wtorek, 10 lutego 2015

Dostałem mailem stenogram ....

Dzis od zaprzyjaźnionego kuratora otrzymałem stenogram:

 70. posiedzenia Senatu RP w dniu 05.02.2015 r.

Senator Bohdan Paszkowski: Kuratorom coś podwyższyliście państwo w ostatnim okresie?

Sekretarz Stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Jerzy Kozdroń: Nie. No przecież pan doskonale wie, że nie możemy tego zrobić, bo jesteśmy w procedurze nadmiernego deficytu i urzędnicy państwowi mają ograniczone możliwości. A poza tym jest jeszcze inny problem: jest coraz mniej przestępstw. Ludzie są coraz bardziej porządni, kuratorzy mają coraz mniej roboty. W związku z tym dzisiaj jest taka sytuacja, że my nie powołujemy kuratorów społecznych. Jak pan senator pamięta, kiedyś armia kuratorów społecznych wykonywała obowiązki za kuratorów zawodowych, a dzisiaj to robią kuratorzy zawodowi, bo oni i tak nie za bardzo mają co robić. Jednak jak przyjdą do państwa na posiedzenie komisji, to oczywiście mówią, że są strasznie zapracowani. Ale niech mi pan znajdzie grupę zawodową, która przychodziła na posiedzenie komisji i mówiła: mamy mało roboty, proszę nam dołożyć. Wszyscy mówią, że są zapracowani.


Dziękuję za uwagę.  Wnioski zostawiam zainteresowanym. Ta praca jest już dla mnie bez sensu. Czas na poważnie szukać innej. Może to kogoś rozczaruje, albo i nie, ale zostanę co najwyżej kuratorem społecznym.Więc nie dziwcie się, że chce zając się czymś innym. Siłaczką ani doktorem Judymem nie będę.



Na poczatku myslałem ze to żart. Ale nie jest. Poniżej film, że mówię i pisze prawdę.

http://senat.atmitv.pl/SenatConsole/TransmissionArchiveItem.go?code=8Sen701




poniedziałek, 9 lutego 2015

Bez komentarza

Dzięki Kane za przypomnienie. Przesłaniem tej reklamy jest ochrona rodziny. Tej prawdziwej rodziny, nie homoseksualnej. Dla mnie to jest wartością - mama i tata, więc jak się komuś z genderowców nie podoba, to nie musi czytać mojego bloga :)


niedziela, 8 lutego 2015

Nicnieroby 2



Odmęty ludzkiej nieświadomości a może i świadomości nie zawsze pozwalają poznać mi motywy postępowania wszelkiej maści nierobów i tłuków co to jawnie, z pełną determinacją i celowo, pozbawiają siebie możliwości lepszego życia. Skupmy się na naszym Alwaro, z wybrakowanymi pierścieniami z tombaku na paluchu dłoni, reprezentował się przede mną próbując udowodnić, że jednak los jego i kariera zawodowa nie jest zależny od niego, lecz od nieznanych bliżej zdarzeń losowych, które to go, jak i jego wspaniale ponętną partnerkę, doprowadziły do takiej biedy i związanego z tym topienia smutków w alkoholu. Dobra, wiem że nie piszę składnie w większości, ale chuj z tym.

Siedzę więc ja, przedstawiciel Sądu Rejonowego i zadaje pytania. Pytania związane oczywiście z zawiadomieniem ze szkoły, że dzieciak brudny, niedomyty, zaniedbany a i mamusia cos niewyraźnie kilka razy rano wyglądała, gdy przyprowadziwszy małoletnie pacholęcie do szkoły została przyuważona przez wychowawczynię. Szczególnie mocno było czuć od niej zapach przetrawionego alkoholu gdy odezwała się do kogoś.

Pamiętam jak kiedyś, przeprowadzałem rozmowę z pewna nadzorowaną która kilka dni wcześniej  szła ulicą ze swoim dzieckiem i delikatnie mówiąc „zataczała się” chodnikiem. No OK, skończmy z ta delikatnością – najebana szła wężykiem prowadząc dziecko za rękę w taki sposób, że o mało nie zatoczyła się pod jadący samochód razem ze swoją ukochana pociechą, które mimo swoich 6 lat starało się matkę w pionie utrzymać, albo przynajmniej nie dopuścić by pierdolnęła głową o krawężnik. Została tak zauważona przez znajomych, którzy donieśli życzliwie do Opieki, a ta doniosła mi, za pośrednictwem telefonu. Wtedy pojechałem  do patolki słuchać jej wersji:

- Ale to nieprawda Panie kuratorze!!! – tak mi się tłumaczyła, kładąc swa rączkę na serduszku i przyciskając swoją pociechę do ciała swego, w celu podkreślenia prawdomówności – JAAAAA, JA nie piję!!! Ja się leczę panie kuratorze!!!! – z dozą pełnego oburzenia parsknęła słowotokiem w moją stronę – ja się przecież leczę odwykowo, ja na terapię chodzę, mi nie wolno pic!!!!! – wykrzyczała wręcz masując swą pierś, pod którą skrywało się dobre serduszko zatrwożonej matki, dbającej o los swoich dzieci.

- To skąd te informacje że była pani pijana? Aż zataczał się chodnikiem i trzymała jeszcze małą pod rękę – zapytałem wskazując pełen oburzenia ręka na dziecko, które patolka przytulała do siebie a które wcale nie było zadowolone z odgrywania tej scenki przez jej rodzicielkę.

- Bo…. Bo….. ja wcale nie byłam pijana, ja się kilka razy o krawężnik potknęłam!!! To już potknąć mi się nie wolno, żeby ktoś zaraz nie powiedział że jestem pijana!!!! – odpowiedziała mi obruszona, zadowolona z przybranej linii obrony.

