środa, 30 listopada 2016

Miłość w światłowodzie part 2



     Dłubie w nosie, patrzę na fejsiunia i przeglądam olx oraz allegro w poszukiwaniu starych, ale jeszcze sprawnych części które wmontuje do mojego samochodu. Ledwo trzydzieści minut po rozmowie z mechanikiem, a mnie już kurwica bierze, bo stos wywiadów piętrzy się na biurku i w chuj telefonów ze szkół. Ogólnie jedna wielka cieczka z tymi szkołami, bo likwidują gimnazja i każda szkoła ma zrobić zebranie z rodzicami gdzie o reformie będą informować wielce szanowne rodzicielstwo. Mam w sumie w dupie reformę, pracy mi nie ubędzie przez to, ale nagle przed końcem roku każdy sobie przypomina, że ma jakieś tam sprawy niepowyjaśniane z uczniami. No cóż, taki to już mój los Syzyfa, zapierdalającego po odmętach ludzkiej bezgranicznej głupoty.

     Palec mój wszedł w głęboko w nozdrze i paznokieć uszkodził chyba jakieś naczynko krwionośne bo czerwona krew się na nim pokazała. Cholera, jeszcze krwawienie mi tu potrzebne do szczęścia, jakbym nie miał innego zmartwienia. Patrzę tępym i wkurwionym wzrokiem w ekran służbowego monitora i szukam najtańszej części używanej, która wstawię w swój samochód, by przemierzać bezkresy ludzkiej degrengolady i spisywać na kawałkach służbowego papieru służbowym długopisem tragiczne dzieje moich chlebodawców.
- Dzień Dobry! – przywitał mnie upośledzony chłopak, którego tak naprawdę nie znam imienia, ale który swoją wiecznie uśmiechniętą aparycją poprawił mi na ułamek sekundy humor. Nie wiem kiedy nawet otworzył drzwi do mojej pakamery sądowej, schowanej na końcu ciemnego korytarza, za ubikacją i magazynkiem na szczotki dla sprzątaczek.
- Dobry – odpowiedziałem i wziąłem głęboki oddech zastanawiając się jednocześnie czy widział mnie dłubiącego w nosie. Mam nadzieję że nie, a nawet gdyby to i tak jakoś nie spaliłbym się ze wstydu.
- Pana, mam pytanie bo… - Tak, „pana”. Nie proszę pana, szanowny panie, tylko „PANA”. Pana wypowiedziane tak jakbyśmy wypowiadali „mama”. Taki nowy zwrot grzecznościowy.
- Pytaj, yyyy, jak ci tam na imię….. – nie wiedziałem, ale też nie chciało mi się specjalnie wysilać by przypomnieć. Wiedziałem że to synek jednej nadzorowanej, a raczej byłej już nadzorowanej bo jej niepełnoletnie dzieci całkiem niedawno zasiliły szeregi placówki opiekuńczo-wychowawczej. Ten już miał 20 lat i rentę socjalną, więc wątpliwy zaszczyt pobytu w bidulu go ominął. Zresztą, na rencie wszelkie banki już łapę mają wraz z komornikiem, bo kiedy tylko mógł wziąć dowód osobisty w rękę i odcinek renty w drugą, wraz z równie upośledzoną mamusią stali się klientami wszelkiej maści para banków i systemów pożyczkowych.
- Bo pana, bo pan mnie ubezwłasnowolnił… - z tym swoim szczerym, upośledzonym uśmiechem stwierdził, czekając zapewne co ja na to powiem i jak się usprawiedliwię przed jego majestatem.
- Że jak? Co zrobiłem? – oczy mi się szerzej otworzyły a banan ugościł na mej twarzy i choć na chwile zapomniałem, że kawałek silnika musze znaleźć w Internecie, a nie cały silnik bo taka była obawa na początku. Dzięki czemu trochę taniej będzie i najbliższym może prezent zrobię.
- No, ubezwłasnowolniony, ja jestem przez sąd bo pan tak powiedział sądowi – z kolei teraz on próbuje mnie przekonać i przypomnieć że” … przecież wszystko jasne, ja to zrobiłem żeby więcej pożyczek nie brał, i nawet cos o matce mówił że przecież u mnie była i rozmawiała i w ogóle on nie wie co teraz bo chce iść telefon wziąć na abonament i czy może w ogóle, znaczy chciał mnie zapytać”. Tak to mniej więcej brzmiało w jego słowotoku.
- Damian, nie jesteś ubezwłasnowolniony – grzecznie mu odpowiedziałem z bardzo miłym uśmiechem na twarzy – a teraz idź i weź telefon na abonament. A jak Ci w jednym salonie nie dadzą, to idź do drugiego. Na pewno w jakimś uda ci się podpisać umowę.
- Aha, nie jestem – odpowiedział sam do siebie – i ścisnąwszy reklamówkę-dziadówkę w ręce, która zafajdała koło brudnych i wytartych jeansów na jego wychudzonych nóżkach, zniknął za drzwiami wypowiadając:
- dowidzenia pana.
Włożyłem palec w drugą dziurkę nosa i zacząłem wykopaliska. Znaczy części szukałem do samochodu wykopując coraz to przeróżniejsze i nowe strony internetowe. Widzę – BINGO! Szukana część znajduje się na drugim końcu Polski. Dzwonię – z komórki – by sądu nie naciągać.
- Dzień Dobry, ja dzwonię w sprawie części do samochodu którą widzę właśnie na zdjęciu. Proszę mi powiedzieć czy jest część jeszcze dostępna i czemu tak drogo, hehehe – zarzuciłem tekstem typowego podstarzałego Janusza, choć na kartce wcześniej zapisałem o co zapytać, gdy padną szczegółowe pytania co zamierzam z tą rzeczą robić i co mi się zjebało że szukam akurat tak dużej części a nie pojedynczego pierdolnika.
- Dostępna, świeżo wymontowana z rozbitego samochodu. Krew też starłem – odpowiedział około trzydziestoletni głos w słuchawce mojego telefonu na jeden z najtańszych abonamentów na rynku.
„Dowcipniś, kurwa”.
- To ja poproszę za pobraniem. A rabacik będzie jakiś?  - zapytałem pełen nadziei, ze może chociaż stówkę, albo pięć dych, albo może na flaszkę chociaż opuści. Mikołajki zaraz, święta idą….
- A może za darmo panu wysłać i dopłacić? – głos zapytał w taki sposób, ze ja więcej pytań już nie miałem.
- To ja esemesem dane do przesyłki prześlę – i tak oto zakończyła się rozmowa z uprzejmym Panem na drugim końcu Polski.

