czwartek, 18 grudnia 2014

Dziennik Śląski

Zapraszam na nowy artykuł jaki ukazał się w Dzienniku Śląskim

http://slaskidziennik.pl/wiadomosci/klamstewka-czyli-jak-wyprowadzic-w-pole-kuratora/

Pożycz 3 zł czyli księżna w pałacu

Przepraszam, że długo nie pisałem, ale jak to w pracy bywa , było  lato , były wakacje, potem zaległości , kłopoty zdrowotne i  rodzinne …życie.


 Część 1.

Była szczupłą, ładną blondynką. Dajmy jej na imię Ewa. Pochodziła z rodziny,                  w której ojciec był alkoholikiem i zapił się kiedy miała może z 10 lat. Matka miała ją jedną, pracowała w miejscowym Państwowym Gospodarstwie Rolnym gdzie jak to na wsi zabitej dechami wolny czas spędzano przeważnie na działce lub pod sklepem przy tanim winku. No ale mamusia się starała i jakoś wiązała koniec z końcem, udało się nawet Ewę do szkoły ponadpodstawowej posłać i ukończyła ZSZ w zawodzie fryzjer damsko męski. Miała wzięcie u miejscowych chłopaków i zaraz po szkole wyszła za mąż za Włodka. Kiedy Ewa ,,wyfrunęła’’ z rodzinnego gniazdka objawiła się prawdziwa natura jej mamy, która sama z nudów czy też z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu zaczęła pić i stoczyła się niemal na dno – szczęściem dopracowała jakiejś skromnej emerytury czy też przyznano jej jakąś rentę – dokładnie nie wiem i nie jest to takie ważne. Miała mieszkanie.

Włodek był pracowity i miał własny domek po rodzicach. Mały skromny ale ciepły i było w nim wszystko co trzeba. Pracował od rana do nocy przeważnie na budowach. Pracował legalnie. Nawet nieźle zarabiał. Niczego im nie brakowało. Z tego związku urodziła się Zosia.  Ewa zachowywała się jakby była jedyną, która urodziła. Wszystko się jej należało.  Włodek tyrał a ona „szlifowała pazury”.  Z nudów zaczęła chodzić coraz częściej do mamusi i jak to bywa w takich sytuacjach zaczęła pić. Początkowo Zosia była dopilnowywana przez siostry  Włodka, które na szczęście  mieszkały blisko ale i one powiedziały dość i Włodek musiał coś zrobić. Ewa chyba zauważyła, że grunt pali jej się pod nogami i… ponownie zaszła w ciążę. Urodziła Julię a zaraz po roku Adriana. Obecnie Julia lat 13 i Adrian lat 12.
Na szczęście w ciąży Ewa nie piła. Włodek tyrał jeszcze więcej.