- Tak się pani potykała, że dziecko z czworaka panią podnosiło, tak? – wkurwiony odparłem w jej stronę, - Przynajmniej miałaby pani odwagę się przyznać, a nie kłamać mi prosto w oczy.

Dlaczego Ci wszyscy patole uważają mnie za takiego głupka? Czy ja mam na twarzy wypisane „DEBIL i GŁUPEK – WIERZY W KAŻDĄ BAJECZKĘ JAKĄ POWIESZ”. Ale wróćmy do naszego Alwaro i jego ponętnej żony, bo to jest tematem niniejszego artykułu.



Siedzę więc i patrzę na moich rozmówców, zastanawiając się o co zapytać i czego się dowiedzieć, bo czas nagli i nie mam zamiaru zbyt długo tutaj przesiadywać, tym bardziej że jeszcze kilka różnych wywiadów środowiskowych mnie czeka i nie jest to jedyna rodzina którą odwiedzam dnia dzisiejszego. Jeszcze kilka wiosek odwiedzić musze, a nie uśmiecha mi się do późna wieczór jeździć, bo też chce mieć prywatnego czasu dla siebie a nie będę całego życia patolom poświęcał.

Pan Alwaro powiedział że dotychczas pracował u 4 różnych pracodawców:

Pracodawca pierwszy – nie przedłużył mu umowy, a tak w ogóle to nie płacił na czas.

Pracodawca drugi – odszedł sam od niego, bo musiał dojeżdżać 20 kilometrów i zimą na rowerze było za zimno, a skuter się psuje i trzeba paliwo kupować.

Pracodawca trzeci – pracował u niego na czarno. Podobno raz się spóźnił i został wyrzucony z roboty, niesprawiedliwie zresztą.

Pracodawca czwarty się wszystkiego czepiał, a on nie jest od tego żeby ktoś nim pomiatał.

W Urzędzie pracy się zarejestrował, ale pomyliły mu się daty na odhaczenie listy i go skreślili. W sumie to proponowali mu tam pracę ale on za 1300 nie pójdzie pracować, bo dojazdy są i jeszcze praca zmianowa.

Taką to oto Alwaro wskazał swoją ścieżkę zawodową, nie przejmując się tym, że od ponad pół roku nie skalał się normalna robotą, a co najwyżej wyciąganiem środków finansowych z pomocy społecznej, co szło mu całkiem dobrze i skutecznie, podobnie jak jego szanownej piękności.

No właśnie, piękność siedziała koło Alwara i łypała na mnie wzrokiem. Od razu odpowiedziała że do roboty żadnej nie pójdzie, bo ma dzieci i nie będzie pracować a na niańkę jej nie stać. Nie jest zarejestrowana w urzędzie pracy bo po co, przecież dzieci ma.

Hmmmm, w te

J sytuacji trzeba było spytać o alkohol. Nosz kurwa jego mać!!!!! Przecież oni nie piją, to pomówienia i inne takie chuje muje. A w ogóle jak śmiała szkoła tak napisać, tak strasznie ich oskarżyć. I tu Alwaro Az wstał z krzesła ze słowami, że zrobi z tym porządek i tym „babom ze szkoły” on tak jutro pokaże, że go zapamiętają. Na koniec stwierdził że wypisują dziecko z placówki i przeniosła do innej szkoły – bo ta zawsze się czepiała, także wtedy gdy on do niej chodził.

Ehhh, bądź tu mądry i sprzeczaj się z Alwarem. Kazałem pokazać sobie mieszkanie. Nigdy nie chodzę sam po pokojach, zawsze żądam by mnie oprowadzić. Zaglądam do pokoju dzieciaków – mają gdzie spać, w miarę ogarnięte choć meble stare i zniszczone to jednak Perfekcyjna Pani Domu dba o to, żeby było w miarę czysto. Prąd w mieszkaniu też jest, ciepłą wodę sobie gotują w garach. Ogrzewane piecem. Skromnie, biednie ale tragedii nie ma. Karzę otworzyć lodówkę – najtańsza margaryna, parówki, konserwy. Od biedy żarcie jest. Żegnam się z państwem i idę na rozpytanie do sąsiadów i sołtysa. Ciemno na tej wiosce jak w dupie u murzyna – choć to niepoprawne sformułowanie obecnie politycznie, bo gender, srender i inne dziwactwa wymyślane przez pseudointeligentów.


W tym miejscu było oświadczenie, że jestem osobiście przeciwny adopcji dzieci przez osoby tej samej płci będące w związku, ale grono obrońców praw mniejszości seksualnych zaczęło straszyć mnie i zastraszać, także w prywatnych mailach. W związku z ich tolerancyjnym zachowaniem i straszeniem mnie prokuraturą, homofobią, rasizmem i brakiem wykształcenia, usunąłem oświadczenie i dodaję zapisek że zawsze będę postępował zgodnie z prawem. 

P.S. Niestety, dla homo-obrońców, tolerancja działa chyba w jedna stronę.



Starczy na dziś bo robota inna czeka, zaległości trzeba ponadrabiać.  Co z rodzina Alwaro się stało napisze za kilka dni.


***********************************

Chcesz mnie wspomóc i pomóc mi rozwijać bloga i pasję związaną z reportażami, możesz dokonac darowizny:
Piotr Matysiak

ul. Miauczyńska 12

00-999 Warszawa



nr konta: 56 1240 3839 1111 0010 6170 3284

z dopiskiem: darowizna 

wtorek, 3 lutego 2015

Chcesz wspomóc autora bloga? Tak możesz to zrobic!

