobiecina znów z mężem piła. Nie było tam typowej patologii,
ze chleją codziennie na umór i zaniedbują dzieciaki. Matka do szkoły chodziła,
w opeesie dożywianie załatwiła, dofinansowanie do podręczników. Tylko ten
marazm. Brak jakichkolwiek perspektyw, wyuczona bezradność życia. Dzień za
dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem.
Jej stwierdzenie, ze dzięki
szkole specjalnej będą miały rentę socjalną siedzi mi w głowie do dzisiaj. Ile
takich rodzin funkcjonuje w całym społeczeństwie. Od małego dzieci są wychowywane
by żyć na przysłowiowym garnuszku od państwa. Od chwili urodzenia, dąży się do
jednego – renta, zasiłek, który ktoś da, a nie na który samemu się zarobi.
Często jestem w Ośrodku
Pomocy Społecznej. Przerażają mnie kolejki matek z dwojgiem, czworgiem dzieci, proszące
o zasiłek a potem stojące z tymi dzieciakami do kasy, by ten zasiłek wypłacić.
Małe dzieci uczą się, że trzeba napłakać, trzeba nakłamać, trzeba wyżebrać albo
wykłócić. Wiem, są ludzie w naprawdę ciężkiej sytuacji, ale czy jest ich aż tylu?
Rosną następne
pokolenia uzależnione od pomocy Państwa. Od zasiłków, zapomóg, i wszelkiej maści
Caritasów czy Komitetu Pomocy Społecznej tak znanego z rozdawania żywności. W
kolejkach do tych instytucji stoją mężczyźni w sile wieku, kobiety mające zdrowe
ręce, bo któż jest w stanie przez pół miasta dźwigać torby z kilogramami cukru,
mleka, mąki, dżemów, makaronów a czasami nawet i słodyczy?
Kiedyś zastanawiałem
się, jak ograniczyć zasiłki i nie wypłacać im ludziom zdrowym, albo kazać
chociaż im odpracować to, co dostają za darmo. Myślę że sprawa byłaby łatwa do
zrobienia – prace interwencyjne, staże, prace społeczne. A jeśli nie masz z kim
zostawić dzieci, będzie opłacony żłobek, świetlica socjalna, przedszkole. Wtedy
okazałoby się, że nie każdy chce pracować ale i nie każdy nagle tej pomocy
społecznej potrzebuje.
Zastanawiacie się jak skończyła
rodzina? Nie, nie zostały dzieciaki odebrane. Starsze rodzeństwo rzeczywiście
dostało renty socjalne i rozpierzchli się po okolicznych wsiach, gdzie zaczęli
płodzić następne dzieci. A nasza upośledzona zygotka? W wieku 18 lat trafiła do
Domu Pomocy Społecznej. Niezdolna do samodzielnej egzystencji, gdzie miesięczny
koszt utrzymania, to ponad trzy tysiące złotych.
Z perspektywy czasu,
jak ocenić lekarza, który wysterylizował upośledzona kobietę? Czy zrobił źle?
Czy po prostu zapobiegł następnym tragediom dzieci?
Niedawno byłem
świadkiem zażyłej debaty, czy można nakazać sterylizację. I na podstawie historii
Trynkiewicza, który zamiast kary śmierci opuści niedługo zakład Karny, a nasze
Państwo robi wszystko by znów go zamknąć by chronić społeczeństwo przed nim
stwierdzam, że powinno się sterylizować. W końcu rola Państwa jest także zapobiegać
wszelkiego rodzaju patologiom, pardon, dysfunkcjom. Więc skoro można Trynkiewicza
odseparować dla dobra ogółu od społeczeństwa, to może i powinno się wysterylizować
osoby, które nigdy, ale to nigdy nie dadzą gwarancji że będą w stanie
prawidłowo wychować swe dzieci? Albo które udowodniły, porzucając swoje
potomstwo, że nie nadają się na matki czy ojców?
Jest to temat drażliwy
i dyskusyjny. Już wyobrażam sobie te komentarze wyzywające mnie od nazistów,
ale zastanawiam się, czy nie powinno wprowadzić się dobrowolnej, legalnej
sterylizacji kobiet jak i mężczyzn. W końcu kobiety powinny mieć prawo do
dysponowania własnym ciałem, więc zamiast dokonywać aborcji, może lepiej się sterylizować?
Także legalnie.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
BLOG ROKU 2013
Niestety. Z przykrością musze stwierdzić, że przez własne niedopatrzenie nie sprawdziłem dokładnie regulaminu konkursu. Jako laureat poprzedniej edycji nie moge wziąć udziału w konkursie BLOG ROKU 2013. Moge tylko żałować, lecz regulamin to regulamin, więc zostało mi zaproszenie Państwa, na głosowanie na inne, równie ciekawe blogi. Pozdrawiam serdecznie.
Nadesłane: Na roboczo.
Koniec roku,
początek nowego. Wszędzie w biurze zamęt, liczenie, mnożenie, pierwiastkowanie,
uzupełnianie danych, uzupełnianie wpisów, szukanie akt. Do tego sądy łaskawie wypuściły z zakładów
karnych na święta większą niż zazwyczaj liczbę osadzonych, którzy przychodzą do
kuratora bo muszą- zgodnie z przepisami oraz chcą pomocy postpenitencjarnej.
Sędziowie zlecają mnóstwo wywiadów bo chcą po- zakańczać własne sprawy. W
oczach koleżanek i kolegów obłęd i szaleństwo. Brak czasu aby pogadać o tym jak
i co ze świętami a gdzie na Sylwestra.
Do tego
wszystkiego oczywiście kuratorzy społeczni poskładali comiesięczne sprawozdania,
których palcem nie tknąłem. Ja pierdolę kiedy ja znajdę czas aby to wszystko
ogarnąć ?
Dobra jest
piątek mój dyżur (a i tak większość kuratorów siedzi i grzebie w papierach), dobra
coś przeczytam. Wpadają mi w ręce sprawozdania jednej z moich kuratorek
społecznych. Czytam, czytam - uff 10 dałem radę jeszcze dwa ostatnie, na szczęście
to jedna osoba – po prostu ma dwie sprawy z orzeczonym dozorem – będzie
szybciej. Czytam – rubryka uwagi, spostrzeżenia – skazanego nadal nie ma w
schronisku, nie skontaktował się z kuratorem, podtrzymuje wniosek o zarządzenie wykonania
kary z uwagi na uchylanie się od dozoru. Włosy staja mi dęba, jak to nadal, jak
to podtrzymuję wniosek? A gdzie był/jest ten pierwszy? Szukam akt, kurwa gdzie
są akta? No to ja teraz sobie poszukam. Siadam za biurko, trzeba skupić myśli w
tym chaosie. Jeszcze raz podchodzę do półki, wertuję moją półkę, w aktach z
dozorem własnym nie ma, w aktach z dozorami kuratora społecznego – nie ma, na
,,korytku’’ z bieżącą pocztą nie ma, zostaje największa- tzw. ,,dziwna’’ półka
na której jest wszystko co oczekuje ,,na lepsze czasy’’ lub jest nie do
załatwienia natychmiast. Metodycznie przeczesuje tę część, akta po aktach.