Przyszedł czas, że trzeba było zaopiekować się dziećmi w inny sposób niż tylko przewinąć i dać cyca. No i najlepiej byłoby gdyby Ewa poszła do pracy. Przy trójce dzieci nawet jeśli Włodek dużo pracował i zarabiał ok 3 tys. to kasy nie była aż tak dużo. Gwiazda się znalazła bo ma troje dzieci to już nic nie musi. Awantur było za dużo a dzieci były zaniedbywane, niedomyte, nieubrane adekwatnie do pogody albo           w ogóle z brakami np. majteczek czy skarpet. Brak zadań domowych. Najpierw zainteresowała się wychowawczyni któregoś dziecka ze szkoły, potem pedagog. Normalna procedura. Wezwano rodziców. Włodek nie mógł przyjść – pracował, Ewa była i obiecała poprawę, że to przez brak czasu itp.
Sytuacje jednak się powtarzały a kolejne rozmowy z Ewą nie przynosiły skutku.                   W domu pojawili się pracownicy OPS. Zastali Ewę mocno nawaloną już ok 11.00 rano. To wystarczyło, skierowali sprawę do sądu rodzinnego o wgląd w sytuacje rodziny.  Ograniczono władzę rodzicom, obojgu i co ? I nic. Włodek dalej tyrał a ona dalej piła a do tego robiła większe awantury, że sąd, że kurator tu przychodzi i się wtrąca a ona jest taką dobrą matką, tylko czasem do kieliszka zajrzy. Siostry Włodka  od czasu do czasu rozmawiały z nim na temat sytuacji w domu. Widziały, że on wraca do domu późno czasem i o 20, dzieci były dalej w ubraniach szklonych. Słyszały jak ona wydzierała się na nie a zwłaszcza na najstarszą Zosię, która powoli zaczęła przejmować jej obowiązki czyli pomoc w lekcjach młodszym, ubieranie, dawanie jedzenia, choćby jakiejś kromki chleba a miała dopiero około 13 lat.  Z powodu kłótni dzieci chodziły późno spać, coraz większe kłopoty miały też  w szkole. Włodek miał     w końcu dość. Założył Ewie sprawę karną o znęcanie nad rodziną z art. 207 kk. Na tym etapie było już tak, że Ewa w ogóle nie interesował się dziećmi, dochodziło do sytuacji kiedy Włodek wyganiał z domu miejscowych meneli, albo dzieci pytały Włodka kto to był  u mamy, bo strasznie śmierdział i tak dziwnie dotykał mamę… Sąd uznał racje Włodka, nakazał opuszczenie domu przez Ewę, zakaz nadużywania alkoholu oraz zakaz kontaktu z dziećmi w godzinach wieczornych- bodajże od 18.00. Ponieważ sprawa Ewy była już doskonale znana w gminie, po wyroku sądu gmina zapewniła jej małe mieszkanie we wsi nieopodal. Był to stary dom miejscowego właściciela ziemskiego, zamieniony w czasach PRL na mieszkania dla pracowników PGR tuż obok kościoła  i cmentarza w samym środku wsi. Ludzie na to mówili pałacyk. Ewa dostała dwa pokoiki  z wc na najwyższym piętrze.  W tym czasie Zosia miała już 19 lat i udało jej się wyjechać do Anglii gdzie pracowała jako kelnerka- podobno dobrze jej się wiedzie.
Jak się domyślacie szanowni czytelnicy teraz do ,,akcji’’ wkroczył wydział karny wraz ze swoja ,,ciężką artylerią’’ w postaci groźby wprowadzenia do wykonania wyroku.
Dozór trafił się doświadczonemu kuratorowi społecznemu. W zasadzie takie sprawy powinien prowadzić kurator zawodowy ale skoro sprawczyni przemocy mieszkała całkowicie osobno to może prowadzić taka sprawę kurator społeczny.
Początkowo kurator informował, że ma kłopot z zastaniem skazanej, jak już zastał to opisał straszne bagno w jakim mieszkała. W sumie jakoś specjalnie się nie dziwiłem bo doskonale znałem ,,pałacyk’’ zawsze tam trafiali menele wszelkiej maści oraz rodziny z wieloma problemami.
Kurator zaczął informować, że skazana jest ciągłe pod wpływem alkoholu, że ma cyt. ,, w dupie kuratora i sąd  i nikt jej nie będzie mówił co ma robić’’. Cały czas motywowałem kuratora do większego wysiłku ale stwierdził, że nie da rady, że to jest dno dna. Problem alkoholowy na max, że tylko leczenie zamknięte. Do tego miejscowy OPS też informuje , że demoralizuje własne dzieci…
 Kur… no jak przecież nie mieszka tam gdzie mieszkała?
Nawet policja ma jej dość bo ludzie zawiadamiają o … ( opiszę później).
Przychodzi zawiadomienie od OPS oraz osobne pismo do sądu  napisał Włodek.              W obu dokumentach treść była podobna- że nie stosuje się do wyroku oraz informacja że Ewa  okradła rodzinę z żywności pod nieobecność Włodka. Została wpuszczona do domu przez dzieci.