Usługa SMS nie wypaliła. Bo nie można  prosić o datek, tylko ewentualnie sprzedawać dostęp do treści. Wiązałoby się to z tym, że treść moich artykułów dostępna by była po wysłaniu sms i wpisaniu kodu dostępu po otrzymaniu esa zwrotnego. Na coś takiego nie chcę się godzić, bo formą bloga jest opisywanie pracy kuratora i przedstawienie świata jaki ja na co dzień widzę w swojej pracy zawodowej. od ponad dwóch lat wszelkie artykuły jakie napisałem i jakie zostały do mnie napisane są bezpłatne i chcę aby tak zostało.
Dlatego postanowiłem skorzystać z formy jaką zaproponowano mi w tych komentarzach. Czyli numer konta. Zadzwoniłem wcześniej do departamentu związanego z Urzędem Skarbowym i zapytałem co w takim razie z podatkami, jeśli ktoś zacznie wpłacać na konto pieniądze jako darowiznę. Uprzejmy Pan kilkukrotnie powtórzył mi (bo nie dowierzałem) że jedna osoba może mi wpłacić max 4902 PLN bez ponoszenia żadnych opłat podatkowych!!! Powyżej tej kwoty należny zapłacić podatek. Dowiedziałem się więc, że na swojej stronie internetowej mogę podać numer konta i bez ograniczeń osoby chętne mogą wpłacać pieniądze o ile nie przekroczy się kwoty wolnej od podatku.

Ktoś zaraz napisze że chce się dorobić. Tak, chce lecieć do Australii na weekend, a wakacje spędzać na Malediwach. Chcę po patolach jeździć Porshe i mieszkać w domu z krytym basenem. Na razie niestety muszę zakupić komplet opon zimowych do samochodu, opłacić ubezpieczenie i naprawić cieknący amortyzator no i ustawić zbieżność, nie mówiąc o przeglądzie :)

Nie będę płakał i narzekał na kasę, nie o to chodzi. po prostu podoba Ci się czytanie, lubisz tu wchodzić i zaglądać, komentować? Nawet kilkuzłotowa donacja będzie dla mnie motywacją by wrzucać częściej swoje teksty i poświęcać czas blogowi. Wasza - czytelników wpłata będzie motorem dla mnie że to co robię ma sens. A jeśli szkoda Ci lub nie masz forsy, lub po prostu nie chcesz wpłacić - też jest OK. Udostępnij chociaż na facebooku lub podeślij moją stronę znajomym, pomóż mi się reklamować.

Wpłat możesz dokonywać na poniższe konto:
Piotr Matysiak
ul. Miauczyńska 12
00-999 Warszawa

nr konta: 56 1240 3839 1111 0010 6170 3284
z dopiskiem: darowizna 
W Dzienniku Śląskim ukzał się także jeden z moich artykułów. Link do artykułu:
 http://slaskidziennik.pl/wiadomosci/klamstewka-czyli-jak-wyprowadzic-w-pole-kuratora/
Tak na marginesie, marzą mi się fotoreportaże, lecz ze względu na anonimowość niestety nie mogę zamieszczać zdjęć i wywiadów. Jednakże cos wymysle, ale to wkrótce :)
Zapraszam do lektury, jak zwykle :) 

środa, 28 stycznia 2015

Nicnieroby



       W Polsce jest nieokiełznana liczba nierobów. Są ich setki, tysiące, żyjących na garnuszku państwa i czerpiących radość z nicnierobienia. Taki syndrom „luja pospolitego” który w międzyczasie jak z nim rozmawiasz, pozjadał wszelakie rozumy i stara ci się udowodnić, że jego nicnierobienie, czyli pospolite w naszym języku kulturowym „opierdalanie się” uwarunkowane jest jego cechami osobowościowymi i wynika z niezależnych od niego czynników środowiskowych. Bo, proszę szanownych czytelników mego bloga trochę poczytnego, opierdalacz zawsze znajdzie wymówkę. Ale to kurwa, zawsze.
       Miałem kiedyś pod nadzorem takich dwóch opierdalaczy. Znaczy żonę i męża, którym przydarzyły się trzy pacholęcia w tym dwa już będące w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. I jako że pacholęcia usmarkane i brudne przyprowadzane były do szkoły przez mamusię, co nieco mętny wzrok miała od gorzały która dzień wcześniej lała się strumieniami w chatce ich skromnej, to sprawa trafiła do sądu że niby zaniedbują swe dziateczki i nie zaspokajają ich potrzeb bytowych w należyty, rodzicielski sposób.
       Mając wtedy takie zlecenie na swoim wytartym ze starości biureczku, które dostałem w spadku po trzecim pokoleniu kuratorów w tym sądzie, po zapoznaniu się z zawiadomieniem szkoły, udałem się na wskazaną wieś, by dokonać rozeznania w terenie.
       Po raz pierwszy tam byłem, na tej wsi znaczy. Były to początki mojej pracy zawodowej w tym jakże zaszczytnym zawodzie, więc niczym nie zrażony i przepełniony misją zbawiania świata i naprawiania ludzkości ze zła doczesnego, udałem się zamaszystym i sprężystym krokiem w stronę domostwa by nieść słowo państwa polskiego i Sądu Najwyższego. Wszedłem na podwórko uprzednio otwierając zardzewiała furtkę, która tylko dzięki magicznym mocom piekielnym trzymała się na lichym kawałka drewna wkopanym w ziemię. Mój pierwszy krok postawiony butem za 49,99 w promocji w sklepie CCD stąpnął w bliżej nieokreśloną maź i spowodował niekontrolowany poślizg tak, że prawie że kolanem nie webłem w błoto.
- kurwa jego najświętsza mac! – zakląłem cichutko pod nosem, gdy mój zeszyt w twardej okładce pacnął w błoto i ujebał się po stokroć razem z długopisem za 99 groszy, do którego Sąd systematycznie dokupuje wkłady za 30 grosików, jakby nie można było kupić z tysiąca długopisów i rozdać z przydziałem na rok.
- ja jebie – zakląłem pod nosem gdy moje kolano wylądowało w błocie upaprawszy połowę jeansów i spowodowało plamę wielkości Ameryki albo innej Australii, w sumie dzieci z gimby i tak nie zrozumieją jaki kontynent co gdzie i jak leży.
- pierdolę tą robotę – cichutko szepnąłem do siebie, gdy podnosząc się z błociska wycierałem ręką zeszyt, aby mi posłużył, jednocześnie rozglądając się gdzie upadł mój wartościowy długopis z do połowy wypisanym wkładem.

