poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Nawiążę współpracę

No cóż, jako że pisanie bloga przynosi mi tak wymierne korzyści finansowe, ze pływam w luksusach i ze snobizmu zajadam chleb z pasztetem, a wydana książka przyniosła mi milionowe zyski (przed denominacją) w związku z powyższym przyjmę ciekawą ofertę zdalnej pracy polegającej na pisaniu reportaży, fotoreportaży, o tematyce społecznej i związanej z ogólnie pojętymi problemami społeczeństwa polskiego, komentarze, a także inne, równie ciekawe propozycje. Nawiąże także chętnie współpracę z osobami lub instytucjami, które chciałyby publikować moje teksty tylko na wyłączność. Wszelkie informacje na priv. Zapraszam do współpracy.

kuratorsadowyfacebook@wp.pl

Wujek cd.

Na wstępie dzisiejszego mojego jakże smutnego i pełnego emocji listu, chciałbym podziękowac firmie pejsbuk za takie pochrzanienie mojego profilu, ze nie wiem juz co i jak i nie mam ochoty wogóle sie bawić tym dziwnym tworem. Zastanawiam się poważnie czy nie przeniesc się do Naszej klasy, naszej szkapy czy sympatię pe-el, przynajmniej bedzie bardziej przejrzyście i wesoło, a na sympatii pewnie kilku swoich nadzorowanych znajdę, co to maja lat 20 i parę i żadnego dziecka na wychowaniu, bo zabrałem :)

Ale nie, nie zrobię im tego i nie będę wchodził na te strony, gdzie cała masa tłuszczu i gawiedzi szuka "partnera do stałego związku", dokonując jakże dokładnej internetowej oceny facjaty lub tez samochodu w tle, gdzie jeden z drugim alwaro się opierają, zerkając lewym okiem czy aby właściciel się nie zbliża i nie trzeba spierdalać. Dobrze jak jest kolega, jak nie ma to trzeba komóreczką słit focie pierdolnąć, z zajebiście poważnym grymasem twarzy, świadczącym bardziej o ataku hemoroidów niż bycie poważnym przestępcą, siejącym postrach na dzielni wśród przedszkolaków i okolicznych meneli, którzy prędzej obawiają się wizji podzielenia kilkoma łykami piwa, niż dostaniem wpierdol ot takiego wygibasa.

Często jest tak, że osiedlowy alwaro spotyka osiedlową dziunię i sobie tylko znanym sposobem, przebijając się przez tony tanich kosmetyków, tudzież tipsów i łańcuchów pamiętających jeszcze pobliski pegeer płodzą dziecko, albo i dwoje dzieci i siadają na przysłowiowej dupie, bo przecież jesteśmy dorośli. Siedzenie na dupie nie przypomina powaznego związku i kochanej rodziny, która podczas swiąt śpiewa kolędę i dzieli sie opłatkiem. Nasz powazny alwaro to chłopak, którego kwas i amfa tak powykrzywiała, że nawet prosto nie potrafi już chodzic, tylko giba sie na wszystkie boki, za kazdym razem zapewne zastanawiając sie, czy azymut który obrał doprowadzi go do okreslonego celu. Alwaro poznał swoja dziunię na baletach, gdzie jako powazny przedsatwiciek swiatka przestępczego stał na bramce i kasował 10 złotych za wjazd, albo piataka do kieszeni, jak biletu sie nie wydało. Wiadomo, nocka cięzka, kawy nie ma albo juz nie działa, a pełna piersią obowiązek stacza wrotowego trzeba odpekać. I tak odpekująć, alwaro zakochał sie w dziuni, która co prawda na tym samym osiedlu mieszkała, lecz jej towarzystwo okupowało inne balety i wczesniej jakos alwaro spotkać nie miała mozliwości.

Wiem, wiem. Czekacie co z małolata co do wujka chodzi. czekajcie, o tym póxniej, bo alwaro jest tutaj bardzo wazna postacią.