Dobra. Alarmują ze wszechstron, że nadużywa alkoholu , że spotyka się z dziećmi że ogólnie katastrofa. Wzywam ją, nie stawia się, nawet nie odbiera.  Jest jeszcze coś takiego jak pisemne upomnienie ale nie chce go stosować – niesie to za sobą określone skutki prawne, bardzo niekorzystne dla skazanego- składam wniosek o zarządzenie wykonania kary- myślę, opamięta się, podejmie współpracę , podejmie leczenie.
Przychodzi zawiadomienie o posiedzeniu i zlecenie przeprowadzenia wywiadu środowiskowego. Jadę na miejsce. Wspinam się na ostatnie piętro po krętych ciemnych schodach. Na parterze zakamarki , ale wiem gdzie kto mieszka, nawet nie pytam co i jak bo nic nie powiedzą. Wchodzę na piętro zasłaniając się trochę teczką, tu nocuje nieduży strasznie hałaśliwy pies, zna mnie dobrze ale zawsze szczeka                       i wykonuje ruchy jakby chciał mnie ugryźć- no ale tu mam najlepsze ,,źródła informacji’’. Musze się zatrzymać przed drzwiami i z jednej strony do nich pukać               a z drugiej odgradzać się od psa. Dobra tu potwierdzają wszystkie informacje, dodatkowo dowiaduję się, że chyba jej nie ma, że melina straszna, że ludzie boją się pożaru bo kiepy gaszą gdzie popadnie albo wcale, tylko rzucają na podłogę. Dobra wchodzę na następne piętro. Ostatnie – tam po lewej mieszka też mój dozorowany              z rodziną a naprzeciwko ona - ,,księżna Ewa’’.
Idę najpierw do mojego dozorowanego, nie ma go ale jest żona. Twierdzi, że znowu zaczyna popijać i kasy mało daje  na utrzymanie … kur… przecież tu był spokój , jak się pierdoli to wszędzie. Jednak pod pozorem rutynowej wizyty pytam też o sąsiadkę. Potwierdza, że przychodzą do niej pijaki z kilku okolicznych wsi, ale teraz jej chyba nie ma. Obiecuję , że pogadam z jej mężem w najbliższym czasie i wychodzę.
Stoję przed drzwiami , panuje półmrok. Drzwi jakieś takie obite blachą, śmierdzi już przed wejściem, moczem, odchodami i bóg wie czym jeszcze. Drzwi są uchylone, pukam, cisza, wale pięścią drzwi otwierają się na tyle że spokojnie można wejść. Słyszę gra telewizor. Wchodzę. Przez okno na wprost wpada światło, okno jest strasznie brudne jak moja tylna szyba w aucie , na oknie wisi jakaś szmata, która  kiedyś była zasłoną. Pod oknem tapczan koloru nijakiego, może kiedyś to była jakaś purpurą ale teraz jest zasrany i zaszczany , jakieś łachy na nim, po prawej mam urwaną umywalkę, dalej po prawej wejście do drugiego pokoju skąd dobiega muzyka. Wejście do pokoju zasłonięte wielokolorową szmatą. Odsuwam z pewna dozą wstrętu,  cały czas nawołując czy ktoś jest w mieszkaniu. Za zasłoną na wprost stół , jedno krzesło. Na stole malutki telewizor coś takiego jak taksówkarze mają, kineskopowy oczywiście. Obok jakieś konserwy,  metalowy talerz jak w więzieniu. Po lewej drugie okno podobne do poprzedniego i pod nim również kanapa , tyle ze mniejsza. Wygląda również podobnie do poprzedniej ( może to był jakiś komplet) tyle, że ta jest ,,tylko’’ zaszczana , nie wygląda na zasraną, kupa łachów i jakiś koc. Obok stoi niska komoda z grzejnikiem , taka mini kuchenką elektryczna na której gotuje się woda. Po prawej wydzielone pomieszczenie na kibel który jest dosłownie …czarny .  Tam już musiałem użyć latarki bo skąpe światło nie dolatuje aż tak daleko w głąb. Obok kibla piec typu koza w którym słabo się pali. Dookoła kiepy, kilka pustych butelek po tanim mózgojebie, może ze dwie puszki po piwie. Muchy, wszędzie tłuste muchy. Koniec, apartament nie ma co.   Myślę no jak przecież ktoś tu musiał przed chwilą być. No nic nie ma z kim gadać- wyłączyłem tylko tą wodę i wychodzę.
Na parterze spotykam jedną z tych sąsiadek co to nigdy nic nie widzą i nie wiedzą…ech zapytam ją. O dziwo mówi, że parę minut temu wybiegł stad jeden z tych meneli co u Ewy przesiaduje. Ale ten to jakiś taki co dłużej u niej siedzi.
Wsiadając do samochodu spotykam jeszcze pracownika socjalnego który przyjechał do innej rodziny. Wypytuję co i jak, wszystko się potwierdza, dodatkowo dowiaduję się, OPS wystąpił do sądu o przymusowe badania psychiatryczne w kierunku ubezwłasnowolnienia i umieszczenia w jakimś zakładzie psychiatrycznym. W duchu pękam ze śmiechu – to już niedobrze, znieczulica mnie ogarnia ? Może jednak jestem zbyt świadomy. Dziewczyny z OPS- u już po prostu nie wiedzą co robić. Dowiaduję się jeszcze, że koleżanka widziała ją rano jak szła do wsi w której są jej dzieci- jadę tam.

