środa, 28 stycznia 2015

Nicnieroby



       W Polsce jest nieokiełznana liczba nierobów. Są ich setki, tysiące, żyjących na garnuszku państwa i czerpiących radość z nicnierobienia. Taki syndrom „luja pospolitego” który w międzyczasie jak z nim rozmawiasz, pozjadał wszelakie rozumy i stara ci się udowodnić, że jego nicnierobienie, czyli pospolite w naszym języku kulturowym „opierdalanie się” uwarunkowane jest jego cechami osobowościowymi i wynika z niezależnych od niego czynników środowiskowych. Bo, proszę szanownych czytelników mego bloga trochę poczytnego, opierdalacz zawsze znajdzie wymówkę. Ale to kurwa, zawsze.
       Miałem kiedyś pod nadzorem takich dwóch opierdalaczy. Znaczy żonę i męża, którym przydarzyły się trzy pacholęcia w tym dwa już będące w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. I jako że pacholęcia usmarkane i brudne przyprowadzane były do szkoły przez mamusię, co nieco mętny wzrok miała od gorzały która dzień wcześniej lała się strumieniami w chatce ich skromnej, to sprawa trafiła do sądu że niby zaniedbują swe dziateczki i nie zaspokajają ich potrzeb bytowych w należyty, rodzicielski sposób.
       Mając wtedy takie zlecenie na swoim wytartym ze starości biureczku, które dostałem w spadku po trzecim pokoleniu kuratorów w tym sądzie, po zapoznaniu się z zawiadomieniem szkoły, udałem się na wskazaną wieś, by dokonać rozeznania w terenie.
       Po raz pierwszy tam byłem, na tej wsi znaczy. Były to początki mojej pracy zawodowej w tym jakże zaszczytnym zawodzie, więc niczym nie zrażony i przepełniony misją zbawiania świata i naprawiania ludzkości ze zła doczesnego, udałem się zamaszystym i sprężystym krokiem w stronę domostwa by nieść słowo państwa polskiego i Sądu Najwyższego. Wszedłem na podwórko uprzednio otwierając zardzewiała furtkę, która tylko dzięki magicznym mocom piekielnym trzymała się na lichym kawałka drewna wkopanym w ziemię. Mój pierwszy krok postawiony butem za 49,99 w promocji w sklepie CCD stąpnął w bliżej nieokreśloną maź i spowodował niekontrolowany poślizg tak, że prawie że kolanem nie webłem w błoto.
- kurwa jego najświętsza mac! – zakląłem cichutko pod nosem, gdy mój zeszyt w twardej okładce pacnął w błoto i ujebał się po stokroć razem z długopisem za 99 groszy, do którego Sąd systematycznie dokupuje wkłady za 30 grosików, jakby nie można było kupić z tysiąca długopisów i rozdać z przydziałem na rok.
- ja jebie – zakląłem pod nosem gdy moje kolano wylądowało w błocie upaprawszy połowę jeansów i spowodowało plamę wielkości Ameryki albo innej Australii, w sumie dzieci z gimby i tak nie zrozumieją jaki kontynent co gdzie i jak leży.
- pierdolę tą robotę – cichutko szepnąłem do siebie, gdy podnosząc się z błociska wycierałem ręką zeszyt, aby mi posłużył, jednocześnie rozglądając się gdzie upadł mój wartościowy długopis z do połowy wypisanym wkładem.

       Jednakże misja jest misją, więc wstałem dumnie, wyprostowałem pierś niczym do orderu i ujebany w błocie udałem się do drzwi naprzeciwko, by znaleźć moich nicponi niedobrych, moje te niegrzeczne duszyczki co to tak niechętnie pracują na utrzymanie swych dzieciaczków.
Otrzepałem się na schodach ganka, poprawiłem kurtkę a rękę uwaloną w błocie włożyłem do kieszeni, co by wytrzeć ją porządnie.  Sprawdzony sposób że na zewnątrz kieszeni błota nie widać. Spodnie ciemne to jakoś ujdzie. Może prądu nie mają, po ciemku siedzą i nie zauważą że upierdolony błotem kurator do nich przyszedł.