      Nie ma to jak być dziadem. Kurator dziad. „KURATOR DZIAD”. Czyż nie brzmi to dumnie? Ostatnio robiłem wywiad u Ukraińca, który związał się z moją nadzorowaną i okazało się że zarabia więcej niż ja, nie znając nawet języka. Żeby jeszcze był specjalistą czy coś. Zwykły robotnik w fabryce, fakt że ze zmianami na nocce. Nadzorowana jeszcze też młoda, z jednym dzieckiem więc jeszcze stosunki, oczywiście międzynarodowe, będą się zacieśniać.

     Ale w sumie to nie o tym miałem pisać, tylko dokończyć miałem pewną opowieść, którą zacząłem już dawno… tak dawno że dla niektórych Internet zatoczył koło i po wielu miesiącach weszli na stronę moją. Jeszcze inni pomyśleli że dobra zmiana mnie zamknęła, ale nie, jestem i trwam na stanowisku i standardowo narzekam na swój los. Więc zaczynamy:

Miłość w światłowodzie part 2

Wychowywała ją matka z ojcem, podobnie jak jeszcze trójkę jej rodzeństwa zrodzonego w pijackim amoku miłosnych uniesień. Czy były to uniesienia zrodzone z pragnienia posiadania dziecka nie wiemy, może po prostu nie udało się matce spierdolić gdy ojciec szczytował w niej. Opowieść mojej słabo-zębej nadzorowanej o domu rodzinnym to jedna wielka znęta stosowana przez ojca wobec niej, jej rodzeństwa i oczywiście matki. Zresztą o znętach można napisać wiele a pomysłowość patoli w jaki sposób uprzykrzyć życie innym nie ma granic. Przytoczę te najciekawsze, jakie udało mi się usłyszeć podczas tej barwnej opowieści. Oprócz standardowego profilaktycznego wpierdolu jest jeszcze kilka bardziej wyrafinowanych form z którymi zostałem zapoznany i które wzbudziły moją niezdrową i patologiczną ciekawość. Ale zanim z powrotem wrócę do opowieści związanej ze światłowodem, przypomniałem sobie jak kiedyś jedna z kobiet z która miałem okazję porozmawiać, powiedziała ze jej facet za każdym razem jak koło niej przechodzi to coś szepcze pod nosem. Na początku nie zwracała na to uwagi, bo nie do końca rozumiała co tam bełkocze, tym bardziej że całe dnie spędzał z piwem w ręku, ale po jakimś czasie zaczęła rozumieć jego szepty. Jej ukochany szeptał cichutko do siebie „dziwka, szmata, kurwa…” za każdym razem, gdy ona znajdowała się koło niego sam na sam. Nigdy nie szeptał w obecności dzieci, w obecności kogoś obcego czy członka rodziny. Po jakimś czasie kobieta wpadła w taką nerwicę że wylądowała u psychiatry na lekach uspokajających z opinią że to z nią jest coś nie tak a nie z jej wspaniałym facetem.