Koniec cz.1

Kane

poniedziałek, 27 października 2014

List od czytelniczki, który bardzo podniósł mnie na duchu ;)


"Właśnie skończyłam czytać książkę i choć nigdy tego nie robię, to już w połowie lektury postanowiłam, że napiszę do autora. Jestem jedną z tych młodych, naprawdę młodych, pracownic socjalnych, co robią się blade przy haśle „odbieramy dziecko”. W zawodzie od roku. Co mnie tam pchnęło? Wrodzona chęć pomagania i fascynacja syfem tego świata. Nieważne. Ważne, że od czasu kiedy pracuje to się nie zmieniło. Zapał jest większy i branżowe zainteresowania się poszerzyły. Tylko czasem są dni, kiedy pytam siebie jak bardzo muszę być stuknięta, żeby w tak młodym wieku bujać się z tymi wszystkimi zasiłeczkami stałymi i walczyć z wiatrakami. W taki oto sposób trafiłam na bloga, później na jakiś artykuł w gazecie, na koniec do książki. 


Dawno nie połknęłam tylu liter tak szybko jak Twoich. Jeden dzień i po książce, choć teraz trochę żałuje bo chętnie jeszcze bym poczytała. Zacznę od tego, że mimo tragizmu znanego z codziennej pracy udało Ci się mnie kilka razy rozbawić. A to przy polowaniu na muchy, a to przy nowych butach za dwie i pół stówy, co pobrudzić ich nie chciałeś, no i manewry na śniegu Całość zrobiła na mnie duże wrażenie. Bo jest prawdziwa. Bez ściemy. Tu trochę o małolatkach, co Cię próbują poderwać. Tu o irytacji i narastającym wkurzeniu na ludzi i system. Historie z gwałtami w tle przypłaciłam, ciężkim koszmarem. No ale takie jest życie. To co dla mnie ważne, jest w tym wszystkim widoczna nadzieja lub wiara lub cokolwiek innego, co ja nazywam u siebie wiarą w człowieka. A może tym razem coś się zmieni, a może dziś nie spotkam M. zachlanego i uda mi się przeprowadzić wywiad i dowiedzieć, gdzie w końcu mieszka. Na pewno wiesz o co chodzi. Poczułam się lepiej, kiedy przeczytałam, że nie jestem sama w szaleństwie zaglądania w ludzie twarze w celu potwierdzenia lub zaprzeczenia moich domysłów, czy ta babka na ulicy naprzeciwko mnie to czasem nie zasiłek stały. Często się zastanawiam, dlaczego ludzie świadomie wybierają zawody, w których pracuje się z sytuacjami tak bardzo beznadziejnymi. Po co ludzie wybierają taką robotę? Jednocześnie mam poczucie, że w tym całym syfie jest jakiś sens. I dar dla mnie. Zrozumiały dla nielicznych. I kiedy już myślałam, że książka się skończy jedną z wielu historii i nie znajdę odpowiedzi na swoje pytanie, trafia się w książce ostatnia historia, epilog. Człowiek spod śmietnika i ostatni akapit. Jadę autobusem i się wzruszam. Bo myślę, że właśnie dla tego jednego/jednej na sto chcę robić, co robię. 