       Kiedyś pamiętam jak robiłem wywiad, to wdepnąłem w psią kupę. Szedłem po ciemku do jakiejś chałupy to co się dziwić że psie guano się przykleiło do podeszwy. Lecz najgorsze było to, że buty z protektorem były i tak głęboko się powrzynało to śmierdzące coś, że nie zauważyłem. Na dodatek oblepiło mi buta naokoło. Tak nieświadomy wszedłem do mieszkania i zadowolony z poważno-sądowym uśmiechem kroczyłem po izbach mieszkalnych, zostawiając w prawie każdym pomieszczeniu ślady zapachowe wyczuwalne organoleptycznie za pomocą narządu węchu tudzież wzroku. Najgorzej to było wysiedzieć na kanapie, gdzie moje butki zatopiły się w miękkim dywanie a ja spoglądałem na sterylny prawie że pokój, gdzie gospodyni bardzo dbała by ładnie w nim pachniało i wyglądało. No cóż, klęła pewnie potem na mnie jak najęta ale co ja biedny żuczek mogłem zrobić. Uciekłem stamtąd pozostawiając zapewne dodatkowe ślady mojej i jakiegoś pieska bytności. Wyobrażacie sobie jak ta kupka musiała wrzynać się w piękny i nowiusieńki dywan. Gdyby to był mój dywan pewnie nogi bym upierdolił przy samych jajach i niech spróbuje taki pracować jak kadłubek. Nie to że naśmiewam się z niepełnosprawnych, w sumie sam nim jestem, niepełnosprawny intelektualnie kurator….. No cóż, z ta psią kupą to był wypadek przy pracy i od tamtej pory uważam, żeby takich niespodzianek do domu ludziom nie przynosić, a jeśli nawet się zdarzy to wiem już co odpowiedzieć. Wyobraźcie sobie taka scenkę:
- Panie kuratorze, Pan w kupę wdepnął i poroznosił mi po całym mieszkaniu!!!
- Proszę Panią, Pani wie po co jest ta kupa? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest kupa na skalę naszych możliwości.
       Parafrazując, to jest kupa na miarę możliwości kuratora, bo niedługo takie rzeczy powymyślają, że nic jako kuratorzy nie będziemy mogli zrobić, oprócz wyprodukowania kolejnych ton papierków, których w większości nie robimy dla siebie, tylko dla kontroli, nie mówiąc o awansach których praktycznie nie ma i o podwyżkach których tez nie ma. Chociaż pamiętajcie „Rząd się wyżywi”, kurator niekoniecznie ale w sumie nie tylko o moją grupę zawodowa tutaj chodzi.
       Ale odszedłem troszkę od wątku głównego, jakim miała być wizyta w miejscu zamieszkania nierobów. Nieroby jak nieroby, charakteryzują się dwu-leworęcznością a także dyskusją o tym, że „roboty dla nich nie ma i co ty na to powiesz”. Gdy zapukałem do drzwi wejściowych, oczom moim ukazał się nierób płci męskiej, ubrany jak na nicponia i lenia pospolitego całkiem przyzwoicie (na pewno czyściej niż ja), na oko trzydziestoletni z gęstą czupryną czarnych włosów i taką śmieszną bródką, wystylizowaną na wąsy i kreseczki włosów ciągnące się do brody by na jej końcu zamienić się w szczecinę. Od ucha do wąsów pośrodku twarzoczaszki wędrowała centymetrowej szerokości ścieżka po obu stronach facjaty. Od razu nierób skojarzył mi się z wiejskim cwaniakowatym „Alwaro”, co to mniemanie ma o sobie bardzo wysokie i co to pewnie nie jedna dziunię przeleciał w pobliskich krzakach uprzednio spiwszy ja najtańszym piwem ze sklepu obok. Taki sygneciarz z tombaku co to zgrywa bogatego i wymuskanego cwaniaka, a chleb ze smalcem wpierdala co drugi dzień i sra w kiblu na zewnątrz chałupy.
       Zaprosił mnie „uczestnik postępowania” do środka i w półmroku poprowadził do kuchni, która znajdowała się na końcu korytarza. Jako że znajdowałem się w starym domku, kuchnia opalana była drewnem i na niej gotowała się zupa szczawiowa w starym, poobijanym z emalii garnku. Obok kuchni leżało wiaderko mirabelek….. no teraz to przesadziłem, poniosło mnie, przyznaje się. Kuchnia wyglądał tak naprawdę jakby ktoś od 20 lat nie robił tam nic, oprócz zamiatania co jakiś czas podłogi. Pod oknem stał stół nakryty ceratą, przy którym gospodarz domu usadził mnie, by polecieć w obejście szukać swej drugiej połowicy.
       Gdy zostałem sam w tym pięknym pomieszczeniu, słuchając bulgocącego garnka na palenisku i przyglądając się brudnym zaciekom na suficie, do kuchni weszła ONA. Znaczy Alwaro przyprowadził swa połowicę, która niestety odbiegała standardem od średniej krajowej. W sumie to nawet odbiegała standardem od średniej niemieckiej, bardzo odbiegała…. Że tak powiem doły zaliczała. Nie ujmując oczywiście urodzie, bo przecież to rzecz gustu i takie tam… w końcu „każda potwora znajdzie swego amatora” jak mawia staropolskie porzekadło.
       Stanęli więc tak Alwaro i jego połowica przede mną, a ja przedstawiłem im cel swojej wizyty i szybciutko wytłumaczyłem czynności, jakie musze wykonać. Poprosiłem by usiedli, bo głupio mi tak było jak patrzyli z góry na mnie, wolałem mieć ich przed sobą na równym poziomie wzroku. Inaczej trzeba by było wstać, wiecie… taka psychologiczna zagrywka z komunikacji niewerbalnej. Gdy połowica Alwaro usiadła na krześle to mocną jęknęło, jakby miało znosić w bólu ciężko dolę masywnej pupy. Spojrzałem raz jeszcze na twarz tej kobiety tym razem w blasku słońca, bo bliżej okna usiadła i blask promieni słonecznych rozjaśniał jej piękne lico. Piękne? Co ja kurwa pisze…… OK., powiedzmy sobie szczerze że urody się nie ocenia, tak? Naprawdę staram się nie oceniać, bo w końcu jej sobie nie wybierała, ale jakieś granice są, naprawdę, powinny być. Kobieta ta była tak zaniedbana, ze wąs miała większy od tego swojego Alwaro, który jej dzieciaki zmajstrował. Do tego z brody wychodziły jej takie pojedyncze kłykcie czarnych, długich na kilka centymetrów włosów. Na głowie przylizane, brudne włosy a na brodzie i polikach brodawki, które nie dość że odznaczały się innym kolorem, to jeszcze wyrastały z nich długie, czarne i poskręcane włoski. No ja pierdole. Z nosa też jej wystawały. Ja wiem że bieda, ja wiem że pieniędzy nie ma, ale patrząc na wymuskanego z przystrzyżoną bródką Alwaro i na jego „konkubinę” to nóź się w kieszeni otwierał, jak on mógł z nią do łóżka chodzić i dzieciaki majstrować, a najmłodsze, proszę mi wierzyć, ma kilka miesięcy. Fetyszysta jakiś czy co? I w dodatku ten zapach, zapach niemytego, przepoconego ciała.
- Panie Alwaro – zwróciłem się do mojego przystojnego rozmówcy, który podczas wywiadu skoncentrowany był na swoich delikatnych dłoniach i równiutko przyciętych paznokietkach – a dlaczego to Pan nie pracuje nigdzie?
- Bo nie ma pracy – odpowiedział hardo spojrzawszy mi w oczy
- Ma Pan 32 lata, wykształcenie zawodowe dosyć pożądane na tutejszym rynku pracy, nie wierzę że nie ma szans na żadną pracę dorywczą, tymczasową. Od roku jest pan bezrobotnym – staram się dowiedzieć chociaż jaki ma stosunek do pracy, ale widzę że chuj z tego będzie, bo Alwaro zaczął bawić się sygnetem na palcu umieszczonym.
      Tak moi czytelnicy tak zaciekle mnie hejtujący czasami a i mądrze komentujący moje posty i wypociny na tym nędznym blogu. Alwaro był SYGNECIARZEM. Sygnet był kwadratowy, koloru żółtego i miał białe szkiełko pośrodku. Alwaro bardzo chciał bym zwrócił uwagę na to precjozo widniejące na jego paluchu, bo okręcał nim za każdym razem jak zadawałem skierowane do niego pytanie. Tandeta i tombak Az biły po oczach, ale w końcu jak ktoś, z taką wykwintną biżuterią może pracować? No przecież nie Alwaro!