     Wróćmy jednak do opowieści i nie zastanawiajmy się dłużej nad tą malutką dygresyjną. U naszej bohaterki nie było tak wyrafinowanej przemocy, tylko standardowy wpierdol bez finezji i większego zastanawiania. Wpierdol kabelkiem, pięścią lub kopnięcie nogą zależy co w danej chwili było pod ręką tudzież nogą pana i władcy domu. Ot, takie wychowanie rodzicielskie. Wpierdole z biegiem lat się nasilały i mamusia mojej nadzorowanej, która przestała wytrzymywać już te profilaktyczne metody dyscyplinowania do właściwego zachowania, zabrała wszystkie 3 swoje córeczki ( w tym i naszą bohaterkę opowieści) i wyprowadziła się od tatusia, wracając w rodzinne strony na prawie drugi koniec województwa.

     Niestety, bajka i sielanka nie trwały zbyt długo, bo nasza bohaterka po około 3 latach dorastania w nowym środowisku i spotykaniu się wieloma nowo poznanymi kolegami, choć nie wszystkich poznanych pamiętała, bo i alkoholu dużo, i krzaki jakieś takie ciemne, z przerażeniem stwierdziła, że coś z okresem jest nie tak bo się spóźnia i chyba coraz częściej ją mdłości dopadają. Test ciążowy zakupiony w pobliskiej aptece rozwiał wszelkie wątpliwości! W wieku 16 lat zaszła w swoją ukochaną i wymarzoną ciążę. Problemem tylko była jedna rzecz. Kim do cholery był tatuś?

środa, 16 listopada 2016

My Dreams: "Pani da paczkę"

Nie strzelajcie. Proszę.....
Po prostu zarabiam na życie po 12 godzin dziennie i póki najbliżsi wytrzymują - nie zmienię pracy :)
Poniżej link do mojego ostatniego artykułu, mam nadzieję że się podoba :) Komentarze mile widziane.

"Pani da paczkę"

lub: http://mydrea.ms/m/articles/view/Pani-da-paczk%C4%99

Obiecuję przed świętami ucztę dla oczu i duszy :)


wtorek, 2 sierpnia 2016

Miłość w światłowodzie



     Jak człowiek wraca po urlopie to już normalnie nic a nic mu się nie chce. Gdy jeszcze zobaczy tą stertę papierów to go kurwica zalewa, bo pomimo że urlop to i tak nazbiera się w chuj roboty, którą trzeba teraz nadrabiać. Ale cóż, chciałeś to masz i teraz zapierdalaj w teren w poszukiwaniu szczęścia tudzież dzieci rozwijających się nieśmiało w brzuszkach niektórych patolek, zmamionych perspektywą pięćset plus.