Dziękuję Ci bardzo drogi autorze za tę książkę. Będę do niej wracała, a kiedy znów pomyślę „Olka, posrało? Po co Ci taka R O B O T A?”. Pocieszę się trochę i pomyślę, że inni mają gorzej(w domyśle Ty : ) ), zajrzę na 314 stronę i przypomnę sobie dlaczego od kilku lat chciałam być tu gdzie jestem, robić to, co robię. 

Pozdrawiam i czekam na część II,
Młoda Socjalna"

Współpraca ze Śląskim Dziennikiem

Z przyjemnością chciałem poinformować, że od dzisiaj publikuję swoje artykuły na stronie internetowego wydania Śląskiego Dziennika.


Mój pierwszy artykuł nosi tytuł: ""Bolesne decyzje kuratora sądowego" i zapraszam do jego lektury jak i innych, zawartych na stronie Śląskiego Dziennika.

Pycha, pychotka los to.... psotka (dokończenie)

Jak myślicie, ilu jest takich bękartów w bidulach jak Jarek? Ile dzieciaków ma przejebane już na starcie swojego życia? Powiem Wam że wielu. O wiele za wielu. Ugrzęźli w beznadziejności swojego życia skazani na łaskę innych. Na zmieniające się twarze wychowawców, na przybywające i wybywające inne pokaleczone przez los dzieciaki. 
Jarek do Bidula trafił bardzo prozaicznie. Napisał list do pedagoga szkolnego że odbierze sobie życie. Wcześniej pociął się nożem na rękach, ale tak delikatnie, żeby za bardzo się nie skaleczyć. To wystarczyło, aby zawiadomiony sąd wydał decyzje o szybkim umieszczeniu Jarka w Placówce Opiekuńczo-Wychowawczej. Oczywistym jest że Jarek nie chciał się zabić, to było tylko jego wołanie o pomoc. O pomoc, by ktoś go zauważył i mu pomógł.
W Bidulu nie jest kolorowo. To często walka o przetrwanie i wyrobienie sobie odpowiedniej pozycji w grupie rówieśniczej. Trzeba się rozpychać, walczyć o swoje i wyrobić sobie odpowiednią renomę wśród innych, dłużej przebywających dzieciaków. Pozycję wyrabiasz albo kasą, albo strachem. Jarek który nie raz dostawał wpierdol od ojca nie czuł strachu przed bólem. I potrafił dobrze uderzyć. Tak dobrze, że niektórzy wychowawcy zaczęli się go bać, bo w napadzie szału stawał się nieobliczalny.
Końcówka jego pobytu w domu, zanim napisał list w którym straszył że odbierze sobie życie, to było nieustanne pasmo nieszczęść. Ojca już nie było, wyprowadził się, mieszkał z matką która kompletnie nie radziła sobie ze swoim życiem. Alkohol, ciągle zmieniający się faceci rżnący rodzicielkę w pokoju obok. Długi, często brak jedzenia i matka żebrząca rano na kacu, by poszedł załatwić jakieś piwo. PO pewnym czasie miał dość. Wstydziła się tym kim jest, wstydził się swojej matki, wstydził się jej bełkotu gdy zaczepiała go na ulicy jak wracał ze szkoły. Uciekał przed nią na podwórku, ukrywał przed kolegami. Jednocześnie jak ktoś coś złego na nią powiedział, walił w ryj. Z bezsilności. Szybko zobaczył, że inni zaczynają się go bać i schodzą mu z drogi.

W Bidulu szybko podporządkował sobie dzieciaki. Schodziły mu z drogi albo chciały się z nim zakolegować, ze strachu przed nim i jego nieobliczalną siłą. Jednak nie mogło trwać to zbyt długo. W końcu został umieszczony w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Może tam będzie mu lepiej? Kto wie...

poniedziałek, 22 września 2014

Pycha, pychotka..... los to psotka.