CDN…

czwartek, 8 stycznia 2015

Osiedlowy sklepik

Uwielbiam ten sklepik. Cały przekrój blokowego społeczeństwa a i okolicznych melin robi w nim zakupy. Codziennie kurwa praktycznie to samo - browar, jabol, chleb. Browar, jabol, chleb.... I tak do usranej, zapijaczonej śmierci.
Też robię w nim zakupy. Czasami codziennie, bo żreć ciepła bułeczkę chce się z rana przed pracą. Wchodzę o 6.30 z rana do sklepiku a przede mną sąsiad. Około pięćdziesięcioletni menel co z matką mieszka starowinka i rentę jej przepija. Luj jebany kłóci się z nią czasami, co na klatce schodowej słychać, żeby mu na browarka ze dwa złocisze dała i na tytoń, bo mu się skończył. W sklepie ubrany w zniszczone jeansy i klapki kubota. Suszy go pewnie już od rana, to przyczłapał po dwa najtańsze piwska.
Innym razem trafiam na kolejkę. Przede mną dwóch dziwnie wyglądających facetów. Jeden jak bezdomny w obdartych łachmanach, z próchniejącymi zębami, podrywa ekspedientkę która co prawda urodą nie grzeszy, ale taki zapewne i najbrzydszego paszteta by chciał za cycek potrzymać i kupuje najtańszego jabola.
- Ale pani to cukiereczek najsłodszy - sepleni do niej śmierdzącym uśmiechem, prze jaranym jakimś najtańszym tytoniem - oj jak ja bym panią.....
- Idź już, spadaj - ze znudzona miną odpowiada mu sprzedawczyni, na oko 30-letnia blondynka.
Menello poszedł, za nim stoi facet w skórze, jeansach i białych adidasach. Twarz opuchnięta, oczka czerwone ale na paluchu sygnet rodowy jest. Koło niego babka, podstarzała blondyna po solarce idzie kupić jakiś soczek dla dziecka. Opuchnięty podchodzi do kasy i macha kartą kredytową tak, aby wszyscy widzieli:
- Skrzynkę piwa, butelki już odstawiłem - drze się na cały głos, a dwóch kolejnych amatorów piwa którzy stanęli za mną spojrzeli na niego z zazdrością i wkurwą, oblizując pewnie swymi wyjałowionymi językami swe podniebienia.
Ekspedientka nabija na kasę najtańsze piwo, sztuk 20. Jebany burżuj, nie ma co.
- Chwileczkę - rzecze to ekspedientki - moja pani coś jeszcze niesie. I machnął na nią ręką krzycząc "Lolita, cho no tu bo kolejke zajołem"
Zapierdala Lolita z dwoma Kubusiami w reku i jakimś batonikiem i kładzie na ladzie. Alwaro z przylizanymi na cukier włosami rozgląda się wokoło, jakby sprawdzając czy wszyscy w kolejce widzą, jaki to on burżuj, bo będzie płacił karta teraz. Swoimi grubymi, opuchniętymi i brudnymi co prawda paluchami nie mógł trafić do terminala, ale gdy przytrzymał go druga łapą to jednak mu się udało.
Wbija PIN. Transakcja odrzucona.
- Jeszcze raz - rzecze do ekspedientki, która znudzona patrzy tępo na niego.
Transakcja odrzucona. Drapie się po przylizanej głowie. Chwile myśli i wyciąga kartę z terminala.
- Poczekaj, ja mam pieniądze - Lolita sięga do torebki w poszukiwaniu zapewne różowej portmonetki.
- Ja mam piniondze - znów Alwaro wydarł się na cały sklep i z tylnej kieszeni spodni wyciągnął zwitek banknotów. Na oko kilka setek. Odmierzył jedną stówę, najpierw rozkładając w ręku cały plik, i w oczekiwaniu na resztę przeliczył, ile mu zostało.
Dwóch meneli stojących za mną o mało co nie pożarli wzrokiem tych banknotów. Alwaro zapłacił, resztę schował do kieszeni i biorąc całą skrzynkę piwska wyszedł ze swoją panią ze sklepu.
I gdy juz miałem podejśc do lady by zakupić spożywke, dwóch młodych, lumpownie trochę wyglądających chłopaków zagadało do mnie:
- Panie, puści nas pan, spieszymy się, tylko piwo weźmiemy...
- Odliczone mamy - gada drugi z nich
- Prosze - odpowiedziałem, bo bawił mnie ich widok. Takie to małe, przygarbione i pokraczne, choć obydwoje mieli po około 30 lat. Kilkudniowy zarost, czapeczka z daszkiem i twarz nieskażona inteligencją. Kwiat polskiego ludu pracującej stolicy.
- Ile macie - pyta ekspedientka
- Po trzy, razem sześć - odpowiadają prawie chórem i unoszą do góry puste butelki które trzymali w dłoniach
- Tam postawcie - kiwnęła głowa w strone skrzynki na piwa
Delikatnie odstawili puste buteleczki, wymieniwszy je na pełne, znów najtańszego piwa. Położyli odliczona kwotę na ladę i szybcikiem spierdolili ze sklepu.
- Ketchup poproszę - tym razem to ja.
Kiedyś zastanowiła mnie na oko 70 letnia kobieta która oprócz bułek o 7 rano i dżemu, zakupowała ćwiarteczkę. Nie wiem czy dla siebie, czy dla swego męża a może syna. Ale od czasu gdy ten sklepik stał się moim najbliższym, zauważyłem jak wiele osób ma problem z alkoholem. Te same twarze, zapijaczone mordy, prawie każdego dnia kupują najtańszy alkohol, by potem wrócić do swych zon, konkubin, dzieci i w pijackich amokach prawić im morały, jacy to zajebiści tatusiowie są i Panowie Domu.