Sukces jest! No faktycznie akta jak stodoła grube. Otwieram ostatnią stronę i
czytam jeszcze raz co tam się dzieje. No faktycznie nie ma go. Wyjechał. Kurator społeczny prosi o pomoc i o ewentualne
złożenie wniosku o zarządzenie wykonania
kary z uwagi na uchylanie się od dozoru.
Jest moja adnotacja, że taki wniosek złożę. No i pewnie w natłoku spraw
odłożyłem akta ,,na dziwna półkę’’ następnie akta zostały przykryte podobnymi
sprawami i innymi papierami. Dobra – nic wielkiego się nie stało- skazany miał
dodatkowy miesiąc na skontaktowanie się kuratorem i tego nie zrobił, czyli
tylko pogorszył swoją sytuację. Dobra, trzeba spokojnie przeanalizować wszystko,
całe akta - jak wspominałem są grube. Oglądam, pełno zaświadczeń z pobytów w szpitalach. Jakieś rozpoznania. Pacjent
przyjęty do szpitala z rozpoznaniem uzależnienia krzyżowego – usunięty ze
szpitala z uwagi na skandaliczne zachowaniei stwarzanie zagrożenia dla innych
pacjentów i personelu. Następnie pacjent przyjęty (do innego szpitala) z
rozpoznaniem uzależnienia krzyżowego alkoholowo narkotykowego – zachowuje się
dobrze. Następnie pacjent ponownie przyjęty … itd. Wbijam chłopa w komputer – brak stałego
zamieszkania, stałego adresu , rodzice nie żyją , przebywał w domu dziecka do osiągnięcia
pełnoletniości, 3 x dowód osobisty, notowany za drobne przestępstwa oraz
wykroczenia . Posiadanie narkotyków…całkiem bogato. Jakieś następne pisma, że
OPS w … prosi o przyjęcie ( dajmy mu Zdzichu ) Zdzicha do schroniska dla
bezdomnych w (…). Następnie zgoda schroniska.
Skazany jednak jest usunięty ze schroniska bo nadużywa alkoholu i nie
stosuje się do regulaminu schroniska. Potem kurator z innego sądu go szuka, nie znajduje ale sam Zdzichu się odzywa i zostaje ustalone, że będzie się
kontaktował z kuratorem co tydzień. O
dziwo Zdzichu wywiązuje się ale po miesiącu
OPS kieruje Zdzicha do innego schroniska – no tym razem to ,,moje’’
schronisko . Akta po ok półtora miesiąca trafiają do mnie. No dobra kurwa ale
przecież to jest ewidentnie ciężki przypadek czemu ja go dałem kuratorowi
społecznemu? Acha, mam tu zapisek, że przy ustalaniu czy skazany faktycznie
przebywa w schronisku rozmawiałem z panią taką a taką, pracownikiem schroniska
który jest jednocześnie moim kuratorem społecznym . Poinformowała mnie, że ma z
nim dobry kontakt, że ma na niego chyba pozytywny wpływ bo nie pije i chce się
leczyć. Dodatkowo na tamten czas zadecydowało to, że miałaby go niemal 24/24h ,,na oku’’ i miała większe możliwości
kontroli i motywacji niż ja. Uff No dobra to przynajmniej wiem, że nie dałem
dupy w tym temacie i nikt się do mnie nie przypierdoli bo zrobiłem odpowiednie
zapisek w aktach dlaczego taki przypadek został powierzony kuratorowi
społecznemu. Super tylko czemu ja nadal tak słabo kojarzę człowieka? Analizuje
akta dalej – czytam karty czynności, ok, ok ,ok i dupa nie ok po trzecim miesiącu szlag go trafił, zadyma ze współmieszkańcami,
alkohol, niepowrót na noc brak kontaktu z kuratorem społecznym. Kurator
społeczny decyduje się poszukać go bo dochodzą go słuchy, że widziano go tu i
tu. Sukces – znajduje go przypadkiem w
drodze do pracy. Skazany zobowiązuje się do określonych zachowań i podaje
adres. Kurator będzie tam w przyszłym tygodniu. Czytam dalej. W przyszłym
tygodniu kurator pojechał pod wskazany adres. Zastał tam jakąś kobiecinę która
owszem potwierdziła, że był jakiś taki młody przespał parę nocy w szopie i w
zamian za narąbanie drewna na opał oraz parę innych czynności przydomowych mógł
się przespać i dostał michę zupy ale już od dwu tygodni go nie ma. Oczywiście
kłamał podając ten adres. Kurator społeczny poprzez OPS w Koziej Wólce skąd
pochodzi Zdzichu, dowiaduje się że był w tej miejscowościi widział się tam ze
znajomymi, którym podał swój nr telefonu a pracownicy dostali ten nr i teraz
przekazali go kuratorowi społecznemu. Kurator zadzwonił pod ten nr jednak kiedy
Zdzichu zajarzył z kim rozmawia rozłączył się
i więcej nie odebrał.
Dalej mój kurator pisze, że prawdopodobnie może przebywać w innej wiosce
pod adresem takim a takim – ponadto
społeczny dowiedział się że tam chyba mieszka z małoletnią! Rozumiem – trochę
za daleko dla kuratora społecznego od jego domu i możliwa trudna sytuacja ,,na
gorąco’’. Trzeba czasem być elastycznym i warto zrobić coś za niego, bo on
czasem zrobi coś za Ciebie. Poza tym nie mamy( kuratorzy) żadnego obowiązku poszukiwania
skazanego- to w jego interesie leży utrzymanie kontaktu z kuratorem oraz
obowiązek informowania sądu o każdorazowej zmianie miejsca zamieszkanie ( art.
169 kkw) ale w tym przypadku, ech pojadę. Okazało się również po ,,wrzuceniu’’
nazwiska w komputer, że rodzina do której miałem
pojechać jest trzyosobowa. Ojciec kilkakrotnie skazany za wybryki pod wpływem
alkoholu , oboje ponadto mają ograniczona władzę rodzicielską nad (dajmy jej) Karoliną (17 lat). Brat
poszukiwany przez policje od wielu lat za jakieś przestępstwa przeciwko mieniu.
Cudownie i na to wszystko mój Zdzichu.
Zanim pojechałem
następnego dnia, zasięgnąłem wcześniej opinii u kuratora rodzinnego i
poinformowałem go, że tam może być ,,mój’’ skazany. Koleżanka spojrzała w karty
czynności, jest koniec miesiąca, w
poprzednim miesiącu kurator społeczny (który bezpośrednio sprawuje pieczę nad
rodziną) nic niepokojącego nie napisał. Dobra informuję , że jakby co to dam
kopie sprawozdania do ,,wykorzystania służbowego’’.