     Pięćset plus ma swoje zalety. Będąc na wczasach wzrosła liczba dzieci na koloniach tudzież niektóre rodzinki potrafiły wybrać się po raz pierwszy na wakacje, w swoich 20 letnich samochodach. I w sumie dobrze, bo dzieciak czasami po raz pierwszy morze zobaczy tudzież jakiś pagórek, a że przy okazji śmieci, drze japę i razem z mamuśką rzuca kurwami gdzie popadnie, to już inna bajka.
     Ale zostawmy dzieciaki na wakacjach, niech spędzają je jak umieją skoro mamusia z tatusiem takie a nie inne wzorce przekazali. Przeglądam ja te swoje dokumenciki wyłuskując z nich to co najpiękniejsze i to co już za długo leży i zaczyna niemile pachnieć i wnet moim oczom ukazuje się teczuszka nadzoru nad pewną patolką, co to z Polski przyjechała razem z dzieciątkiem maleńkim za miłością swego życia poznaną za pomocą jakże wspaniałego narzędzia jakim jest Internet i portal dla seksoholików i wszelkiej maści dewiantów podnoszących swoich samoocenę, a zaczynający się na literkę B. Tak oto miłość poleciała po kablu światłowodowym i ściągnęła kobiecinę niespełna 26 letnią w mój skromny, sądowy rejon. Kobiecina jak na podróżniczkę przystało zapakowała cały swój majątek w postaci dwojga dzieci lat 3 i 4 i przyjechała do swojej wielkiej miłości, jaką jest 35 letni dozorowany z zadłużeniem alimentacyjnym i mieszkający u mamusi alkoholiczki i zniedołężniałego ojca. Układ idealny po ojciec rentę ma, panie i to całe tysiąc złotych, a i nasz kochaś coś dorobić potrafi, bo kiedyś nawet technikum udało mu się zacząć. Co prawda nie skończył bo wóda i machanie dzieciaków w późniejszym czasie pochłonęło go bez reszty, ale teraz na starość a raczej wchodząc w dojrzałe i dorosłe życie postanowił się ustatkować i ściągnąć sobie z Internetu jakaś kobiecinę, z którą to na poważnie już będzie w przyszłość patrzył. Takie „Pokemon GO” powiedziałby ktoś, tylko ten Pokemon oddycha, jeść chce i obciążony bagażem w postaci dwóch kolejnych małych potworków. Ale jak to mówią, od przybytku głowa nie boli tym bardziej że dzieci są obecnie produktem dostarczającym środki finansowe, więc rodzina na pewno z głodu nie zginie. I z pragnienia też.
     Zanim poszedłem zrobić tak zwane „sprawozdanie z objęcia nadzoru”, gdzie postawię trafną i celną jak zwykle diagnozę rodziny, pogadałem sobie sympatycznie z kuratorem dla dorosłych, czy mój wielbiciel Pokemonów jest mu znany. Gdy zadałem pytanie o tego wspaniałego bożyszcza kobiecych internetowych serc, pomyślał Kurator Specjalista dla Dorosłych Sądu Rejonowego, mlasnął i cmoknął i stwierdził że jak ten nierób, cwaniak po 4 wyrokach i olewający alimenty na troje dzieci nygus złapał w necie Pokemona i jeszcze ściągnął go do siebie w Realu, to upadek społeczeństwa jest już bardzo blisko, skoro tak obleśne typy przygarniają kobietą pod swój dach kobietę i to jeszcze z małymi dziatkami. To będziesz miał wesoło – skwitował na koniec i uśmiechnął się szyderczo w moją stronę wracając do lektury w postaci jakiegoś wyroku, gdzie to jakiś facet spał po pijaku na ławce z gołą dupą, przez co skazany został na prace społeczne za nieobyczajne zachowanie.
     Chciał czy nie chciał, robota jest i nie sposób jej nie zrobić, tym bardziej że terminy poganiają i znów jakiś wytyk dostanę że cos tam dzień czy dwa dni później zrobiłem, choć kompletnie nie ma to wpływu na prowadzone przez sąd postępowanie.

     Zrelaksowany i wypoczęty po urlopie wsiadłem w swój wehikuł i z impetem 80 koni mechanicznych (bo wiecie, w gazie mały silnik mało pali choć szwagier mówił że do gazu to jest tylko kuchenka i najlepsze są Passeratti w TDI), ale dla mnie ekonomia to podstawa więc ruszyłem ku wielkiej przygodzie, zapoznać się z obecnie moją już patolką, która to taką wielką miłość poczuła do Janusza – wiejskiego buhaja rozpłodowego. Po przejechaniu 29 kilometrów (tak, zeruję licznik po każdym ładowaniu butli) stanąłem przed czymś co wyglądało jak barak z trzema drzwiami. Miejsce ogólnie mi znane dobrze, bo po sąsiedzku mieszka moja inna nadzorowana. Jak już więc stanąłem, przyczesałem włosy, poprawiłem koszulę która jest przykrótka i mi ciągle ze spodni wyłazi, wciągnąłem brzuch i zapukałem w jakże by inaczej w drzwi z dykty oczekując na zaproszenie. I rzeczywiście, po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich zgarbiona i wysuszona staruszka, która jak się okazało ma 53 lata. Spojrzała na mnie spode łba i zaciągnęła się papierosem, pytając:
- Do kogo?
- A dzień dobry Pani – rozpocząłem z uśmiechem – ja zapewne do pani synowej, co to tu syn ściągnął sobie z Internetu – kontynuuje i jak zwykle przedstawiam się kim i po co jestem.
- A idźcie wy wszyscy w cholerę – odwróciła się i zniknęła w czeluściach pakamery, więc nie pozostało mi nic innego jak pójść za nią, w końcu drzwi otwarte zostawiła.