sobota, 27 grudnia 2014

Opowieść Wigilijna



Pukam cichutko swoimi kuratorskimi paluszkami we framugę drzwi, które co prawda lata świetności mają dawno za sobą ale wbrew prawom fizyki opierają się jeszcze upływowi czasu. Pukam cichutko, by nie zbudzić jaśnie najjaśniejszej pani, która po pozbyciu się dwójki dzieci, dogorywała w swojej dziupli nękana omamami trzeźwości. Chuj. Za cicho bo nikt nie otwiera. Pukam więc mocniej mając nadzieje że ją zastanę w jej mieszkanku i przeprowadzę wywiad o urlopowanie dzieci na święta z bidula, bo przecież niby bardzo je chce. Oczywiście, pewnie że marzy o tym by spędzić czas z dziećmi, przy choince, lampkach, prezentach, śpiewając kolędy przy stole, głaszcząc i przytulając po małych główkach swe dziecinki. W telewizji puszczą pastorałki i inne przyśpiewki, a cała rodzina przy stole będzie wpierdalała wigilijnego karpia, tak szczęśliwie kupionego na przecenie w pewnej sieci marketów. Ahh, to będzie sielanka, ze słomą pod obrusem i dwunastoma wigilijnymi potrawami, a marzeniem dzieci będzie nie wrócić już po świętach do bidula, tylko zajmie się nimi trzeźwa i pracująca mamusia.

       A tak w ogóle to wkurwia mnie ta jebana niesprawiedliwość. Dlaczego ja musze zapierdalać za marne grosze i brać kredyt hipoteczny by kupić sobie jakieś małe mieszkanko w bloku i co miesiąc becelować do banku jakąś sumę pieniędzy, a taki zajebiście zapijaczony patol ma mieszkania komunalne. Albo dlaczego normalna rodzina tylko skromnie żyjąca na mieszkanie będzie czekać latami, a jak patolce zabierze się dzieciaki, to nagle gmina znajduje lokal dla niej, by dzieci miały szansę powrotu znów pod jej skrzydełka. Ty zapierdalaj na etacie i spłacaj kredyty, a patol…, no cóż, póki opłaca czynsz nic mu nie grozi. A jak sam nie zarobi, to opieka da na opłacenie… i wodę podłączy, i energie elektryczną, i na żarcie da….. Nie to żebym nie miał odruchów ludzkich, ale jak tracisz dzieci i nie wrócą do ciebie po kilku miesiącach, to wypierdalaj z mieszkania pod most i nieważne czy twoje czy nie, czy własnościowe czy spółdzielcze. Mieszkanie idzie na utrzymanie twych dzieci w bidulu czy innej placówce a Ty co najwyżej możesz do rzecznika Praw Obywatelskich napisać i poskarżyć się na niesprawiedliwość wymiaru sądowego. Najlepiej ze schroniska dla bezdomnych.
No dobra, służba nie drużba, zapierdalać trzeba w tej robocie, bo PATOL NASZ PAN i tak naprawdę jest moim pracodawcą i chlebodawcą. A rękę która karmi szanuje się i dba jak o własną, bo jakby takich nie było, to i by pracy nie było, i chlebusia bym nie kupił i w ogóle pewnie bym pod mostem mieszkał, bo za co kredycik wziąć na mieszkanko? Wiec trzeba szanować swego szefa i dbać jak o własna matkę.

       Łapie za klamkę drzwi. Klamka zostaje w dłoni. Ojej, może narzędzia mam w samochodzie i naprawię te drzwi, bo jakże tak mój pracodawca może bez klamki mieszkać? Głupi ja, popsułem, zniszczyłem i powinienem odkupić jak najszybciej, by moja chlebodawczyni się nie zdenerwowała i nie nakrzyczała na mnie. Jeszcze po złości sporządnieje i strącę ją, a wtedy mój etat okaże się zbędny i zasilę szeregi bezrobotnych….. Nie. Klamka do naprawienia.

Na szczęście drzwi się otworzyły mogłem powoli wejść do mieszkania. Ojej, olaboga, co za zapach niemiły dotknął moje nozdrza. Bidulka, muszę jej odświeżacz kupić bo pachnie niemiło moczem. Pewnie piesek się zsikał a ona zapomniała posprzątać. Zaraz wezmę szmatkę i powycieram jej podłogę, co by bidulka moja nie wdepła i nie poroznosiła po innych pokojach szczoszków pieska. Dobrze że wożę ze sobą środki chemiczne, to zaraz na kolanach szybikiem ogarnę jej podłogę a i od razu pokoje przelecę, skoro już kleknę.
       Ale tutaj w tym pomieszczeniu mojego chlebodawcy nie widzę. Pewnie zmęczona w pokoju przysnęła, przygotowując się od kilku dni do wigilii. Spojrzałem na kuchnię w której jestem i żałuję teraz że mam trochę mało czasu. Okien nie umyła, pewnie gości miała bo butelki po wódce stoją. Ehh, no tak, sąsiad urodziny miał i pewnie wpadł z malutkim toastem. Ta życzliwość i dobre stosunki sąsiedzkie tak mało widoczne w dużych miastach. Zapomniała moja chlebodawczyni posprzątać pewnie, zafrasowana ubieraniem choinki i robieniem generalnych porządków w mieszkaniu. Bidulka, jak ja jej współczuję.
Od kuchni w której się znajduję prowadzą drzwi do pokoju, w którym to przeważnie rozmawiałem wcześniej z moją SZEFOWĄ. Łapię za klamkę, która jakimś cudem nie została w mojej dłoni i moim oczom ukazał się widok….. a raczej zapach, który uderzył w moje nozdrza i spowodował lekki odruch wymiotny. Zapach wódy, papierosów i przepoconych ciał.