1.       Pycha
Pojęcie i postawa człowieka, charakteryzująca się nadmierną wiarą we własną wartość i możliwości, a także wyniosłością. Człowiek pyszny ma nadmiernie wysoką samoocenę oraz mniemanie o sobie. Gdy jest wyniosły, towarzyszy mu zazwyczaj agresja.
Stoję przed masywnymi, pełnymi zdobień i okuć drzwiami bidula. Starego, przedwojennego budynku, który od wielu lat pełni rolę Państwowego Domu Dziecka, w którym jak sardynki w puszce ugniatane są dzieci, których rodzice okazali się po prostu skurwysynami, powodując że ich dziecko znalazło się w tym miejscu. Za każdym dzieckiem, a w tym bidulu jest ich osiemdziesięcioro stoi kurator, którego Obiektywne Oczy Sądu przyczyniły się, że To dziecko znajduje się w tym miejscu a nie w domu rodzinnym.
Udaję się do pokoju wychowawców. Szukam Jarka, nastolatka wobec którego Sąd toczy postępowanie o demoralizację. Gdy siadam naprzeciwko wychowawcy z parującym kubkiem kawy na stoliku jego opinia jest jednoznaczna – umieścić go młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Jarek jest aspołeczny, zdemoralizowany, nie słucha wychowawców, kradnie, pali papierosy… Litania, którą bez końca można wymieniać i która tak idealnie pasuje prawie do każdego dziecka tu się znajdującego.
Oficjalnie o dzieciach nie wypada źle mówić, bo nie wypada i już. Nieładnie jest mówić o słabościach systemu, o wrzucaniu zdemoralizowanej młodzieży razem z dzieciakami, nad którymi można jeszcze popracować, by osiągnęły sukces. Lecz przeważnie nie mówimy tu o sukcesie w kontekście skończenia studiów, podjęcia świetnie płatnej pracy, ale o sukcesie zdobycia zawodu, jakiegokolwiek. 90% dzieci w bidulu ma rodziców – to sieroty społeczne wyrwane z objęć alkoholizmu i degradacji emocjonalnej rodziców.
Obiektywne Oczy Sądu musza przeprowadzić rozmowę z nieletnim. Sporządzić diagnozę osobowościowa nieletniego, by ocenić jak mocno jest zdemoralizowany i jakie oddziaływania trzeba podjąć by się naprawił. Lub nie. Bidul nie chce naprawy. Bidul podjął decyzję że umieści go w Ośrodku. Przez sąd.
                Jarka tak naprawdę znam od dobrych 10 lat. To wtedy wpłynęło zawiadomienie z Ośrodka Pomocy społecznej, że w jego rodzinie źle się dzieje. Wtedy też sąd postanowił ograniczyć rodzicom władze rodzicielską nad nim poprzez nadzór kuratora sadowego. Ot, kurator przychodził i sprawdzał czy dobrze zajmują się dzieckiem. Wizyty w domu, w szkole, w Ośrodku Pomocy społecznej, tak przez 10 lat. Dziesięć lat mówienia, sprawdzania, pouczania i kontrolowania. Dziesięć lat pisania comiesięcznych sprawozdań do Sądu na okoliczność wykonywania władzy rodzicielskiej. Dziesięć lat pracy za państwowe pieniądze, które w konsekwencji przyczyniły się do tego, ze Jarek jest tu. W bidulu.
Wychowawca szybko nudzi się tematem Jarka. Interesuje go czy nie ma szans zostać kuratorem. Chociażby społecznym. Potrzebuje dorobić. Jak każdy w tym zawodzie. Prowadzi mnie potem do pokoju w którym Jarek przebywa. Pokój podobny do tych w internacie tylko ten zapach, potu, niemytego ciała. Na podłodze porozrzucane brudne skarpety, spodnie, jakieś podkoszulki. Jarek leży na łóżku ze słuchawkami na uszach. Słucha muzyki a telefonu. Patrzy na mnie z obojętna miną. Zna mnie, wielokrotnie przychodziłem do jego rodziców i wielokrotnie był świadkiem moich rozmów z nimi. Teraz przychodzę tylko i wyłącznie do niego, by móc pomóc. Podobno.