     Pierwsze co to zderzyłem się z rojem latających i brzęczących much. Jedna wleciała mi nawet do nosa, ale udało mi się nie wciągnąć jej do gardła, więc szybkich ruchem wyplułem biedaczkę. Potem zastałem przez sobą wiszącą szmatę która odgradzała ciemny korytarz od pomieszczeń mieszkalnych. Szmata brudna i śmierdząca lecz długopis ustrzegł mnie przed jej dotykaniem. Po przekroczeniu szmaty dostałem się do pierwszego pokoju. Był to tak zwany pokój przechodni w którym wydeptana ścieżka pomiędzy dwoma starymi i zatęchłymi łóżkami prowadziła do następnego pomieszczenia mieszkalnego. W międzyczasie gdy podążałem za staruchą zauważyłem że na jednym z łóżek skulony leży jakiś mężczyzna i trzęsącymi się rękoma dopala papierosa wpatrzony w ekran kineskopowego telewizora w którym leciał z jeden z życiowych programów. Nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Starucha w tym czasie otworzyła drzwi znajdujące się w przeciwległym końcu pokoju i machnęła ręką abym wszedł tam. Mijając ją zdążyłem zauważyć jak popiół z papierosa spada jej na podłogę, lecz nie zrobiło to niej żadnego wrażenia. Na mnie zresztą też.

     Wszedłem do pokoju a starucha zamknęła za mną głośno drzwi. Na łóżku z laptopem siedziała moja nadzorowana, a dwoje jej dzieci wpieprzało na podłodze jakieś słodycze. Czy były to słodycze to nie jestem do końca pewien, bo łażący wokół nich królik skutecznie mógł wyprodukować swoje okrągłe bobki, które zostały strawą dla naszych milusińskich. Patolka spojrzała na mnie, odłożyła laptopa i usiadła na łóżku uśmiechając się by pokazać brak górnych zębów oprócz oszczerbionej jedynki robiącej zapewne za otwieracz do piwa. 

- Usiądzie pan – skierowała słowa do mnie a ja rozglądnąłem się po pomieszczeniu w nadziei że znajdę cos innego do siedzenia i kawałek stołu, gdzie będę mógł zapisywać złote myśli Emanueli, bo tak miała bohaterka tej życiowej opowieści. Nie uśmiechało mi się siedzieć zbyt blisko niej, bo na odległość czuć było smród popsutych i zżartych przez próchnicę zębów. Nie cierpię, jak ludziom z mordy wali i na dodatek nachylają się bezwstydnie zionąc swoim oddechem prosto w moją twarz.
- Postoję – w desperacji tylko to mi zostało, lecz za chwile znalazłem w kącie stojący stołek i usiadłem na nim, rozkładając zeszyt na kolanach. Dzieciaki podleciały do matki i wgramoliły się jej na kolana.
I tak oto zaczęła się historia jej życia……

CDN…


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dobra zmiana

Na fali "dobrych zmian" i ja dorzuciłem swoje propozycje, jakie proponuję zmienić by skuteczniej walczyć z patolami. A jakie to są propozycje, zapraszam do lektury :)

DOBRA ZMIANA

PS. Na wakacje uzbierałem :) Wisze 2 teksty wspierającemu mnie czytelnikowi, i postaram się je w najbliższych dniach wrzucić :) pozdrawiam