Jadę, patrzę na
adres, jakiś dziwny. Znam wioskę choć mam ją od niedawna ale taki adres jakoś
mi do niej nie pasuje. Za wysoki numer. Wpadam do sołtysa i pytam gdzie to
jest. Sołtyska jest ok. cenne źródło informacji wszelakich. Przy czym naprawdę
dość obiektywna w osądach. Pytam o (dajmy im Maliniaki) Maliniaków.
Sołtyska w śmiech. No co się pytam? Panie toż tam dziada z babą brakuje a dom w
którym mieszkają to do wsi należy od roku bo go nikt nie chce ani my ani
sąsiednie Pcimie Wielkie . No ale po ostatnich zmianach administracyjnych
należą do nas, tam nikt nie zagląda zwłaszcza wieczorem bo strach. A już
kojarzę. Jadę.
Dom do którego
mam się udać znajduje się dokładnie miedzy dwoma wioskami i był to kiedyś
dworek. Gdyby jechać niemal na wprost wjechałoby się do wejścia głównego. Droga
dość ostro odwraca się od tego przybytku w kierunku następnej wsi a ja musze
starym traktem dojechać do tego budynku. Teraz sobie przypominam- 8 lat temu tu
byłem, jeszcze jako aplikant, już nie pamiętam nawet do kogo ale chyba właśnie
do Maliniaków- tak,oświeciło mnie, brata starego Maliniaka szukałem. Jadę,
droga to już dawno przestała być w jakikolwiek sposób naprawiana czy też
modernizowana. Była chyba kiedyś z ,,kocich łbów’’ ale teraz jest zasypana ziemią z wielkimi
zagłębieniami, także prędkość pojazdu wynosi 5 km/h . Nie jest też zbyt
długa , może z 200m. Wije się między drzewami.
Kręcę tak kółkiem w prawo, w lewo i nagle widzę miedzy drzewami psa. No
akurat to suka, bez obroży, z naciągniętymi sutkami- widać, że właśnie karmi
młode. Suka jest może nie największa taka średnia, szara, niepodobna do żadnej rasy ale ma coś takiego w oczach- jakiś
mord. Cudownie zanim, gdzieś wejdę to jeszcze walkę będę toczył z suką.
Pięknie. Suka biegnie obok mojego auta. No dojechałem. Stoję dokładnie przed
wejściem. Schody dość strome i wysokie, jakieś 2 metry, z kamienia a płyty
już dawno się obluzowałyi są mocno nierówne. Dalej wejście z daszkiem łukowym i
kolumnami. Sypiący się tynk. Okna drewniane w starym stylu z pozostałościami
jakichś ornamentów. Drzwi dwuskrzydłowe. Otwarte, jedne skrzydło oberwane.
Przez okno samochodu widzę jeszcze cos na kształt placu zabaw dla dzieci, jakaś
kupa piasku. Wśród niego stare połamane zabawki, foremki i …pojedyncza huśtawka
która lekko kołysze się na wietrze. Skojarzenie mam ewidentne- był taki film,
horror chyba Hitchcocka. No i ta suka za
drzwiami auta, która nie szczeka tylko bacznie obserwuje co zrobię. No i co mam
zrobić, trąbić aby ktoś wyszedł i zamknął psa? Obciach. Z drugiej strony mam
się z nią bić? Ot dylemat. Dobra biorę teczkę którą wożę zawsze z tyłu.
Przeważnie wyciągam ją dopiero jak wyjdę z auta otwierając tylne drzwi, teraz
jednak może posłużyć jako tarcza. Otwieram drzwi i patrzę suce prosto w oczy.
Wzrok mój mówi - rusz w moim kierunku a dostaniesz z buta. Chyba zrozumiała ,
cofa się o parę kroków a ja idę w kierunku schodów cały czas trzymając teczkę w
lewej ręce między mną a suką. Wchodzę przez te ,,wrota’’. Ciemne pomieszczenie,
odruchowo sięgam do kieszeni po latarkę ale w sumie niepotrzebnie bo po trzech
czy czterech krokach wchodzę do – nie wiem jak to opisać , centralnego
pomieszczenia dworku. Nie jest to sala balowa ale dość spore pomieszczenie na
końcu którego znajdują się schody na górę dość finezyjnie zawijające się w moim
kierunku. Balustrada z muru. Na końcu tego pomieszczenia okno przez które o
dziwo wpada dość sporo światła pomimo tego że jest niesamowicie brudne i
odrapane. Teraz czuję, że od drzwi przez które wszedłem zamiast świeżego
powietrza wlatuje odór moczu. Zastanawiam się czemu? Chyba w tym małym
pomieszczeniu mieszkańcy zrobili sobie toaletę i szczają pod mury. Dobra
rozglądam się za jakimiś drzwiami do mieszkań. Są z lewej i prawej. Szukam
jedynki. Żadnej numeracji ani nazwisk na drzwiach. Wszystkie zlewają się ze ścianami które są szaro
czarne, odrapane, z plamami kolorów wszelakich. Malarz tu ostatnio zaglądał
chyba za Gierka. Dobra biorę lewe. Pukam. Kto tam kurwa? Przecież nie będę się
darł pukam jeszcze raz. Kurwa ja pierdole (dalej przekleństwa)- ocho będzie zadyma.
Albo trafiłem bezbłędnie albo wręcz przeciwnie i będzie awanturka. Otwiera
koleś, który ledwo stoi na nogach, w różowo granatowym dresie, kapciach i z petem w zębach. Otworzył z
miną wojownika ale chyba nie spodziewał się, że będzie stał przed nim facet dwa
razy większy. Czego? (co zabrzmiało o
dziwo nawet miło). Szukam Maliniaków. Facet wykonuje gest ręką jak w
faszystowskim pozdrowieniu. Dziękuje. Robię dwa kroki do tyłu tak asekuracyjnie
i odwracam się. Idę do drugich drzwi mój rozmówca nadal mnie obserwuje. Dobra
pukam. Pukam i pukam.
Słyszę jednak, ze facet w dresie idzie w moim kierunku. O co mu chodzi? Panie
to trzeba wejść i dalej pukać. No na to bym faktycznie nie wpadł. Facet poczuł
respekt, otwiera mi drzwi za którymi znajduje się kolejne malutkie
pomieszczenie z dwoma
wejściami. Sam puka do następnych znajdujących się po lewej stronie. Dzięki,
dzięki. Słychać, że ktoś się zbliża. Facet w dresie odchodzi.