       Jednakże misja jest misją, więc wstałem dumnie, wyprostowałem pierś niczym do orderu i ujebany w błocie udałem się do drzwi naprzeciwko, by znaleźć moich nicponi niedobrych, moje te niegrzeczne duszyczki co to tak niechętnie pracują na utrzymanie swych dzieciaczków.
Otrzepałem się na schodach ganka, poprawiłem kurtkę a rękę uwaloną w błocie włożyłem do kieszeni, co by wytrzeć ją porządnie.  Sprawdzony sposób że na zewnątrz kieszeni błota nie widać. Spodnie ciemne to jakoś ujdzie. Może prądu nie mają, po ciemku siedzą i nie zauważą że upierdolony błotem kurator do nich przyszedł.

       Kiedyś pamiętam jak robiłem wywiad, to wdepnąłem w psią kupę. Szedłem po ciemku do jakiejś chałupy to co się dziwić że psie guano się przykleiło do podeszwy. Lecz najgorsze było to, że buty z protektorem były i tak głęboko się powrzynało to śmierdzące coś, że nie zauważyłem. Na dodatek oblepiło mi buta naokoło. Tak nieświadomy wszedłem do mieszkania i zadowolony z poważno-sądowym uśmiechem kroczyłem po izbach mieszkalnych, zostawiając w prawie każdym pomieszczeniu ślady zapachowe wyczuwalne organoleptycznie za pomocą narządu węchu tudzież wzroku. Najgorzej to było wysiedzieć na kanapie, gdzie moje butki zatopiły się w miękkim dywanie a ja spoglądałem na sterylny prawie że pokój, gdzie gospodyni bardzo dbała by ładnie w nim pachniało i wyglądało. No cóż, klęła pewnie potem na mnie jak najęta ale co ja biedny żuczek mogłem zrobić. Uciekłem stamtąd pozostawiając zapewne dodatkowe ślady mojej i jakiegoś pieska bytności. Wyobrażacie sobie jak ta kupka musiała wrzynać się w piękny i nowiusieńki dywan. Gdyby to był mój dywan pewnie nogi bym upierdolił przy samych jajach i niech spróbuje taki pracować jak kadłubek. Nie to że naśmiewam się z niepełnosprawnych, w sumie sam nim jestem, niepełnosprawny intelektualnie kurator….. No cóż, z ta psią kupą to był wypadek przy pracy i od tamtej pory uważam, żeby takich niespodzianek do domu ludziom nie przynosić, a jeśli nawet się zdarzy to wiem już co odpowiedzieć. Wyobraźcie sobie taka scenkę:
- Panie kuratorze, Pan w kupę wdepnął i poroznosił mi po całym mieszkaniu!!!
- Proszę Panią, Pani wie po co jest ta kupa? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest kupa na skalę naszych możliwości.
       Parafrazując, to jest kupa na miarę możliwości kuratora, bo niedługo takie rzeczy powymyślają, że nic jako kuratorzy nie będziemy mogli zrobić, oprócz wyprodukowania kolejnych ton papierków, których w większości nie robimy dla siebie, tylko dla kontroli, nie mówiąc o awansach których praktycznie nie ma i o podwyżkach których tez nie ma. Chociaż pamiętajcie „Rząd się wyżywi”, kurator niekoniecznie ale w sumie nie tylko o moją grupę zawodowa tutaj chodzi.
       Ale odszedłem troszkę od wątku głównego, jakim miała być wizyta w miejscu zamieszkania nierobów. Nieroby jak nieroby, charakteryzują się dwu-leworęcznością a także dyskusją o tym, że „roboty dla nich nie ma i co ty na to powiesz”. Gdy zapukałem do drzwi wejściowych, oczom moim ukazał się nierób płci męskiej, ubrany jak na nicponia i lenia pospolitego całkiem przyzwoicie (na pewno czyściej niż ja), na oko trzydziestoletni z gęstą czupryną czarnych włosów i taką śmieszną bródką, wystylizowaną na wąsy i kreseczki włosów ciągnące się do brody by na jej końcu zamienić się w szczecinę. Od ucha do wąsów pośrodku twarzoczaszki wędrowała centymetrowej szerokości ścieżka po obu stronach facjaty. Od razu nierób skojarzył mi się z wiejskim cwaniakowatym „Alwaro”, co to mniemanie ma o sobie bardzo wysokie i co to pewnie nie jedna dziunię przeleciał w pobliskich krzakach uprzednio spiwszy ja najtańszym piwem ze sklepu obok. Taki sygneciarz z tombaku co to zgrywa bogatego i wymuskanego cwaniaka, a chleb ze smalcem wpierdala co drugi dzień i sra w kiblu na zewnątrz chałupy.