niedziela, 12 czerwca 2016

Kiepownica



      Stoję pod budynkiem sądu i dopalam papierosa. Obok na drzwiach przyklejona kartka z przekreślonym na czerwono petem a pod spodem napis „zakaz palenia”. Przy drzwiach stoi stara pordzewiała popielnica, a w niej wykurwiasty „jeżyk”, który jest idealnym przekrojem polskiego społeczeństwa. Jarając swojego szluga przyglądam się petom, które powtykane na wszelkie sposoby wręcz wysypują się z popielnicy. Są tam kiepy cienkie i grube, długie i krótki. Jedne są samoróbkami, inne z kolei strasznie ujebane szminką. Są pety dopalone do połowy, ale znajdują się w tej jeżykowej popielnicy i takie które zjarane są do samego filtra. Wśród tego jeżyka znaleźć można fajeczki zgniecione i wymiętolone oraz takie które jakby dopiero co zostały wyciągnięte z pudełka i ledwo nadpalone – pewnie na salę już wołają i nie było kiedyś dopełnić chwili relaksu. Każdy pali na swój sposób. Koło popielnicy można spotkać całą tablicę mendelejewa społeczeństwa – od policjantów którzy konwojują skazanych na wokandy i razem ze skazanymi stoją wokół popielnicy wspólnie jarając szlugi. Nie raz widziałem jak policjant częstował wytatuowanego od stóp do głów złodzieja, śmiejąc się i prowadząc dyskusje. W końcu i złodziej i Policjant tez człowiek. Koło popielnicy spotykam fizycznych, z wielkim osmolonym przez tytoń wąsem, którzy miętolą fajki i wypuszczają śmierdzący dym z taniego, podłego gatunku tytoniu. Są też tacy, ubrani i odjebani jak stróż w boże ciało, bezzębni, palą papierosa w szklanej fifce, by na koniec dmuchnąć w nią, by kiep wyleciał na ziemię, a fifka ląduje w kieszeniach spodni. Przy kierownicy spotkać można kobiety - matrony, odmalowane i wypindrzone z obowiązkową trwałą na głowie – palące papierosa dostojnie, trzymając cieniutkiego patyczka w polakierowanych paznokciach. Takie to obowiązkowo utytłają filtr w szmince. Są też małolaci, co ledwie osiemnaście skończyło toto, ale dumnie pali papierosa pod budynkiem sądu ukazując czasami swoje bezzębne oblicze i przez telefon zgrywającego twardziela, rzucającego kurwami na lewo i prawo. Z reguły rozmowa polega na mówienie kilku krótkich zdań do jakiegoś rozmówcy, obowiązkowo kończąc umówieniem się na browara, by zajebać się porządnie.

      Najbardziej wkurwia jak palisz i podchodzi do ciebie jeden z nadzorowanych, który akurat się napatoczył, a niekoniecznie ma sprawę do ciebie. Stoi i gada o swoich problemach a ty wcale nie masz ochoty w tym relaksującym dla ciebie momencie rozmawiać. Nie zważa na innych tłoczących się wokół popielnicy, tylko zaciągając się szlugiem opowiada co ostatnio zdarzyło się w jego życiu. Jak to Stefan się najebał i zrobił awanturę, a ona oberwała od niego kopniaka w sam środek zadu i teraz to już kurwa mu nie odpuści bo chuj, nie pozwoli sobą więcej pomiatać. Nieważne że tą opowieść znasz już od dawna, nieważne że próbowałeś namówić kobietę do składania zeznań na Policji a ona odmawiała – teraz przynajmniej wszyscy degustatorzy tytoniu dowiedzą się o problemach Kowalskiej. Gdy proponujesz by podeszła do biura i tam porozmawiała – nagle nie ma czasu i ucieka w czeluście sądowego korytarza.

      Popielnica to najlepszy punkt obserwacyjny klienteli sądu. W budynku się kontrolują, mówią cicho, nie przeklinają. Na zewnątrz już takich oporów nie ma. Stoję i przysłuchuję się jak matka siedzi na krawężniku i płacze bo sąd jej dzieci każe do bidula odstawić. Odpierdala istną szopkę gdy ktoś z rodziny próbuje ją podnieść i uspokoić. Drze tą mordę że ona dzieci kocha i nie pozwoli by były skrzywdzone. Słowa typu pierdolony sąd i kurator należą do tych delikatniejszych. A ja sobie tak stoję i się przyglądam, bez większych emocji wiedząc, że dzieci wcale nie kocha, a jak już to tylko wtedy, gdy zasiłki na nich wyciągała. Obok takich scen można spotkać grupki osób skupione wokół adwokatów i całej rzeszy mecenasów. Słuchają jego wywodów wpatrzeni jak w obrazek – to jest moment gdy mecenas ludzkim i zrozumiałym dla nich głosem tłumaczy to, co przed chwila zadziało się na sali sądowej. Mogę przyznać że wielu adwokatom odebrałem troszkę chleba tudzież paliwa z wypasionych bryk. Przychodzi czasami biedna matka lub kobiecina i chce pozbawić ojca władzy rodzicielskiej, bo od kilku lat ma wyjebane na dziecko. Była u adwokata i musi nazbierać tysiaka za napisanie wniosku, a do mnie trafiła czy może znam kogoś kto to taniej zrobi. Oczywiście że znam – odpowiadam wtedy i drukuje jej wzór z komputera tłumacząc co ma wypełnić i gdzie. Zdziwiona jest gdy dowiaduje się że to za darmo. Niestety, ciągle pokutuje przekonanie wśród niektórych, że do sądu to tylko z adwokatem. W prostych sprawach nie jest on w ogóle potrzebny, ale jeden czy drugi adwokacina widząc że można łatwą kasę zgarnąć, nie ma skrupułów wystawiać wysoki cennik i łapką zgarnąć tysiaka za 20 minut pracy jego asystenta. Lecz w tym miejscu zwracam niektórym mecenasom honor, bo znam i takich co za darmo sprawę poprowadzą, jak ich sumienie ruszy. 