       W zaciemnionym pokoju przebywało z 5 osób. Wszystkie one siedziały w milczeniu, kierując swój wzrok na mnie, stojącego z rozdziawioną japą w drzwiach do pokoju. Normalnie kurwa, Pan Japa ze mnie zrobił się w tym momencie i jeszcze tylko tekstu o Zulu-Guli brakowało. Jeden z facetów, najbliżej mnie się znajdujący oparty był w kuckach o ścianę – palił jakiegoś peta a w ręku trzymał kubek z winem. Zaczął cos bełkotać w moją stronę w stylu co tu robię, kim jestem i takie tam pierdolenie w bełkotliwym slangu. Rozglądam się dalej w poszukiwaniu mojej patolki, znaczy chlebodawczyni, co by namierzyć ją kuratorskim wzrokiem i zapytać czy nie potrzebuje mojej pomocy, w końcu jestem tu po to aby pomagać i chuchać na nią, dbać i martwić się o jej jakże smutny, zapijaczony los.

       Drugi z meneli siedział na taborecie przy stole. Jakoś tak dziwnie się kiwał – w przód i w tył. Robił to na tyle dziwnie i niebezpiecznie że pomyślałem że zaraz wyjebie się na plechy i wyrżnie swoją malutka główką o telewizor, który grał za jego plecami. Ogólnie to chyba tracił kontakt z rzeczywistością, bo białka w oczach zawało mi się widzę, gdy jego źrenice wędrowały do góry w momencie odchylenia do tyłu, by po chwili wrócić na swoje miejsce gdy odzyskiwał równowagę i pochylał się do przodu. Przekomiczny obrazek podczas którego oglądania żałowałem że nie mam telefonu by nagrać to i wrzucić fejsunia. Kasę chociaż jakąś konkretną bym zarobił.
- gdzie jest Iksińska – pytam się tych dwóch meneli, którzy odpowiadają mi bełkotliwie pytaniem na pytanie kim jestem. Chuj cie to obchodzi pomyślałem, bo nie mam zamiaru dwóm lumpom reprezentującym pokłady lumpenproletariatu społecznego tłumaczyć się ze swojej wizyty. Chce zobaczyć Iksińską, bo w końcu wniosek o urlopowanie rzecz święta, choć z góry wiadomo że gówno z tego będzie.

       Przemieszczam się do drugiego pomieszczenia, znaczy pokoju. Drzwi uchylone, to zaglądam nieśmiało czy aby tam mojej cudownej Matki Polki nie ma schowanej. I zaskoczenie wielkie mnie ogarnęło, jak dzieciaka który w oczekiwaniu na prezenty pod choinką dostał wymarzony podarek. Normalnie kurwa poczułem się tak miło i przyjemnie zdziwiony, tak ma dusza się radowała, tak mi krew w żyłach buzowała, tak podniecenie mną targało, gdy widziałem ten widok, widok mojej chlebodawczyni….

„Leżeli wtuleni w siebie w ekstazie podniecenia, dotykając się swymi ustami nie zważając na otoczenie i osoby które znajdują się obok nich. On delikatnie masował jej pierś, a jej rozchylone wargi wydawały z siebie jęk rozkoszy. Druga ręka masowała jej udo i krocze intensyfikując doznania. Ona trzymała go za sflaczałego penisa, szarpiąc nim tak, jakby miała zamiar go co najmniej urwać albo wyrwać razem z korzeniami” 
Auć, kurwa mać, aż mnie zabolało.

       Nie przyglądałem się dłużej, co by nie obrzydzić sobie seksu na jakiś dłuższy czas, choć raczej chyba mi to nie grozi, co najwyżej chwilowym brakiem partnerki, ale garbaty nie jestem więc sobie poradzę. Zawsze mogę założyć profile na stronach randkowych i zacząć wybierać wśród setek tysięcy kobiet w bliższej lub dalszej okolicy. Problem w tym, że niektóre to mogą być patolki, umalowane i ubrane jak stróż w Boże Ciało, ale będę liczył na swoje wyczucie i umiejętność poznawania się na ludziach. Hmmm, musze spróbować i opisać swoje doświadczenia w jednym z opowiadań. Haha, może następnego bloga stworze. To jest myśl J

       Odwracając głowę od aktu kopulacji mojej chlebodawczyni z jakimś nie do końca umytym menelem, którego sflaczały kutas nie chciał stanąć na wysokości zadania, mimo tego że pchał brudne łapska w jej zarośnięte i oklapłe krocze, miętoląc w międzyczasie jej obwisłą i suchą czterdziestoletnią pierś, spojrzałem na wyro stojące w drugim rogu pokoju. Pod barłogiem i zatęchłymi  szmatami leżała druga parka, obejmująca się pięknym uściskiem. Ci przynajmniej spali i nie próbowali kopulować na moich oczach i innych meneli znajdujących się w mieszkaniu.