       Zaprosił mnie „uczestnik postępowania” do środka i w półmroku poprowadził do kuchni, która znajdowała się na końcu korytarza. Jako że znajdowałem się w starym domku, kuchnia opalana była drewnem i na niej gotowała się zupa szczawiowa w starym, poobijanym z emalii garnku. Obok kuchni leżało wiaderko mirabelek….. no teraz to przesadziłem, poniosło mnie, przyznaje się. Kuchnia wyglądał tak naprawdę jakby ktoś od 20 lat nie robił tam nic, oprócz zamiatania co jakiś czas podłogi. Pod oknem stał stół nakryty ceratą, przy którym gospodarz domu usadził mnie, by polecieć w obejście szukać swej drugiej połowicy.
       Gdy zostałem sam w tym pięknym pomieszczeniu, słuchając bulgocącego garnka na palenisku i przyglądając się brudnym zaciekom na suficie, do kuchni weszła ONA. Znaczy Alwaro przyprowadził swa połowicę, która niestety odbiegała standardem od średniej krajowej. W sumie to nawet odbiegała standardem od średniej niemieckiej, bardzo odbiegała…. Że tak powiem doły zaliczała. Nie ujmując oczywiście urodzie, bo przecież to rzecz gustu i takie tam… w końcu „każda potwora znajdzie swego amatora” jak mawia staropolskie porzekadło.
       Stanęli więc tak Alwaro i jego połowica przede mną, a ja przedstawiłem im cel swojej wizyty i szybciutko wytłumaczyłem czynności, jakie musze wykonać. Poprosiłem by usiedli, bo głupio mi tak było jak patrzyli z góry na mnie, wolałem mieć ich przed sobą na równym poziomie wzroku. Inaczej trzeba by było wstać, wiecie… taka psychologiczna zagrywka z komunikacji niewerbalnej. Gdy połowica Alwaro usiadła na krześle to mocną jęknęło, jakby miało znosić w bólu ciężko dolę masywnej pupy. Spojrzałem raz jeszcze na twarz tej kobiety tym razem w blasku słońca, bo bliżej okna usiadła i blask promieni słonecznych rozjaśniał jej piękne lico. Piękne? Co ja kurwa pisze…… OK., powiedzmy sobie szczerze że urody się nie ocenia, tak? Naprawdę staram się nie oceniać, bo w końcu jej sobie nie wybierała, ale jakieś granice są, naprawdę, powinny być. Kobieta ta była tak zaniedbana, ze wąs miała większy od tego swojego Alwaro, który jej dzieciaki zmajstrował. Do tego z brody wychodziły jej takie pojedyncze kłykcie czarnych, długich na kilka centymetrów włosów. Na głowie przylizane, brudne włosy a na brodzie i polikach brodawki, które nie dość że odznaczały się innym kolorem, to jeszcze wyrastały z nich długie, czarne i poskręcane włoski. No ja pierdole. Z nosa też jej wystawały. Ja wiem że bieda, ja wiem że pieniędzy nie ma, ale patrząc na wymuskanego z przystrzyżoną bródką Alwaro i na jego „konkubinę” to nóź się w kieszeni otwierał, jak on mógł z nią do łóżka chodzić i dzieciaki majstrować, a najmłodsze, proszę mi wierzyć, ma kilka miesięcy. Fetyszysta jakiś czy co? I w dodatku ten zapach, zapach niemytego, przepoconego ciała.
- Panie Alwaro – zwróciłem się do mojego przystojnego rozmówcy, który podczas wywiadu skoncentrowany był na swoich delikatnych dłoniach i równiutko przyciętych paznokietkach – a dlaczego to Pan nie pracuje nigdzie?
- Bo nie ma pracy – odpowiedział hardo spojrzawszy mi w oczy
- Ma Pan 32 lata, wykształcenie zawodowe dosyć pożądane na tutejszym rynku pracy, nie wierzę że nie ma szans na żadną pracę dorywczą, tymczasową. Od roku jest pan bezrobotnym – staram się dowiedzieć chociaż jaki ma stosunek do pracy, ale widzę że chuj z tego będzie, bo Alwaro zaczął bawić się sygnetem na palcu umieszczonym.
      Tak moi czytelnicy tak zaciekle mnie hejtujący czasami a i mądrze komentujący moje posty i wypociny na tym nędznym blogu. Alwaro był SYGNECIARZEM. Sygnet był kwadratowy, koloru żółtego i miał białe szkiełko pośrodku. Alwaro bardzo chciał bym zwrócił uwagę na to precjozo widniejące na jego paluchu, bo okręcał nim za każdym razem jak zadawałem skierowane do niego pytanie. Tandeta i tombak Az biły po oczach, ale w końcu jak ktoś, z taką wykwintną biżuterią może pracować? No przecież nie Alwaro!