      Wokół popielnicy spotkać można jeszcze innych pracowników sądu. Z reguły znamy się głównie z widzenia a rozmowy z nimi toczą się o pogodzie i jak to ciśnienie spada bo człowiek senny się robi. Miałkie, nieciekawie, bo każdy ten moment na papierosa celebruje i traktuje jako krótkie wytchnienie od papierkowej roboty. 

      Czasami do kiepownicy przylezie jakiś najebany menel, cuchnący i w brudnych obszczanych gaciach. Bo rozprawę ma. Raz pamiętam jak taki jeden z browarem w kieszeni przylazł i popijał paląc obleśnie śmierdzącego szluga. Gada coś taki wtedy do ciebie szukając powiernika swojej niedoli, lecz z reguły wtedy odchodzę, tracąc całkowicie nim zainteresowanie. Nie potrzebuje wysłuchiwać mamrotów luja – w swojej pracy takich jak on mam wystarczająco.
Ale najlepszy cyrk jaki się spotyka to skłócone rodzinki. Przeważnie sprawy cywilne o podział majątku, o spadki, o udziały. Potrafią stać takie dwie grupki skupione wokół swoich mecenasów i zerkać na siebie podejrzliwie. Gdy papugi odchodzą, którejś z osób puszczają nerwy i zaczyna się litania wyzwisk, co kto komu zrobił i kogo czyje jest. Oczywiście żadna ze stron nie jest dłużna i wiązanki epitetów lecą już na całego. Co najlepsze – najbardziej wybuchowe i agresywne są kobiety. Janusze przeważnie odciągają swoje ukochane które z pianą na gębie toczą słowną bitwę.

Czas chyba rzucić palenie.

PS. Sponsorem niniejszego artykułu jest osoba, która zażyczyła sobie pełną anonimowość, co ja bardzo szanuję. Dziękuję :)