Dopiero teraz udaje się mi poznać prawdziwe życie Jarka. Jego punkt widzenia. Wiele spotkań, rozmów, a także analiz akt sądowych pozwala zauważyć ogrom emocji, negatywnych emocji których doświadczył w swoim krótkim życiu. Nie ma on żalu do sądu, nie ma żalu do mnie, ma żal do rodziców, ze go zostawili i potraktowali jak śmiecia. Wyrzucony, na margines społeczeństwa, gdzie miejscem życia jest bidul wśród takich samych jak on – nie mających gdzie pójść, a zarazem czekających choćby na krótkie odwiedziny matki czy ojca, którzy w chwilach trzeźwości przypomnieli sobie ze maja dziecko, upchnięte w państwowej placówce jak bezdomne psy w schronisku.
To że rodzice go nienawidzili dotarło do niego później, o wiele później, gdy jako pozornie ukształtowany młody nastolatek trafił do tego miejsca. Z dzieciństwa pamięta ciągłe kłótnie, awantury, wyzwiska, gdy jako dziecko zaczął rozumieć otaczający go świat. Dopiero później zaczął zastanawiać się, czy on naprawdę był kochany, czy kochano go tak, jak powinni kochać szczęśliwi rodzice. Wyobraża sobie że najszczęśliwszy był wtedy, gdy będąc małym dzieckiem leżał w kołysce a rodzice nachylali się nad nim, robiąc te swoje dziwaczne minki i gaworząc próbują go rozśmieszyć. Lubi marzyć o tym że śmiał się wtedy do nich, widząc ich roześmiane twarze nachylone nad nim. RODZICE. Matka i ojciec. Ci, którzy dali mu życie by mógł szczęśliwie dorastać w ich otoczeniu.
Jarek lubi marzyć w jego w domu było naprawdę dobrze. Tworzy wyidealizowany obraz rodziny, bo tak jest łatwiej. Podświadomie chce wierzyć że rodzice go kochają i zabiorą. Liczy, że któregoś dnia po prostu przyjdzie do domu, a na stole będzie czekał na niego obiad ugotowany przez mamę, a przeszłość szybko zostanie przez niego zapomniana. Marzy o tym, jednak im jest dłużej w bidulu, tym bardziej boi się ze to nie nastanie. Łapie go stres, z którym nie potrafi sobie poradzić. Lęka się.
Im był starszy, tym było już coraz gorzej, coraz mniej momentów, gdy uśmiechnięci rodzice trzymali się za ręce, a on idąc niezgrabnie przodem, potykałem się o każdą nierówność chodnika. Ale, jak sam mówi jeszcze nie było tak źle, jeszcze potrafili się uśmiechać, przynajmniej na zewnątrz, gdy podczas spacerów i spotkań ze znajomymi udawali, ze jest pomiędzy nimi dobrze, choć w domu potrafili przez kilka dni nie zamienić pomiędzy sobą słowa. Pamięta jak na spacerach brał mamę i tatę za rękę bo chciał czuć, że są blisko niego i chciał, by rodzice także zbliżyli się do siebie. Ciche dni poprzeplatane były dniami pełnymi awantur. Wtedy też usłyszał ze jestem bękartem, wpadką. Zapewne początkowo nie rozumiał tego słowa, kojarzyło mi się jednak to słowa bardzo dziwnie. Przeważnie używał go ojciec, gdy do mamy mówił, ze puściła się z jakimś innym. Nie wiedział co znaczy puścić się, zastanawiał się czy chodzi tu o to, że gdzieś mama się nie trzymała i upadła. Nie rozumiał….