CDN…

czwartek, 8 stycznia 2015

Osiedlowy sklepik

Uwielbiam ten sklepik. Cały przekrój blokowego społeczeństwa a i okolicznych melin robi w nim zakupy. Codziennie kurwa praktycznie to samo - browar, jabol, chleb. Browar, jabol, chleb.... I tak do usranej, zapijaczonej śmierci.
Też robię w nim zakupy. Czasami codziennie, bo żreć ciepła bułeczkę chce się z rana przed pracą. Wchodzę o 6.30 z rana do sklepiku a przede mną sąsiad. Około pięćdziesięcioletni menel co z matką mieszka starowinka i rentę jej przepija. Luj jebany kłóci się z nią czasami, co na klatce schodowej słychać, żeby mu na browarka ze dwa złocisze dała i na tytoń, bo mu się skończył. W sklepie ubrany w zniszczone jeansy i klapki kubota. Suszy go pewnie już od rana, to przyczłapał po dwa najtańsze piwska.
Innym razem trafiam na kolejkę. Przede mną dwóch dziwnie wyglądających facetów. Jeden jak bezdomny w obdartych łachmanach, z próchniejącymi zębami, podrywa ekspedientkę która co prawda urodą nie grzeszy, ale taki zapewne i najbrzydszego paszteta by chciał za cycek potrzymać i kupuje najtańszego jabola.
- Ale pani to cukiereczek najsłodszy - sepleni do niej śmierdzącym uśmiechem, prze jaranym jakimś najtańszym tytoniem - oj jak ja bym panią.....
- Idź już, spadaj - ze znudzona miną odpowiada mu sprzedawczyni, na oko 30-letnia blondynka.
Menello poszedł, za nim stoi facet w skórze, jeansach i białych adidasach. Twarz opuchnięta, oczka czerwone ale na paluchu sygnet rodowy jest. Koło niego babka, podstarzała blondyna po solarce idzie kupić jakiś soczek dla dziecka. Opuchnięty podchodzi do kasy i macha kartą kredytową tak, aby wszyscy widzieli:
- Skrzynkę piwa, butelki już odstawiłem - drze się na cały głos, a dwóch kolejnych amatorów piwa którzy stanęli za mną spojrzeli na niego z zazdrością i wkurwą, oblizując pewnie swymi wyjałowionymi językami swe podniebienia.
Ekspedientka nabija na kasę najtańsze piwo, sztuk 20. Jebany burżuj, nie ma co.
- Chwileczkę - rzecze to ekspedientki - moja pani coś jeszcze niesie. I machnął na nią ręką krzycząc "Lolita, cho no tu bo kolejke zajołem"
Zapierdala Lolita z dwoma Kubusiami w reku i jakimś batonikiem i kładzie na ladzie. Alwaro z przylizanymi na cukier włosami rozgląda się wokoło, jakby sprawdzając czy wszyscy w kolejce widzą, jaki to on burżuj, bo będzie płacił karta teraz. Swoimi grubymi, opuchniętymi i brudnymi co prawda paluchami nie mógł trafić do terminala, ale gdy przytrzymał go druga łapą to jednak mu się udało.
Wbija PIN. Transakcja odrzucona.
- Jeszcze raz - rzecze do ekspedientki, która znudzona patrzy tępo na niego.
Transakcja odrzucona. Drapie się po przylizanej głowie. Chwile myśli i wyciąga kartę z terminala.
- Poczekaj, ja mam pieniądze - Lolita sięga do torebki w poszukiwaniu zapewne różowej portmonetki.
- Ja mam piniondze - znów Alwaro wydarł się na cały sklep i z tylnej kieszeni spodni wyciągnął zwitek banknotów. Na oko kilka setek. Odmierzył jedną stówę, najpierw rozkładając w ręku cały plik, i w oczekiwaniu na resztę przeliczył, ile mu zostało.
Dwóch meneli stojących za mną o mało co nie pożarli wzrokiem tych banknotów. Alwaro zapłacił, resztę schował do kieszeni i biorąc całą skrzynkę piwska wyszedł ze swoją panią ze sklepu.
I gdy juz miałem podejśc do lady by zakupić spożywke, dwóch młodych, lumpownie trochę wyglądających chłopaków zagadało do mnie:
- Panie, puści nas pan, spieszymy się, tylko piwo weźmiemy...
- Odliczone mamy - gada drugi z nich
- Prosze - odpowiedziałem, bo bawił mnie ich widok. Takie to małe, przygarbione i pokraczne, choć obydwoje mieli po około 30 lat. Kilkudniowy zarost, czapeczka z daszkiem i twarz nieskażona inteligencją. Kwiat polskiego ludu pracującej stolicy.
- Ile macie - pyta ekspedientka
- Po trzy, razem sześć - odpowiadają prawie chórem i unoszą do góry puste butelki które trzymali w dłoniach
- Tam postawcie - kiwnęła głowa w strone skrzynki na piwa
Delikatnie odstawili puste buteleczki, wymieniwszy je na pełne, znów najtańszego piwa. Położyli odliczona kwotę na ladę i szybcikiem spierdolili ze sklepu.
- Ketchup poproszę - tym razem to ja.
Kiedyś zastanowiła mnie na oko 70 letnia kobieta która oprócz bułek o 7 rano i dżemu, zakupowała ćwiarteczkę. Nie wiem czy dla siebie, czy dla swego męża a może syna. Ale od czasu gdy ten sklepik stał się moim najbliższym, zauważyłem jak wiele osób ma problem z alkoholem. Te same twarze, zapijaczone mordy, prawie każdego dnia kupują najtańszy alkohol, by potem wrócić do swych zon, konkubin, dzieci i w pijackich amokach prawić im morały, jacy to zajebiści tatusiowie są i Panowie Domu.