Otwierają się drzwi, stoi w nich może 45-50 letnia kobieta. Szmatą
wyciera ręce. Uderza we mnie zapach gnijącego prania teoretycznie suszącego się
na jakiś sznurkach przede mną, gotującej się jakiejś zupy i dymu z pieca.
Słucham. Kurator szukam Zdzicha podobno tu jest. A nie, nie ma niech Pan
wejdzie. Wchodzę. Znowu pomieszczenie niewielkie które służy za suszarnię i
łazienkę. Stoi jeszcze takie krzesło z dziurą a w nim miednica- co starsi
czytelnicy będą wiedzieli o czym piszę. Kibelka ni cholery. Przechodzę do
centralnego pomieszczenia i .. zapadam się z 15-20 cm. Niech Pan uważa!
Krzyknęła kobiecina ale było za późno . Wpadłem miedzy deski podłogi. Panie już
dawno nam obiecali z gminy tą podłogę zrobić ale ciągle piszą, że nie maja
pieniędzy. Rozglądam się baczniej. Przy prawej ścianie mam zaraz kuchenkę
gazową zasilaną z butli. Trochę przerwy z 1,5 m i piec typu koza. Do którego
właśnie udała się kobiecina aby położyć. Dalej jakaś meblościanka która trzyma
się kupy tylko na słowo honoru na niej Tv- stare pudło. Na wprost następne
meble w podobnym stanie. Po lewej mam jednoosobowe łóżko, jakiś stolik do
którego zmierzam wielkości może 0,7 na 0,7m
dwa okna a miedzy nimi wyrko, 2 osobowe na którym leży gospodarz domu –
Maliniak. Okna przepuszczają światło ale
chyba tylko dlatego, że jest słoneczny dzień i słońce świeci prosto w nie. Na
parapetach pousychane kwiatki. Ściany niemal dosłownie czarne. Widać tylko
wzorek od wałka jakim kiedyś je pomalowano – bo koloru nie odważę się określić.
Całe Pomieszczenie może 3,5 m na 5m. Maliniak nawet nie wstaje z barłogu pyta
kto ja i o co chodzi bo on właśnie zajęty jest i nie ma czasu rozmawiać. W
ogóle wygląda na ,,wczorajszego’’, gruby, zapuchnięty, nieco czerwony,
zarośnięty. Przedstawiam się jeszcze raz i mówię, że Zdzicha szukam.A Panie był
taki – Karolina go przyprowadziła. Mówiła, że taki fajny, miły, że chyba się z
nim ożeni – to został. No i co jest
jeszcze. Nie – panie przespał kilka nocy( zastanawiam się gdzie i z kim) i pojechał
– kutas jeden. Czemu kutas, zły był , pił czy co? Nie to że pił to ok, nawet
postawił na ,,wejście’’ 0,7 ale potem
mnie okradł i pojechał. No to faktycznie kutas – mówię. Chyba wypowiedzenie
wulgaryzmu wraz z przytaknięciem
podziałowo na rozwiązanie języka. Maliniak opowiada, że pili bo Zdzichu
miał kasę. Że wszystko było fajnie i wydałby za niego córkę ale go okradł (ciekawe
z czego sobie myślę). A Panie a co on Wam ukradł? 100 zł które miałem odłożone.
Acha. A na policję zgłosiliście- nie, nie warto co oni kasę oddadzą a i jechać
do nich trzeba. Dobra dziękuję. Maliniak jeszcze raz patrzy na mnie i pyta a
Pan to komornik tak – nie kurator od Zdzicha. A dziwne bo nie znam tu
przychodzi taka miła pani – tak, tak wiem – koleżanka z wydziału rodzinnego- ja
jestem z karnego. Acha. Maliniak chyba się rozczulił bo wstał i gada ze mną jak
z najlepszym kolegą a żona nawet na herbatę chce wodę stawiać. No kolegę sobie
znaleźli, może jeszcze po flaszkę skoczyć – tak sobie myślę. Dobra wychodzę.
Maliniak ze mną. Zbliżamy się do łukowatego wyjścia z obluzowanymi
drzwiami. Pytam jeszcze Maliniaka co to
za suka która się tu pęta. A panie to przybłęda, niczyja ona, mieszka tu pod
schodami, czasem dajemy jej cos do jedzenia. Będąc już na schodach pojawia się
suka. Maliniak mówi aby iść śmiało ale zdecydowanie bo fałszywa jest. Coś mnie
tknęło – Panie Maliniak a tak w ogóle to pracy chyba nie macie. No nie. OPS
pomaga- no parę groszy dadzą. Do roboty bym poszedł ale nigdzie nie ma i
wszędzie daleko przystanek autobusowy jest jakieś 2 km stąd. PKS tylko rano
jest o 6 i 7 i po południu o 15 i 16.30. Nawet nie mam jak i co załatwić.
Taaak. No ale tu to gmina mogłaby chociaż pomalować. Eeee Panie jak mój ojciec
to zostawił dla gminy tak więcej tu nikt palcem nie kiwnął. Jak Pana ojciec? No
ojciec był tu właścicielem. O kurwa – czyżby on z tych Maliniaków? Nazwisko
jakby szlacheckie- myślę. No to wy tu właściwie jak hrabia jakiś. Maliniak
patrzy na mnie. W jego oczach widzę przebłysk dumy, ale tylko na moment blask
jakiejś dawnej nieokreślonej światłości. Niemal w tej samej sekundzie pojawia się
facet w różowo granatowym dresie i woła Maliniaka. Sąsiad sprawę mam i pokazuje
w ręce tanie wino. Maliniakowi wraca uśmiech na twarz i żegna się ze mną. Ja
wsiadam do auta i odjeżdżam.
Zdzichowi napisałem wniosek o zarządzenie wykonania kary z uwagi na
uchylanie się od dozoru oraz niewykonanie obowiązków, które sąd nałożył przy
wyroku – miał tam obowiązki wyrównania szkód na rzecz pokrzywdzonych. Wniosek i
tak napisałem po tygodniu bo nie miałem czasu z uwagi na inne obowiązki. Sąd
zarządził wykonanie kary w ciągu trzech tygodni. Zdzichu dość szybko się znalazł bo po ok 2 tygodniach od zarządzenia wykonania
kary. Wpadł na gorącym uczynku przy włamie do sklepu monopolowego. Dostał nowy
wyrok i odsiaduje dwa poprzednie łącznie nazbierało mu się prawie 6 lat. Samego
Zdzicha tylko na zdjęciu z ZK widziałem, nigdy nie spotkałem go osobiście.
Kopię wywiadu przekazałem wydziałowi rodzinnemu. Na szczęście Zdzichu nie
spłodził potomka podczas swojego pobytu u Maliniaków. Karolina szczęśliwie
ukończyła 18 r. życia i można było nadzór wychowawczy oraz karny umożyć. Słyszałem później, że wyniosła się z domu – czy do kogoś,
czy do pracy czy za granicę nie wiem. Przerwała jednak naukę i wątpię aby miała
na tyle znajomości aby załatwić sobie jakaś przyzwoitą pracę –przypuszczam, że
może skończyć jak jej rodzice. Gdzieś w jakiejś zapomnianej przez Boga dziurze.