piątek, 27 maja 2016

Zabawa w chowanego



Przychodzi taki okres w ciągu roku, ze nie chce Ci się pracować. Jest gorąco, w samochodzie ukrop bo klimatyzacja od dawien dawna nie nabita wiec jedynym sposobem chłodzenia się to zimny łokieć na szybie. Pot leje się z ciebie strumieniami i spływa po dupie a tu trzeba jeszcze kilka wiosek odwiedzić i patoli po drodze skontrolować. Wkurwiony jeździsz samochodem mijając jeziorka gdzie ludzie po pracy wypoczywają. Patole tez wypoczywają, bo oczywiście połowy z nich nie zastajesz w domu. Wtedy to masz ochotę pierdolnąć wszystko, zatrzymać samochód, rozłożyć grilla, włączyć muzykę i odpoczywać.
Podczas jednej z takich podróży, zamierzam niezapowiedziany skontrolować jedną taką moja nadzorowaną. Co prawda byłem u niej kilka dni temu, ale pewien obowiązek o którym później opisze każe, aby jeszcze raz tam podjechać. No i będzie to pięknie wyglądało w teczuszce, że kurator taki sumienny, obowiązkowy i w ogóle ochy i achy, jeździ do rodziny i naprawia ją swoim autorytetem przez Państwo nadane. Prawda jest taka ze oprócz pewnego zlecenia odnośnie ich syna to dostałem ponadto informację ze lubi sobie popijać i chciałem aby kobiecina wraz ze swoim lekko już zdegenerowanym konkubentem wiedzieli, ze nie znają dnia ani godziny kiedy mogę ich odwiedzić w imię sprawiedliwości Sądowej.
W ogóle to patole wypracowali cały schemat postępowania jak chlać by „kurwa ten jebany kurator nie złapał”. Kiedyś taka jedna uchlewała mi się pomiędzy godziną 8 a 12 rano. Gdy tylko jej dwoje dzieciaczków poszło do szkoły, przyłaziła do niej „na kawkę” koleżanka – stara alkoholiczka co swojego faceta do grobu wpędziła, bo nie był w stanie dorównać jej tempa w piciu, i dawaj razem chlać. Gdy wybijała 12 w południe, stara prukwa spierdalała z mieszkania, lekko nawalona już, a patolka moja szła spać i spała do 15.00. Gdy autobus przywiózł dzieciaki ze szkoły, ona już była na nogach i obiadek pichciła. Jej facet z roboty wracał o 18, więc ona już praktycznie trzeźwa była. I tak prawie kurwa codziennie.
Z kolei pewna rodzinka znalazła sobie inny patent. Jako że bali się nalotu pań z opieki (będę kurwa pisał OPIEKA bo tak większość moich chlebodawców mówi a ja nie jestem po to by uświadamiać ich odnośnie nazewnictwa) albo tez nalotu kuratora (znowu się będą dopierdalać że się nie leczą odwykowo), to na cały dzień leźli na swoją działkę poza miasto, a dzieckiem po szkole zajmowała się jakaś ciotka. Na tej działce w altanie nakurwili się bełtami, porzygali i obszczali naokoło, by potem przespać się z godzinkę i wrócić wieczorkiem do mieszkania. Spotkać ich w ich mieszkaniu to był prawdziwy cud jak było ciepło.
Ale to jest chuj. Najlepsi są tacy co udają że ich w mieszkaniu nie ma. Stoję ja sobie kiedyś pod drzwiami i kulturalnie pukam, co by porozmawiać o zgubnym wpływie alkoholizmu na człowieka i jego życie społeczne, gdy słyszę zza drzwi:
- Kurwa, Stefan cicho, ktoś puka.
- Nie otwieraj Zocha, nikogo nie ma w domu – pijacki bełkot
No i chuj, nie otworzyli pomimo ze zacząłem walić i drzeć się na korytarzu że mają otworzyć. Nie maja obowiązku i co im zrobię?
Ale wróćmy do rodzinki którą zamierzałem po raz drugi w krótkim czasie odwiedzić. Powodem moich odwiedzin była także inna, bardzo istotna sprawa. A mianowicie ich synek nie stawił się do młodzieżowego ośrodka wychowawczego z przepustki, a moją rolą było „poinformowanie go o konsekwencjach”. Łepek do ogólnie taki młody zjeb już, co to kradzieże i picie piwa uważał za jedyne rozrywki dnia codziennego. Ale co mu się dziwić – wzorce czerpał od najbliższych a na własną matkę miał wyjebane jak gówno w przeręble. Tak o to znalazłem się pod chałupą na wsi i dziarskim krokiem skierowałem się przez podwórko do drzwi domostwa, zgrabnie omijając snujące się w upale potencjalne kostki rosołowe, które na dzień dzisiejszy produkowały jeszcze jajka, nie wiedząc ze los ich przesądzony jest i skończą niedługo swój żywot na pieńku – gdy ostrze tępej siekiery odrąbie im ich małe główki. I gdy tak szedłem sobie spokojnie patrząc pod nogi by w żadną kupę nie wdepnąć, z komórki wyłazi jeden z ich synów.
- Rodzice są? – pytam go a on stoi i patrzy na mnie nie wiedząc co zrobić
- Nie ma, do gospodarza na zarobek pojechali – odpowiada mi, a ja wiedząc że matka ich narodziła ich sztuk dziesięcioro pytam dalej?
- Ty jesteś Andrzej?
- Nie, Andrzej pojechał do ośrodka dzisiaj – odpowiada mi i wycofuje się do komórki.
No i stoję jak ten pacan na środku podwórka i jedyne co mi przychodzi na myśl to wrócić do samochodu, bo nic tu więcej nie wskóram.
Następnego dnia dostałem telefon od nadzorowanej, że podobno jej szukam. I wtedy to dowiedziałem się, że rozmawiałem z….. Andrzejkiem. Jebaniutki, zrobił mnie w konia wykorzystując to, że ma kilkoro braci a ja nie pamiętam każdego z twarzy przecież. W konsekwencji został wydany nakaz doprowadzenia przez Policję, i tak nieletni któregoś dnia za darmo, policyjną taksówką został odwieziony do MOW kilkaset kilometrów.