sobota, 27 grudnia 2014

Opowieść Wigilijna



Pukam cichutko swoimi kuratorskimi paluszkami we framugę drzwi, które co prawda lata świetności mają dawno za sobą ale wbrew prawom fizyki opierają się jeszcze upływowi czasu. Pukam cichutko, by nie zbudzić jaśnie najjaśniejszej pani, która po pozbyciu się dwójki dzieci, dogorywała w swojej dziupli nękana omamami trzeźwości. Chuj. Za cicho bo nikt nie otwiera. Pukam więc mocniej mając nadzieje że ją zastanę w jej mieszkanku i przeprowadzę wywiad o urlopowanie dzieci na święta z bidula, bo przecież niby bardzo je chce. Oczywiście, pewnie że marzy o tym by spędzić czas z dziećmi, przy choince, lampkach, prezentach, śpiewając kolędy przy stole, głaszcząc i przytulając po małych główkach swe dziecinki. W telewizji puszczą pastorałki i inne przyśpiewki, a cała rodzina przy stole będzie wpierdalała wigilijnego karpia, tak szczęśliwie kupionego na przecenie w pewnej sieci marketów. Ahh, to będzie sielanka, ze słomą pod obrusem i dwunastoma wigilijnymi potrawami, a marzeniem dzieci będzie nie wrócić już po świętach do bidula, tylko zajmie się nimi trzeźwa i pracująca mamusia.

       A tak w ogóle to wkurwia mnie ta jebana niesprawiedliwość. Dlaczego ja musze zapierdalać za marne grosze i brać kredyt hipoteczny by kupić sobie jakieś małe mieszkanko w bloku i co miesiąc becelować do banku jakąś sumę pieniędzy, a taki zajebiście zapijaczony patol ma mieszkania komunalne. Albo dlaczego normalna rodzina tylko skromnie żyjąca na mieszkanie będzie czekać latami, a jak patolce zabierze się dzieciaki, to nagle gmina znajduje lokal dla niej, by dzieci miały szansę powrotu znów pod jej skrzydełka. Ty zapierdalaj na etacie i spłacaj kredyty, a patol…, no cóż, póki opłaca czynsz nic mu nie grozi. A jak sam nie zarobi, to opieka da na opłacenie… i wodę podłączy, i energie elektryczną, i na żarcie da….. Nie to żebym nie miał odruchów ludzkich, ale jak tracisz dzieci i nie wrócą do ciebie po kilku miesiącach, to wypierdalaj z mieszkania pod most i nieważne czy twoje czy nie, czy własnościowe czy spółdzielcze. Mieszkanie idzie na utrzymanie twych dzieci w bidulu czy innej placówce a Ty co najwyżej możesz do rzecznika Praw Obywatelskich napisać i poskarżyć się na niesprawiedliwość wymiaru sądowego. Najlepiej ze schroniska dla bezdomnych.
No dobra, służba nie drużba, zapierdalać trzeba w tej robocie, bo PATOL NASZ PAN i tak naprawdę jest moim pracodawcą i chlebodawcą. A rękę która karmi szanuje się i dba jak o własną, bo jakby takich nie było, to i by pracy nie było, i chlebusia bym nie kupił i w ogóle pewnie bym pod mostem mieszkał, bo za co kredycik wziąć na mieszkanko? Wiec trzeba szanować swego szefa i dbać jak o własna matkę.

       Łapie za klamkę drzwi. Klamka zostaje w dłoni. Ojej, może narzędzia mam w samochodzie i naprawię te drzwi, bo jakże tak mój pracodawca może bez klamki mieszkać? Głupi ja, popsułem, zniszczyłem i powinienem odkupić jak najszybciej, by moja chlebodawczyni się nie zdenerwowała i nie nakrzyczała na mnie. Jeszcze po złości sporządnieje i strącę ją, a wtedy mój etat okaże się zbędny i zasilę szeregi bezrobotnych….. Nie. Klamka do naprawienia.

Na szczęście drzwi się otworzyły mogłem powoli wejść do mieszkania. Ojej, olaboga, co za zapach niemiły dotknął moje nozdrza. Bidulka, muszę jej odświeżacz kupić bo pachnie niemiło moczem. Pewnie piesek się zsikał a ona zapomniała posprzątać. Zaraz wezmę szmatkę i powycieram jej podłogę, co by bidulka moja nie wdepła i nie poroznosiła po innych pokojach szczoszków pieska. Dobrze że wożę ze sobą środki chemiczne, to zaraz na kolanach szybikiem ogarnę jej podłogę a i od razu pokoje przelecę, skoro już kleknę.
       Ale tutaj w tym pomieszczeniu mojego chlebodawcy nie widzę. Pewnie zmęczona w pokoju przysnęła, przygotowując się od kilku dni do wigilii. Spojrzałem na kuchnię w której jestem i żałuję teraz że mam trochę mało czasu. Okien nie umyła, pewnie gości miała bo butelki po wódce stoją. Ehh, no tak, sąsiad urodziny miał i pewnie wpadł z malutkim toastem. Ta życzliwość i dobre stosunki sąsiedzkie tak mało widoczne w dużych miastach. Zapomniała moja chlebodawczyni posprzątać pewnie, zafrasowana ubieraniem choinki i robieniem generalnych porządków w mieszkaniu. Bidulka, jak ja jej współczuję.
Od kuchni w której się znajduję prowadzą drzwi do pokoju, w którym to przeważnie rozmawiałem wcześniej z moją SZEFOWĄ. Łapię za klamkę, która jakimś cudem nie została w mojej dłoni i moim oczom ukazał się widok….. a raczej zapach, który uderzył w moje nozdrza i spowodował lekki odruch wymiotny. Zapach wódy, papierosów i przepoconych ciał.