Pisząc to opowiadanie mam przed oczami Maliniaka (hrabiego) i faceta w
różowo granatowym dresie (taki traktorzysta), objęci jak najlepsi przyjaciele
znikają w czeluściach strasznego dworku gdzie diabeł mówi dobranoc.
niedziela, 12 stycznia 2014
Podsumowanie
Czytelnicy mojego Bloga,
Dziękuje bardzo za maile na które mogę odpisać i na które nie zdołałem. Dziękuję za opowiadania które przesyłacie, a których niestety nie zawsze mogę zamieścić na blogu. dziękuje za słowa wsparcia i otuchy a także za maile, które namawiają mnie do zamknięcia bloga (choć myślałem że już się skończyły). A właśnie, początkowo straszono mnie sądami, prokuratorem, Kodeksem Etyki i wszystkimi Świętymi. Jak widzicie żyje, pracuję, piszę i mam się dobrze :)
Dla tych, którzy uważają że wciąż łamię prawo, chcę powiedzieć ze tematyka Bloga była poruszana na najwyższych szczeblach Kuratorskich, które uznały że mam prawo pisać, jeśli nie naruszam dobra żadnej jednostki i mam prawo do ekspresyjnych, emocjonalnych wypowiedzi, jeśli jest to związane z moja twórczością literacką. A taka formę pełni ten blog. Dlatego bez obaw pisze i tworzę dalej i do tego samego namawiam innych. Co jest najbardziej zadziwiające - najwięcej negatywnych głosów dostaje od samych kuratorów, co mnie smuci, bo to właśnie od nich powinno wymagać się refleksyjności i zastanowienia się czemu służy moja twórczość. Mam nadzieje że trochę inaczej spojrzą na to wszystko. To tyle o kuratorach i pozdrawiam tych, którzy daja mi słowa otuchy :)
Polecic chciałbym pewna strone, jak podejrzewam młodych osób, którzy zaczęli wydawac miesięcznik. Jest tam jeden z moich artykułów i chociaz nie odpisałem na ich maila (sorry) chciałem powiedzieć ze chętnie powspółpracuje z nimi. Adres strony: http://ness.slask.pl/
Zdobywam coraz to nowych znajomych na Facebooku, co mnie niezmiernie cieszy, z coraz to nowych stron sa przekierowania na moja stronę. pozdrawiam wszelkie Rodzinne Domy dziecka, Rodziny Zastępcze, Studentów, Wykładowców, Pracowników Wymiaru Sprawieliwości i wszystkich tych, którzy zagladaja tu i czytaja moje wypociny. Bóg zapłac !
Na zakończenie muszę prosić o kilka, kilkanaście dni cierpliwości. Trwają prace nad książką, a w niej maja ukazać sie opowiadania nie publikowane na Blogu. Dlatego ostatnio tam kieruje swoje moce twórcze, a czas mam niestety ograniczony. Mam nadzieję, że książka która niedługo wyjdzie, wynagrodzi trud oczekiwania na następne opowieści.
W nowym roku życzę sobie mniej pracy, więcej odpoczynku no i zmiany samochodu :) A Wam, Czytelnikom, by wszystko to co zaplanujecie sie udało :)
Dziękuje bardzo za maile na które mogę odpisać i na które nie zdołałem. Dziękuję za opowiadania które przesyłacie, a których niestety nie zawsze mogę zamieścić na blogu. dziękuje za słowa wsparcia i otuchy a także za maile, które namawiają mnie do zamknięcia bloga (choć myślałem że już się skończyły). A właśnie, początkowo straszono mnie sądami, prokuratorem, Kodeksem Etyki i wszystkimi Świętymi. Jak widzicie żyje, pracuję, piszę i mam się dobrze :)
Dla tych, którzy uważają że wciąż łamię prawo, chcę powiedzieć ze tematyka Bloga była poruszana na najwyższych szczeblach Kuratorskich, które uznały że mam prawo pisać, jeśli nie naruszam dobra żadnej jednostki i mam prawo do ekspresyjnych, emocjonalnych wypowiedzi, jeśli jest to związane z moja twórczością literacką. A taka formę pełni ten blog. Dlatego bez obaw pisze i tworzę dalej i do tego samego namawiam innych. Co jest najbardziej zadziwiające - najwięcej negatywnych głosów dostaje od samych kuratorów, co mnie smuci, bo to właśnie od nich powinno wymagać się refleksyjności i zastanowienia się czemu służy moja twórczość. Mam nadzieje że trochę inaczej spojrzą na to wszystko. To tyle o kuratorach i pozdrawiam tych, którzy daja mi słowa otuchy :)
Polecic chciałbym pewna strone, jak podejrzewam młodych osób, którzy zaczęli wydawac miesięcznik. Jest tam jeden z moich artykułów i chociaz nie odpisałem na ich maila (sorry) chciałem powiedzieć ze chętnie powspółpracuje z nimi. Adres strony: http://ness.slask.pl/
Zdobywam coraz to nowych znajomych na Facebooku, co mnie niezmiernie cieszy, z coraz to nowych stron sa przekierowania na moja stronę. pozdrawiam wszelkie Rodzinne Domy dziecka, Rodziny Zastępcze, Studentów, Wykładowców, Pracowników Wymiaru Sprawieliwości i wszystkich tych, którzy zagladaja tu i czytaja moje wypociny. Bóg zapłac !
Na zakończenie muszę prosić o kilka, kilkanaście dni cierpliwości. Trwają prace nad książką, a w niej maja ukazać sie opowiadania nie publikowane na Blogu. Dlatego ostatnio tam kieruje swoje moce twórcze, a czas mam niestety ograniczony. Mam nadzieję, że książka która niedługo wyjdzie, wynagrodzi trud oczekiwania na następne opowieści.
W nowym roku życzę sobie mniej pracy, więcej odpoczynku no i zmiany samochodu :) A Wam, Czytelnikom, by wszystko to co zaplanujecie sie udało :)
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Opowieść z happy endem?
Mała rączka uniesiona ku górze zaciskała swą drobniutką piątkę, próbując złapać jakis niewidzialny przedmiot unoszący się w powietrzu. Małe usteczka łapczywie wciągały powietrze, a malutkie piersi z trudem próbowały wciągnąć każdy haust powietrza. Przenikliwe zimno spowijało drobne, blade ciałko przykryte szarym z brudu kocem. Zsiniałe usta nie miały siły płakać, choć łza bezsilności spływała po jego umęczonym krótkim życiem poliku. Wąziutkie i krzywe nóżki z ledwością poruszały się, starając zwrócić na siebie uwagę kogokolwiek, kto choć na chwilę mógłby ulżyć w jego niedoli. Mały żołądeczek od wczoraj nie miał nic w sobie a lepka, brudno-żółta ciecz spływała po jego wychudzonych udach.