Kolejnym nowym słowem jakie poznał i które pamięta to skrobanka. Wiedział że można skrobać patykiem, można robić takie fajne wydmuszki, gdy podczas świąt Wielkiej nocy mama wyskrobywała drucikiem na jajkach różne ciekawe wzorki. Nie rozumiał tylko czemu mówiła w kłótni z tatą, że mogła go wyskrobać? Próbował wyobrażać siebie jako jajko wielkanocne, które mama próbuje tak przyozdobić drucikiem w różne wzorki, kwiatuszki i szlaczki. Zastanawiał się czy to nie będzie  boleć.
Gdy po raz pierwszy poszedł do przedszkola, a miał pięć lat, nie było praktycznie dnia, aby rodzice nie kłócili się wieczorami. Praktycznie już o wszystko. O pieniądze, o jakieś kobiety, o niezapłacone rachunki no i o niego. Znów słyszał, że mama żałuje że go nie wyskrobała, a tata ze nie jestem jego synem, tylko jakiegoś innego, co ma żonę i dwójkę dzieci… Po takich kłótniach matka często zapalała papierosa i przychodziła do pokoju sprawdzając czy śpi, ale on nie spał, udawał z zamkniętymi oczami, by po chwili objąć ją ramieniem.
Mieszkała z nim babcia. Bardzo kochał babcię, ale ona ciągle płakała. Płakała po każdej kłótni taty z mamą i płakała, gdy pytał się jej co znaczy bękart. Nigdy mu nie odpowiedziała i dopiero po czasie zrozumiał dlaczego. Kiedyś jeden raz babcia powiedziała do jego mamy, że jak jej się nie podoba, to może zabrać dzieciaka i się wynosić. Mama wtedy wyszła z domu i płakała. Wracała późno w nocy i kładła się bez mycia koło niego. W sumie to babcia była fajna, dawała mu czasami cukierki, które nosiła w kieszeni. Zawsze miała schowane miętowe dropsy i jak bardzo ładnie ją poprosił, to swoja spracowaną ręką wyciągała cukierki, odwijała z papierka jednego i wkładała mu do buzi. Drugiego wkładała sobie, a resztę starannie zawijała i z powrotem chowała do kieszeni fartucha. Lubił te dropsy, choć często oblepione były takimi farfoclami, które zawsze zbierają się na dnie kieszeni fartucha. Potem babcia umarła. Jakiegoś raka dostała w głowie i ostatnie co pamięta to jak wyła leżąc w domu  w łóżku. Mimo że wiedział że jest z babcią bardzo źle, to nawet się cieszył, bo rodzice mniej się wtedy kłócili pomiędzy sobą.
W szkole do której poszedł po ukończeniu przedszkola nauka sprawiała mu trudności. Był często rozkojarzony, zdenerwowany, łatwo się irytował. Jak ktoś go przezywał lub zaczepiał, od razu rzucał się na niego z pięściami. Pani mówiła że jest agresywny, że dzieci w klasie się go boją. Ale on nie potrafił inaczej reagować niż w ten sposób. Przecież tak nauczyli go rodzice, którzy już wtedy szarpali się i bili, bo same słowa w kłótni nie wystarczyły. Zauważył też, że to, że inni się go boja sprawia mu radość. Ma poczucie triumfu nad nimi, napawa go dumą strach innych dzieci przed nim.
Pamięta że pierwszy raz dostał porządne lanie od ojca po Komunii Świętej. Goście którzy przyszli przynosili głównie pieniądze, które wręczali mu w kopertach. Wtedy rodzice byli bardzo szczęśliwy. Pieczołowicie zbierali wszystkie koperty, by móc od razu w łazience je przeliczyć. Po Komunii zapytał ich czy kupią mu komputer, jednak powiedzieli że mają inne wydatki i nie dostanie komputera. Następnego dnia wziął 100 złotych z kupki pieniędzy schowanej w szafce i wydał na słodycze przez cały dzień. Wtedy gdy ojciec go bił pasem po plecach, został nazwany złodziejem. Pamięta że od tamtego czasu, jak ojciec nie mógł czegoś znaleźć w mieszkaniu, to zawsze go pytał czy znowu czegoś nie ukradł.
Niewyskrobany bękart i złodziej.
CDN…