       Odwróciłem się i wróciłem do pierwszego pomieszczenia. Kiwający się menel z wywalającymi się białkami w oczach wybełkotał w moja stronę:
- A czego tu szukasz?
- Niczego – wyszedłem z mieszkania, czując na sobie smród meliny.
Tego samego dnia udałem się do bidula. Dwoje dzieci menelki gdy mnie zobaczyły podeszły nieśmiało gdy z wychowawcą piłem szybką kawę.
- A nie wiem pan czy pójdziemy na święta do domu do mamy? – zapytała mnie 11-letnia dziewczynka o buzi aniołka. Jej młodszy braciszek patrzył na mnie swoimi dużymi oczami w nadziei ze na kilka dni przed wigilia przekażę im dobrą nowinę.
- ja niestety nie wiem – odpowiedziałem – to pani sędzia musi wyrazić zgodę.
- To powie jej pan że my chcemy iść do domu – poprosiła mnie dziewczynka.
- oczywiście że powiem.
Kłamałem patrząc w oczy dzieciom.

czwartek, 18 grudnia 2014

Dziennik Śląski

Zapraszam na nowy artykuł jaki ukazał się w Dzienniku Śląskim

http://slaskidziennik.pl/wiadomosci/klamstewka-czyli-jak-wyprowadzic-w-pole-kuratora/

Pożycz 3 zł czyli księżna w pałacu

Przepraszam, że długo nie pisałem, ale jak to w pracy bywa , było  lato , były wakacje, potem zaległości , kłopoty zdrowotne i  rodzinne …życie.


 Część 1.

Była szczupłą, ładną blondynką. Dajmy jej na imię Ewa. Pochodziła z rodziny,                  w której ojciec był alkoholikiem i zapił się kiedy miała może z 10 lat. Matka miała ją jedną, pracowała w miejscowym Państwowym Gospodarstwie Rolnym gdzie jak to na wsi zabitej dechami wolny czas spędzano przeważnie na działce lub pod sklepem przy tanim winku. No ale mamusia się starała i jakoś wiązała koniec z końcem, udało się nawet Ewę do szkoły ponadpodstawowej posłać i ukończyła ZSZ w zawodzie fryzjer damsko męski. Miała wzięcie u miejscowych chłopaków i zaraz po szkole wyszła za mąż za Włodka. Kiedy Ewa ,,wyfrunęła’’ z rodzinnego gniazdka objawiła się prawdziwa natura jej mamy, która sama z nudów czy też z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu zaczęła pić i stoczyła się niemal na dno – szczęściem dopracowała jakiejś skromnej emerytury czy też przyznano jej jakąś rentę – dokładnie nie wiem i nie jest to takie ważne. Miała mieszkanie.

Włodek był pracowity i miał własny domek po rodzicach. Mały skromny ale ciepły i było w nim wszystko co trzeba. Pracował od rana do nocy przeważnie na budowach. Pracował legalnie. Nawet nieźle zarabiał. Niczego im nie brakowało. Z tego związku urodziła się Zosia.  Ewa zachowywała się jakby była jedyną, która urodziła. Wszystko się jej należało.  Włodek tyrał a ona „szlifowała pazury”.  Z nudów zaczęła chodzić coraz częściej do mamusi i jak to bywa w takich sytuacjach zaczęła pić. Początkowo Zosia była dopilnowywana przez siostry  Włodka, które na szczęście  mieszkały blisko ale i one powiedziały dość i Włodek musiał coś zrobić. Ewa chyba zauważyła, że grunt pali jej się pod nogami i… ponownie zaszła w ciążę. Urodziła Julię a zaraz po roku Adriana. Obecnie Julia lat 13 i Adrian lat 12.
Na szczęście w ciąży Ewa nie piła. Włodek tyrał jeszcze więcej.