       W zaciemnionym pokoju przebywało z 5 osób. Wszystkie one siedziały w milczeniu, kierując swój wzrok na mnie, stojącego z rozdziawioną japą w drzwiach do pokoju. Normalnie kurwa, Pan Japa ze mnie zrobił się w tym momencie i jeszcze tylko tekstu o Zulu-Guli brakowało. Jeden z facetów, najbliżej mnie się znajdujący oparty był w kuckach o ścianę – palił jakiegoś peta a w ręku trzymał kubek z winem. Zaczął cos bełkotać w moją stronę w stylu co tu robię, kim jestem i takie tam pierdolenie w bełkotliwym slangu. Rozglądam się dalej w poszukiwaniu mojej patolki, znaczy chlebodawczyni, co by namierzyć ją kuratorskim wzrokiem i zapytać czy nie potrzebuje mojej pomocy, w końcu jestem tu po to aby pomagać i chuchać na nią, dbać i martwić się o jej jakże smutny, zapijaczony los.

       Drugi z meneli siedział na taborecie przy stole. Jakoś tak dziwnie się kiwał – w przód i w tył. Robił to na tyle dziwnie i niebezpiecznie że pomyślałem że zaraz wyjebie się na plechy i wyrżnie swoją malutka główką o telewizor, który grał za jego plecami. Ogólnie to chyba tracił kontakt z rzeczywistością, bo białka w oczach zawało mi się widzę, gdy jego źrenice wędrowały do góry w momencie odchylenia do tyłu, by po chwili wrócić na swoje miejsce gdy odzyskiwał równowagę i pochylał się do przodu. Przekomiczny obrazek podczas którego oglądania żałowałem że nie mam telefonu by nagrać to i wrzucić fejsunia. Kasę chociaż jakąś konkretną bym zarobił.
- gdzie jest Iksińska – pytam się tych dwóch meneli, którzy odpowiadają mi bełkotliwie pytaniem na pytanie kim jestem. Chuj cie to obchodzi pomyślałem, bo nie mam zamiaru dwóm lumpom reprezentującym pokłady lumpenproletariatu społecznego tłumaczyć się ze swojej wizyty. Chce zobaczyć Iksińską, bo w końcu wniosek o urlopowanie rzecz święta, choć z góry wiadomo że gówno z tego będzie.

       Przemieszczam się do drugiego pomieszczenia, znaczy pokoju. Drzwi uchylone, to zaglądam nieśmiało czy aby tam mojej cudownej Matki Polki nie ma schowanej. I zaskoczenie wielkie mnie ogarnęło, jak dzieciaka który w oczekiwaniu na prezenty pod choinką dostał wymarzony podarek. Normalnie kurwa poczułem się tak miło i przyjemnie zdziwiony, tak ma dusza się radowała, tak mi krew w żyłach buzowała, tak podniecenie mną targało, gdy widziałem ten widok, widok mojej chlebodawczyni….

„Leżeli wtuleni w siebie w ekstazie podniecenia, dotykając się swymi ustami nie zważając na otoczenie i osoby które znajdują się obok nich. On delikatnie masował jej pierś, a jej rozchylone wargi wydawały z siebie jęk rozkoszy. Druga ręka masowała jej udo i krocze intensyfikując doznania. Ona trzymała go za sflaczałego penisa, szarpiąc nim tak, jakby miała zamiar go co najmniej urwać albo wyrwać razem z korzeniami” 
Auć, kurwa mać, aż mnie zabolało.

       Nie przyglądałem się dłużej, co by nie obrzydzić sobie seksu na jakiś dłuższy czas, choć raczej chyba mi to nie grozi, co najwyżej chwilowym brakiem partnerki, ale garbaty nie jestem więc sobie poradzę. Zawsze mogę założyć profile na stronach randkowych i zacząć wybierać wśród setek tysięcy kobiet w bliższej lub dalszej okolicy. Problem w tym, że niektóre to mogą być patolki, umalowane i ubrane jak stróż w Boże Ciało, ale będę liczył na swoje wyczucie i umiejętność poznawania się na ludziach. Hmmm, musze spróbować i opisać swoje doświadczenia w jednym z opowiadań. Haha, może następnego bloga stworze. To jest myśl J

       Odwracając głowę od aktu kopulacji mojej chlebodawczyni z jakimś nie do końca umytym menelem, którego sflaczały kutas nie chciał stanąć na wysokości zadania, mimo tego że pchał brudne łapska w jej zarośnięte i oklapłe krocze, miętoląc w międzyczasie jej obwisłą i suchą czterdziestoletnią pierś, spojrzałem na wyro stojące w drugim rogu pokoju. Pod barłogiem i zatęchłymi  szmatami leżała druga parka, obejmująca się pięknym uściskiem. Ci przynajmniej spali i nie próbowali kopulować na moich oczach i innych meneli znajdujących się w mieszkaniu.

       Odwróciłem się i wróciłem do pierwszego pomieszczenia. Kiwający się menel z wywalającymi się białkami w oczach wybełkotał w moja stronę:
- A czego tu szukasz?
- Niczego – wyszedłem z mieszkania, czując na sobie smród meliny.
Tego samego dnia udałem się do bidula. Dwoje dzieci menelki gdy mnie zobaczyły podeszły nieśmiało gdy z wychowawcą piłem szybką kawę.
- A nie wiem pan czy pójdziemy na święta do domu do mamy? – zapytała mnie 11-letnia dziewczynka o buzi aniołka. Jej młodszy braciszek patrzył na mnie swoimi dużymi oczami w nadziei ze na kilka dni przed wigilia przekażę im dobrą nowinę.
- ja niestety nie wiem – odpowiedziałem – to pani sędzia musi wyrazić zgodę.
- To powie jej pan że my chcemy iść do domu – poprosiła mnie dziewczynka.
- oczywiście że powiem.
Kłamałem patrząc w oczy dzieciom.