Kurwa i szmata. To określenie nie wywodzi się znikąd. Tak ją określają własne dzieci, które w bidulu spędzały swój żywot. Cała piątka, w wieku od siedmiu do 15 lat. Te starsze robiły zawody który najszybciej spuści się podczas walenia konia, młodsze paliły papierosy a ulubioną zabawą było kraść i niszczyć wszystko co popadnie lub znajduje się dookoła. Upośledzenie na twarzach wypisane, naznaczając te niewiniątka na całe przyszłe życie, każde w szkole specjalnej próbuje liznąć choć podstaw pisania i czytania z miernym skutkiem. To nie ich wina że takie są, że leją moczem z okna a do butelki zbierają swoją spermę. To nie ich wina, że lepkie łapy kradną wszystko, co tylko przejawia jakąkolwiek wartość. To nie ich wina, że jeden z drugim potrafi zesrać się w gacie, a te pozostawić potem na środku pokoju, tak że cuchnie na pół bidula. To nie ich wina że cieszy je ból i dręczenie innych. To nie ich wina... Spierdolone pijackie geny krążą w ich krwi, wypełniając każdą komórkę ich przegranego na starcie życia. Sę efektem pijackiej libacji, zrobione z czystej, alkoholowej przyjemności gdzieś na obskurnej, zaszczanej melinie z lumpem, który w pijackiej ekstazie współżył z ich matką.
Okiełznuje ich farmakologia. Psychiatryczny szpital dziecięcy, potem przyjmowanie leków - psychotropy i inne świństwo, które mają ułatwić im podporządkowanie się w bidulu wychowawcom. To przez nich wychowawca po całym dniu ma ochotę zabić każde inne dziecko, które tylko krzywo się spojrzy. Absorbują, wkurwiają, denerwują. Zdegenerowany genotyp każdego dnia nie daje o sobie zapomnieć, wciągając w swój wir debilizmu i umysłowej degrengolady tych, dla których jest jeszcze cień szansy.
Najlepiej jest wtedy gdy śpią. Albo siedzą w pokoju oglądając film trzepiąc kapucyna. Jest spokój, cisza. Pojawia się nadzieja że szybko zasną i kolejny dzień z ich życia zostanie zaliczony. Odhaczony w kalendarzu beznadziejności, odliczany posiłkami. Czasami wspominają matkę - jak najebana była, jak pierdoliła się z menelem na ich oczach. Lecz w ich opowieści nie ma łez i bólu - jest śmiech i wspominanie jak menelowi kutas stał i jak śmiesznie nim wymachiwał, zwalając się na zamroczoną alkoholem matkę. Podniecająca wizualizacja podczas masturbacji, dzięki której może się rozładować i która przynosi taką wspaniałą, krótkotrwałą euforię i ulgę.
W wieku osiemnastu lat jeden z nich opuści bidul, ku uciesze wszystkich wokoło. Nie będzie żegnany z fanfarami. Raczej wypchnięty w dorosłe życie dzień po swoich urodzinach. Wróci tam skąd przyszedł. Z powrotem jego domem stanie się melina, tani alkohol, libacje i popęd seksualny, nie hamowany już żadnymi lekami. Nie będzie kontrolowany, nie będzie doglądany. Jest dorosły i sam decyduje o swoim życiu. Znów będzie matka pijaczka, której pozytywny napływ uczuć spowodowany będzie pieniędzmi, które dostanie na usamodzielnienie. Będzie kochanym synkiem, radością jej życia. Póki starczy pieniędzy, póki będzie co wydawać, a najlepiej przepić, lecz wcześniej przez miesiąc lub dwa być królem świata. Słaby to król, którego wyznawcy znajdują się wtedy, kiedy na stole stoi wódka lub inne sfermentowane ścierwo. Słaby to król, który wysłowić się nie potrafi, a żyje instynktem dnia codziennego. Słaby to król, który nie myśli o przyszłości, a którego celem jest przeżyć do dnia następnego. Lecz teraz, kiedy w progu zawituje ON, jej dziecko, jest się królem całego świata, który co prawda jest jak ten kolos na glinianych nogach, ale który ma szansę zaistnieć, choć przez ułudną chwilę.
Popęd seksualny daje u niego o sobie znać. Masturbowanie się codziennie po kilka razy juz nie wystarcza. Chce seksu. Patrzy na matkę która współżyjąc w alkoholowej ekstazie, krzyczy zza sciany. Podgląda ją, jednocześnie waląc konia i wyobrażając siebie na miejscu menela, który niezdarnie leży i sapie na jego rodzicielce. ON też chce seksu z kobietą. Ta myśl zaczyna być obsesyjna, krąży w jego głowie z coraz większą nadzieją na spełnienie.
Z natury jest nieśmiały. Nie potrafi poderwać dziewczyny. Zresztą, żadna nie chce z nim rozmawiać. Brudny, niechlujny, nie potrafi nawet się wysłowić. Uśmiecha się głupkowato i patrzy na dekolt każdej kobiety. Nieważne czy stara czy młoda. Wystarczy kilka miłych słów skierowanych do niego, a już wyobraża ją sobie jak stoi koło niego naga pozwalając mu zbliżyć się do siebie. Dostaje przydomek głupka. Takiego wioskowego, kompletnie przybitego głupka, który łazi tylko do sklepu, gdzie kupuje wino sobie i matce. Ci mądrzejsi nie chcą z nim rozmawiać, zbywają go, przedrzeźniają. Dziewczyny, jak czasami znajdzie się w ich towarzystwie, naśmiewają się z niego. Lecz w jego przepitej już alkoholem i ograniczonej intelektualnie główce rośnie frustracja. Chce mieć kobietę, chce zdzierać z niej ubranie, chce z nią współżyć. Coraz bardziej obsesyjne myśli krążą po jego głowie, coraz mniejszą ma kontrolę nad swoimi myślami.