Przyszedł czas, że trzeba było zaopiekować się dziećmi w inny sposób niż tylko przewinąć i dać cyca. No i najlepiej byłoby gdyby Ewa poszła do pracy. Przy trójce dzieci nawet jeśli Włodek dużo pracował i zarabiał ok 3 tys. to kasy nie była aż tak dużo. Gwiazda się znalazła bo ma troje dzieci to już nic nie musi. Awantur było za dużo a dzieci były zaniedbywane, niedomyte, nieubrane adekwatnie do pogody albo           w ogóle z brakami np. majteczek czy skarpet. Brak zadań domowych. Najpierw zainteresowała się wychowawczyni któregoś dziecka ze szkoły, potem pedagog. Normalna procedura. Wezwano rodziców. Włodek nie mógł przyjść – pracował, Ewa była i obiecała poprawę, że to przez brak czasu itp.
Sytuacje jednak się powtarzały a kolejne rozmowy z Ewą nie przynosiły skutku.                   W domu pojawili się pracownicy OPS. Zastali Ewę mocno nawaloną już ok 11.00 rano. To wystarczyło, skierowali sprawę do sądu rodzinnego o wgląd w sytuacje rodziny.  Ograniczono władzę rodzicom, obojgu i co ? I nic. Włodek dalej tyrał a ona dalej piła a do tego robiła większe awantury, że sąd, że kurator tu przychodzi i się wtrąca a ona jest taką dobrą matką, tylko czasem do kieliszka zajrzy. Siostry Włodka  od czasu do czasu rozmawiały z nim na temat sytuacji w domu. Widziały, że on wraca do domu późno czasem i o 20, dzieci były dalej w ubraniach szklonych. Słyszały jak ona wydzierała się na nie a zwłaszcza na najstarszą Zosię, która powoli zaczęła przejmować jej obowiązki czyli pomoc w lekcjach młodszym, ubieranie, dawanie jedzenia, choćby jakiejś kromki chleba a miała dopiero około 13 lat.  Z powodu kłótni dzieci chodziły późno spać, coraz większe kłopoty miały też  w szkole. Włodek miał     w końcu dość. Założył Ewie sprawę karną o znęcanie nad rodziną z art. 207 kk. Na tym etapie było już tak, że Ewa w ogóle nie interesował się dziećmi, dochodziło do sytuacji kiedy Włodek wyganiał z domu miejscowych meneli, albo dzieci pytały Włodka kto to był  u mamy, bo strasznie śmierdział i tak dziwnie dotykał mamę… Sąd uznał racje Włodka, nakazał opuszczenie domu przez Ewę, zakaz nadużywania alkoholu oraz zakaz kontaktu z dziećmi w godzinach wieczornych- bodajże od 18.00. Ponieważ sprawa Ewy była już doskonale znana w gminie, po wyroku sądu gmina zapewniła jej małe mieszkanie we wsi nieopodal. Był to stary dom miejscowego właściciela ziemskiego, zamieniony w czasach PRL na mieszkania dla pracowników PGR tuż obok kościoła  i cmentarza w samym środku wsi. Ludzie na to mówili pałacyk. Ewa dostała dwa pokoiki  z wc na najwyższym piętrze.  W tym czasie Zosia miała już 19 lat i udało jej się wyjechać do Anglii gdzie pracowała jako kelnerka- podobno dobrze jej się wiedzie.
Jak się domyślacie szanowni czytelnicy teraz do ,,akcji’’ wkroczył wydział karny wraz ze swoja ,,ciężką artylerią’’ w postaci groźby wprowadzenia do wykonania wyroku.
Dozór trafił się doświadczonemu kuratorowi społecznemu. W zasadzie takie sprawy powinien prowadzić kurator zawodowy ale skoro sprawczyni przemocy mieszkała całkowicie osobno to może prowadzić taka sprawę kurator społeczny.
Początkowo kurator informował, że ma kłopot z zastaniem skazanej, jak już zastał to opisał straszne bagno w jakim mieszkała. W sumie jakoś specjalnie się nie dziwiłem bo doskonale znałem ,,pałacyk’’ zawsze tam trafiali menele wszelkiej maści oraz rodziny z wieloma problemami.
Kurator zaczął informować, że skazana jest ciągłe pod wpływem alkoholu, że ma cyt. ,, w dupie kuratora i sąd  i nikt jej nie będzie mówił co ma robić’’. Cały czas motywowałem kuratora do większego wysiłku ale stwierdził, że nie da rady, że to jest dno dna. Problem alkoholowy na max, że tylko leczenie zamknięte. Do tego miejscowy OPS też informuje , że demoralizuje własne dzieci…
 Kur… no jak przecież nie mieszka tam gdzie mieszkała?
Nawet policja ma jej dość bo ludzie zawiadamiają o … ( opiszę później).
Przychodzi zawiadomienie od OPS oraz osobne pismo do sądu  napisał Włodek.              W obu dokumentach treść była podobna- że nie stosuje się do wyroku oraz informacja że Ewa  okradła rodzinę z żywności pod nieobecność Włodka. Została wpuszczona do domu przez dzieci.
Dobra. Alarmują ze wszechstron, że nadużywa alkoholu , że spotyka się z dziećmi że ogólnie katastrofa. Wzywam ją, nie stawia się, nawet nie odbiera.  Jest jeszcze coś takiego jak pisemne upomnienie ale nie chce go stosować – niesie to za sobą określone skutki prawne, bardzo niekorzystne dla skazanego- składam wniosek o zarządzenie wykonania kary- myślę, opamięta się, podejmie współpracę , podejmie leczenie.
Przychodzi zawiadomienie o posiedzeniu i zlecenie przeprowadzenia wywiadu środowiskowego. Jadę na miejsce. Wspinam się na ostatnie piętro po krętych ciemnych schodach. Na parterze zakamarki , ale wiem gdzie kto mieszka, nawet nie pytam co i jak bo nic nie powiedzą. Wchodzę na piętro zasłaniając się trochę teczką, tu nocuje nieduży strasznie hałaśliwy pies, zna mnie dobrze ale zawsze szczeka                       i wykonuje ruchy jakby chciał mnie ugryźć- no ale tu mam najlepsze ,,źródła informacji’’. Musze się zatrzymać przed drzwiami i z jednej strony do nich pukać               a z drugiej odgradzać się od psa. Dobra tu potwierdzają wszystkie informacje, dodatkowo dowiaduję się, że chyba jej nie ma, że melina straszna, że ludzie boją się pożaru bo kiepy gaszą gdzie popadnie albo wcale, tylko rzucają na podłogę. Dobra wchodzę na następne piętro. Ostatnie – tam po lewej mieszka też mój dozorowany              z rodziną a naprzeciwko ona - ,,księżna Ewa’’.
Idę najpierw do mojego dozorowanego, nie ma go ale jest żona. Twierdzi, że znowu zaczyna popijać i kasy mało daje  na utrzymanie … kur… przecież tu był spokój , jak się pierdoli to wszędzie. Jednak pod pozorem rutynowej wizyty pytam też o sąsiadkę. Potwierdza, że przychodzą do niej pijaki z kilku okolicznych wsi, ale teraz jej chyba nie ma. Obiecuję , że pogadam z jej mężem w najbliższym czasie i wychodzę.
Stoję przed drzwiami , panuje półmrok. Drzwi jakieś takie obite blachą, śmierdzi już przed wejściem, moczem, odchodami i bóg wie czym jeszcze. Drzwi są uchylone, pukam, cisza, wale pięścią drzwi otwierają się na tyle że spokojnie można wejść. Słyszę gra telewizor. Wchodzę. Przez okno na wprost wpada światło, okno jest strasznie brudne jak moja tylna szyba w aucie , na oknie wisi jakaś szmata, która  kiedyś była zasłoną. Pod oknem tapczan koloru nijakiego, może kiedyś to była jakaś purpurą ale teraz jest zasrany i zaszczany , jakieś łachy na nim, po prawej mam urwaną umywalkę, dalej po prawej wejście do drugiego pokoju skąd dobiega muzyka. Wejście do pokoju zasłonięte wielokolorową szmatą. Odsuwam z pewna dozą wstrętu,  cały czas nawołując czy ktoś jest w mieszkaniu. Za zasłoną na wprost stół , jedno krzesło. Na stole malutki telewizor coś takiego jak taksówkarze mają, kineskopowy oczywiście. Obok jakieś konserwy,  metalowy talerz jak w więzieniu. Po lewej drugie okno podobne do poprzedniego i pod nim również kanapa , tyle ze mniejsza. Wygląda również podobnie do poprzedniej ( może to był jakiś komplet) tyle, że ta jest ,,tylko’’ zaszczana , nie wygląda na zasraną, kupa łachów i jakiś koc. Obok stoi niska komoda z grzejnikiem , taka mini kuchenką elektryczna na której gotuje się woda. Po prawej wydzielone pomieszczenie na kibel który jest dosłownie …czarny .  Tam już musiałem użyć latarki bo skąpe światło nie dolatuje aż tak daleko w głąb. Obok kibla piec typu koza w którym słabo się pali. Dookoła kiepy, kilka pustych butelek po tanim mózgojebie, może ze dwie puszki po piwie. Muchy, wszędzie tłuste muchy. Koniec, apartament nie ma co.   Myślę no jak przecież ktoś tu musiał przed chwilą być. No nic nie ma z kim gadać- wyłączyłem tylko tą wodę i wychodzę.
Na parterze spotykam jedną z tych sąsiadek co to nigdy nic nie widzą i nie wiedzą…ech zapytam ją. O dziwo mówi, że parę minut temu wybiegł stad jeden z tych meneli co u Ewy przesiaduje. Ale ten to jakiś taki co dłużej u niej siedzi.
Wsiadając do samochodu spotykam jeszcze pracownika socjalnego który przyjechał do innej rodziny. Wypytuję co i jak, wszystko się potwierdza, dodatkowo dowiaduję się, OPS wystąpił do sądu o przymusowe badania psychiatryczne w kierunku ubezwłasnowolnienia i umieszczenia w jakimś zakładzie psychiatrycznym. W duchu pękam ze śmiechu – to już niedobrze, znieczulica mnie ogarnia ? Może jednak jestem zbyt świadomy. Dziewczyny z OPS- u już po prostu nie wiedzą co robić. Dowiaduję się jeszcze, że koleżanka widziała ją rano jak szła do wsi w której są jej dzieci- jadę tam.

Koniec cz.1

Kane

poniedziałek, 27 października 2014

List od czytelniczki, który bardzo podniósł mnie na duchu ;)


"Właśnie skończyłam czytać książkę i choć nigdy tego nie robię, to już w połowie lektury postanowiłam, że napiszę do autora. Jestem jedną z tych młodych, naprawdę młodych, pracownic socjalnych, co robią się blade przy haśle „odbieramy dziecko”. W zawodzie od roku. Co mnie tam pchnęło? Wrodzona chęć pomagania i fascynacja syfem tego świata. Nieważne. Ważne, że od czasu kiedy pracuje to się nie zmieniło. Zapał jest większy i branżowe zainteresowania się poszerzyły. Tylko czasem są dni, kiedy pytam siebie jak bardzo muszę być stuknięta, żeby w tak młodym wieku bujać się z tymi wszystkimi zasiłeczkami stałymi i walczyć z wiatrakami. W taki oto sposób trafiłam na bloga, później na jakiś artykuł w gazecie, na koniec do książki. 


Dawno nie połknęłam tylu liter tak szybko jak Twoich. Jeden dzień i po książce, choć teraz trochę żałuje bo chętnie jeszcze bym poczytała. Zacznę od tego, że mimo tragizmu znanego z codziennej pracy udało Ci się mnie kilka razy rozbawić. A to przy polowaniu na muchy, a to przy nowych butach za dwie i pół stówy, co pobrudzić ich nie chciałeś, no i manewry na śniegu Całość zrobiła na mnie duże wrażenie. Bo jest prawdziwa. Bez ściemy. Tu trochę o małolatkach, co Cię próbują poderwać. Tu o irytacji i narastającym wkurzeniu na ludzi i system. Historie z gwałtami w tle przypłaciłam, ciężkim koszmarem. No ale takie jest życie. To co dla mnie ważne, jest w tym wszystkim widoczna nadzieja lub wiara lub cokolwiek innego, co ja nazywam u siebie wiarą w człowieka. A może tym razem coś się zmieni, a może dziś nie spotkam M. zachlanego i uda mi się przeprowadzić wywiad i dowiedzieć, gdzie w końcu mieszka. Na pewno wiesz o co chodzi. Poczułam się lepiej, kiedy przeczytałam, że nie jestem sama w szaleństwie zaglądania w ludzie twarze w celu potwierdzenia lub zaprzeczenia moich domysłów, czy ta babka na ulicy naprzeciwko mnie to czasem nie zasiłek stały. Często się zastanawiam, dlaczego ludzie świadomie wybierają zawody, w których pracuje się z sytuacjami tak bardzo beznadziejnymi. Po co ludzie wybierają taką robotę? Jednocześnie mam poczucie, że w tym całym syfie jest jakiś sens. I dar dla mnie. Zrozumiały dla nielicznych. I kiedy już myślałam, że książka się skończy jedną z wielu historii i nie znajdę odpowiedzi na swoje pytanie, trafia się w książce ostatnia historia, epilog. Człowiek spod śmietnika i ostatni akapit. Jadę autobusem i się wzruszam. Bo myślę, że właśnie dla tego jednego/jednej na sto chcę robić, co robię. 


Dziękuję Ci bardzo drogi autorze za tę książkę. Będę do niej wracała, a kiedy znów pomyślę „Olka, posrało? Po co Ci taka R O B O T A?”. Pocieszę się trochę i pomyślę, że inni mają gorzej(w domyśle Ty : ) ), zajrzę na 314 stronę i przypomnę sobie dlaczego od kilku lat chciałam być tu gdzie jestem, robić to, co robię. 

Pozdrawiam i czekam na część II,
Młoda Socjalna"