Zdarzyło się że został pobity. Nie wytrzymał. Koledzy z koleżankami pozwolili mu pić ze sobą. Z każdym łykiem piwa chciał seksu. Ona miała 16 lat, była ładna i równie jak on pijana. Zaczął się dostawiać do niej, łapać za cycki, za tyłek. Widać było że był podniecony - wyczuł w swym małym móżdżku szanse na seks, którego tak mocno pragnął. Najpierw ona mówiła mu żeby spierdalał od niej. Żeby się odpierdolił, bo ją brzydzi i żeby jej nie dotykał. Lecz do niego to nie docierało. Złapał swoją brudną ręką za jej pierś i zaczął ściskać z całej siły. Jak mu to wielką sprawiało przyjemność. Dziewczyna szarpała się i wyrywała, lecz on ją przewrócił na ziemię i przycisnął swym ciałem. Ale wtedy pomogli jej koledzy. Został, pobity, pokopany i zostawiony zwijający się w bólu na tyłach sklepu. Od tamtej pory nikt z nim nie chciał już nie tylko pić, ale i rozmawiać. Dziewczyny unikały go, a za każdym razem jak podchodził do grupki rówieśników pod sklepem słyszał wyzwiska i przekleństwa. Prawie wszyscy go znienawidzili, wyzywali od zboczeńców, pedałów, pedofilów. Wiejski głupek zaczął być traktowany z ostracyzmem. Wyzywany, wyszydzany skrył się w swojej chałupie razem z matką pił, jak tylko była okazja.
Lecz żądza seksu wciąż dawała o sobie znać. Znów masturbacja, znów podglądanie matki. Wtedy postanowił ze musi spróbować kobiety. Jedyną jaka była to matka. Równie jak on upośledzona intelektualnie i z równie dużymi potrzebami. Wyczekał aż będzie pijana i wkradł się do jej łóżka. Ona zamroczona alkoholem nie oponowała, jak odsunął szmatę ją przykrywającą i położył się na niej. Nawet się nie obudziła. Po raz pierwszy był z kobietą. Czuł triumf i satysfakcję, lecz jednocześnie w jego stępiałym umyśle coś mówiło że zrobił źle. Następnego dnia matka nie odezwała się do niego ani słowem.
Po pewnym czasie znów chciał kobiety. Poczekał aż ta się napije i legnie zamroczona w swym barłogu. Znowu się na niej położył i to zrobił. Tym razem wyrzuty sumienia były mniejsze. Za trzecim razem gdy to robił, matka otworzyła oczy i patrzyła na niego. Speszyło go to i uciekł do pokoju. Poszła za nim i zapytała czy mu się podoba to. Nic nie odpowiedział.
Po czasie zauważył, że podnieca go jak inni oglądają jak się masturbuje. Podniecał go widok nagich dzieci. Zakradł się nad pobliskie jezioro latem i siedząc w krzakach oglądał maluchy, mające po siedem, osiem, dziesięć lat. Widok ten pozwalał mu jeszcze intensywniej pocierać swojego kutasa. Zdarzało się, że widząc bawiące się na uboczu wsi dzieci, proponował im zabawę w rozbieranego. Pokazywał im swojego fiuta licząc, że one zrobią to samo. Niektóre robiły, a w nim wzbudzało to potężne podniecenie. Leciał wtedy do matki i rzucając ja na tapczan gwałcił. Już od dawna bowiem nie wyczekiwał momentu aż będzie pijana. Brał to co według jego chorego mózgu mu się należało.
ONA urodziła dziecko. Nie wiadomo jakim cudem, lecz okazało się że zaszła w ciąże. Nie wiadomo było kto był jego ojcem. Może syn, może jakiś menel. W każdym razie podczas wypisu ze szpitala został poinformowany Sąd, że rodziła kobieta pod wpływem alkoholu. Wtedy ruszyła cała machina instytucjonalna. Pracownik socjalny podczas wizyty w domu zauważył dziecko i wezwał pogotowie. Gdyby było to dzień później, maluszek by nie przeżył. Po wywiadzie kuratora zawiadomiono prokuraturę. Ludzie zaczęli opowiadać co wiedzą.
Aha. Zapomniałbym. Na świat przyszło kolejne, upośledzone dziecko.
Wesołych Świąt.
Kurwa i szmata. To określenie nie wywodzi się znikąd. Tak ją określają własne dzieci, które w bidulu spędzały swój żywot. Cała piątka, w wieku od siedmiu do 15 lat. Te starsze robiły zawody który najszybciej spuści się podczas walenia konia, młodsze paliły papierosy a ulubioną zabawą było kraść i niszczyć wszystko co popadnie lub znajduje się dookoła. Upośledzenie na twarzach wypisane, naznaczając te niewiniątka na całe przyszłe życie, każde w szkole specjalnej próbuje liznąć choć podstaw pisania i czytania z miernym skutkiem. To nie ich wina że takie są, że leją moczem z okna a do butelki zbierają swoją spermę. To nie ich wina, że lepkie łapy kradną wszystko, co tylko przejawia jakąkolwiek wartość. To nie ich wina, że jeden z drugim potrafi zesrać się w gacie, a te pozostawić potem na środku pokoju, tak że cuchnie na pół bidula. To nie ich wina że cieszy je ból i dręczenie innych. To nie ich wina... Spierdolone pijackie geny krążą w ich krwi, wypełniając każdą komórkę ich przegranego na starcie życia. Sę efektem pijackiej libacji, zrobione z czystej, alkoholowej przyjemności gdzieś na obskurnej, zaszczanej melinie z lumpem, który w pijackiej ekstazie współżył z ich matką.
Okiełznuje ich farmakologia. Psychiatryczny szpital dziecięcy, potem przyjmowanie leków - psychotropy i inne świństwo, które mają ułatwić im podporządkowanie się w bidulu wychowawcom. To przez nich wychowawca po całym dniu ma ochotę zabić każde inne dziecko, które tylko krzywo się spojrzy. Absorbują, wkurwiają, denerwują. Zdegenerowany genotyp każdego dnia nie daje o sobie zapomnieć, wciągając w swój wir debilizmu i umysłowej degrengolady tych, dla których jest jeszcze cień szansy.
Najlepiej jest wtedy gdy śpią. Albo siedzą w pokoju oglądając film trzepiąc kapucyna. Jest spokój, cisza. Pojawia się nadzieja że szybko zasną i kolejny dzień z ich życia zostanie zaliczony. Odhaczony w kalendarzu beznadziejności, odliczany posiłkami. Czasami wspominają matkę - jak najebana była, jak pierdoliła się z menelem na ich oczach. Lecz w ich opowieści nie ma łez i bólu - jest śmiech i wspominanie jak menelowi kutas stał i jak śmiesznie nim wymachiwał, zwalając się na zamroczoną alkoholem matkę. Podniecająca wizualizacja podczas masturbacji, dzięki której może się rozładować i która przynosi taką wspaniałą, krótkotrwałą euforię i ulgę.
W wieku osiemnastu lat jeden z nich opuści bidul, ku uciesze wszystkich wokoło. Nie będzie żegnany z fanfarami. Raczej wypchnięty w dorosłe życie dzień po swoich urodzinach. Wróci tam skąd przyszedł. Z powrotem jego domem stanie się melina, tani alkohol, libacje i popęd seksualny, nie hamowany już żadnymi lekami. Nie będzie kontrolowany, nie będzie doglądany. Jest dorosły i sam decyduje o swoim życiu. Znów będzie matka pijaczka, której pozytywny napływ uczuć spowodowany będzie pieniędzmi, które dostanie na usamodzielnienie. Będzie kochanym synkiem, radością jej życia. Póki starczy pieniędzy, póki będzie co wydawać, a najlepiej przepić, lecz wcześniej przez miesiąc lub dwa być królem świata. Słaby to król, którego wyznawcy znajdują się wtedy, kiedy na stole stoi wódka lub inne sfermentowane ścierwo. Słaby to król, który wysłowić się nie potrafi, a żyje instynktem dnia codziennego. Słaby to król, który nie myśli o przyszłości, a którego celem jest przeżyć do dnia następnego. Lecz teraz, kiedy w progu zawituje ON, jej dziecko, jest się królem całego świata, który co prawda jest jak ten kolos na glinianych nogach, ale który ma szansę zaistnieć, choć przez ułudną chwilę.
Popęd seksualny daje u niego o sobie znać. Masturbowanie się codziennie po kilka razy juz nie wystarcza. Chce seksu. Patrzy na matkę która współżyjąc w alkoholowej ekstazie, krzyczy zza sciany. Podgląda ją, jednocześnie waląc konia i wyobrażając siebie na miejscu menela, który niezdarnie leży i sapie na jego rodzicielce. ON też chce seksu z kobietą. Ta myśl zaczyna być obsesyjna, krąży w jego głowie z coraz większą nadzieją na spełnienie.
Z natury jest nieśmiały. Nie potrafi poderwać dziewczyny. Zresztą, żadna nie chce z nim rozmawiać. Brudny, niechlujny, nie potrafi nawet się wysłowić. Uśmiecha się głupkowato i patrzy na dekolt każdej kobiety. Nieważne czy stara czy młoda. Wystarczy kilka miłych słów skierowanych do niego, a już wyobraża ją sobie jak stoi koło niego naga pozwalając mu zbliżyć się do siebie. Dostaje przydomek głupka. Takiego wioskowego, kompletnie przybitego głupka, który łazi tylko do sklepu, gdzie kupuje wino sobie i matce. Ci mądrzejsi nie chcą z nim rozmawiać, zbywają go, przedrzeźniają. Dziewczyny, jak czasami znajdzie się w ich towarzystwie, naśmiewają się z niego. Lecz w jego przepitej już alkoholem i ograniczonej intelektualnie główce rośnie frustracja. Chce mieć kobietę, chce zdzierać z niej ubranie, chce z nią współżyć. Coraz bardziej obsesyjne myśli krążą po jego głowie, coraz mniejszą ma kontrolę nad swoimi myślami.
Zdarzyło się że został pobity. Nie wytrzymał. Koledzy z koleżankami pozwolili mu pić ze sobą. Z każdym łykiem piwa chciał seksu. Ona miała 16 lat, była ładna i równie jak on pijana. Zaczął się dostawiać do niej, łapać za cycki, za tyłek. Widać było że był podniecony - wyczuł w swym małym móżdżku szanse na seks, którego tak mocno pragnął. Najpierw ona mówiła mu żeby spierdalał od niej. Żeby się odpierdolił, bo ją brzydzi i żeby jej nie dotykał. Lecz do niego to nie docierało. Złapał swoją brudną ręką za jej pierś i zaczął ściskać z całej siły. Jak mu to wielką sprawiało przyjemność. Dziewczyna szarpała się i wyrywała, lecz on ją przewrócił na ziemię i przycisnął swym ciałem. Ale wtedy pomogli jej koledzy. Został, pobity, pokopany i zostawiony zwijający się w bólu na tyłach sklepu. Od tamtej pory nikt z nim nie chciał już nie tylko pić, ale i rozmawiać. Dziewczyny unikały go, a za każdym razem jak podchodził do grupki rówieśników pod sklepem słyszał wyzwiska i przekleństwa. Prawie wszyscy go znienawidzili, wyzywali od zboczeńców, pedałów, pedofilów. Wiejski głupek zaczął być traktowany z ostracyzmem. Wyzywany, wyszydzany skrył się w swojej chałupie razem z matką pił, jak tylko była okazja.
Lecz żądza seksu wciąż dawała o sobie znać. Znów masturbacja, znów podglądanie matki. Wtedy postanowił ze musi spróbować kobiety. Jedyną jaka była to matka. Równie jak on upośledzona intelektualnie i z równie dużymi potrzebami. Wyczekał aż będzie pijana i wkradł się do jej łóżka. Ona zamroczona alkoholem nie oponowała, jak odsunął szmatę ją przykrywającą i położył się na niej. Nawet się nie obudziła. Po raz pierwszy był z kobietą. Czuł triumf i satysfakcję, lecz jednocześnie w jego stępiałym umyśle coś mówiło że zrobił źle. Następnego dnia matka nie odezwała się do niego ani słowem.
Po pewnym czasie znów chciał kobiety. Poczekał aż ta się napije i legnie zamroczona w swym barłogu. Znowu się na niej położył i to zrobił. Tym razem wyrzuty sumienia były mniejsze. Za trzecim razem gdy to robił, matka otworzyła oczy i patrzyła na niego. Speszyło go to i uciekł do pokoju. Poszła za nim i zapytała czy mu się podoba to. Nic nie odpowiedział.
Po czasie zauważył, że podnieca go jak inni oglądają jak się masturbuje. Podniecał go widok nagich dzieci. Zakradł się nad pobliskie jezioro latem i siedząc w krzakach oglądał maluchy, mające po siedem, osiem, dziesięć lat. Widok ten pozwalał mu jeszcze intensywniej pocierać swojego kutasa. Zdarzało się, że widząc bawiące się na uboczu wsi dzieci, proponował im zabawę w rozbieranego. Pokazywał im swojego fiuta licząc, że one zrobią to samo. Niektóre robiły, a w nim wzbudzało to potężne podniecenie. Leciał wtedy do matki i rzucając ja na tapczan gwałcił. Już od dawna bowiem nie wyczekiwał momentu aż będzie pijana. Brał to co według jego chorego mózgu mu się należało.
ONA urodziła dziecko. Nie wiadomo jakim cudem, lecz okazało się że zaszła w ciąże. Nie wiadomo było kto był jego ojcem. Może syn, może jakiś menel. W każdym razie podczas wypisu ze szpitala został poinformowany Sąd, że rodziła kobieta pod wpływem alkoholu. Wtedy ruszyła cała machina instytucjonalna. Pracownik socjalny podczas wizyty w domu zauważył dziecko i wezwał pogotowie. Gdyby było to dzień później, maluszek by nie przeżył. Po wywiadzie kuratora zawiadomiono prokuraturę. Ludzie zaczęli opowiadać co wiedzą.
Aha. Zapomniałbym. Na świat przyszło kolejne, upośledzone dziecko.
Wesołych Świąt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