Owocem miłości Alwara (awansujmy go na duża literkę, w końcu ojcem został i to dwa razy) było właśnie tych dwoje zrodzonych wśród plastikowego łomotu muzyki klubowej dzieci. Alwaro znany był z tego, że małoletnie dziunie popychał w ubikacji i nie chodziło tu o odepchnie zapchanego odpływu jakąś zużytą podpaską, tylko o bardziej poważne czynności, związane z zaspokajaniem pewnych popędów seksualnych, o których panie katechetki z nieśmiałością mówią na lekcjach do wychowania w rodzinie. Gminna wieść niesie, że dwoje jego uroczych dzieciaczków w ten sposób właśnie poczęło swój żywot, a i urodziły się całkiem zdrowe, pomimo że wiadomym jest, w takich kibelkach pełno różnych bakterii kałowych i innego swiństwa, porozlewanego i lepiącego sie do butów, tudzież innym nieśmiałym dziewczynom do wosów. Ale nie o tym.

Alwaro i jego Dziunia (też ją nagrodźmy dużą literą bo dwoje dzieci poczęła ku radości jej i jego rodziców) zamieszkali jak stara tradycja nakazuje u mamusi Dziuni, bo Alwaro ze swoja ukochaną i dwoma bobasami raczej nie zmieścił by się w dotychczasowym mieszkaniu które zajmował razem z mamusią, ojcem alkoholikiem i siostrą, co to samotnie wychowuje swoje, kilkuletnie już ukochane dzieciątko, będące zresztą lekko ciemnego koloru, jak to mówi owoc miłości z jakimś przedstawicielem "Turbanistanu", który jednakże pozostawił ją po trzech miesiącach wspólnego życia w Anglii, bo każdy rodowity anglik to chuj (mówił jej ze ma obywatelstwo tylko paszport zgubił).

Tak wiec w pokoju wielkości około 10 metrów kwadratowych zamieszkała Dziunia, dwoje dzieci i Alwaro, którego szczytem marzeń cały czas była praca ochroniarza na baletach, za 200 złotych nocka i możliwość przelecenia jakieś panienki tudzież włożenia czegoś do noska i siorbnięcia, aż "chodź, pomaluj mój świat, na żółto... żółto... żółto.....". Rozumiecie, zwiechy mu mózg robił i powtarzał te same myśli w kółko. Dziunia oczywiście była wkurwiona, bo rodzinnego zasiłku z Opieki (ahh, Pomocy Społecznej, co by nie urazić entuzjastów tej formy wsparcia) to za wiele nie było, a ona sama w wieku 25 lat nie była ogólnie szczęśliwa, że na tipsy nie ma i baletów już nie idzie zaliczyć bo matka bachorów pilnować nie chce. Alwaro rzucił pięć stów co miesiąc i przywdziewając dresik w trzy magiczne białe paski, stawał pod sklepem podziwiając golfy dwójki, tudzież trójki lub wypasione dwudziestoletnie beeMWice.

I tu właśnie, trzydziestoletni Alwaro, spotkał naszą nielatkę ;)

poniedziałek, 28 lipca 2014

Wujek



Wujek
Bezgraniczna przestrzeń schizoidalnej papirologii ogranicza mój pracowniczy obszar zyciowy powodując nieprzyjemne uczucie pieczenia na sam widok długopisu tudzież klawiatury komputerowej. Papierologia, pisanie, notatki, długopis, pióro, pieczątka, podpis. Najważniejsza rzecz w całym skostniałym systemie. Jak nie tworzysz notatek, pism, dokumentów – to nie żyjesz, nie pracujesz, nie jesteś potrzebny. Twe ręce stworzono ku pisaniu, twe palce służą do zakreślania sinusoidalnych znaków na kawałku papieru, twe opuszki mają klepać klawiaturę bez opamiętania. Papiery, papiery, papiery…
Zaczęło się od wywiadu środowiskowego w miejscu zamieszkania pewnej nieletniej, która postanowiła uciec z domu rodzinnego, bo było jej tam bardzo źle. Całe zło spowodowane było tym, ze wychowywana była przez matkę. Samotną matkę, która rozstała się z mężem alkoholikiem, by ustrzec swoja latorośl przed trwaniem w chorym, niszczącym związku. Wybrała dobro córki, jego spokój, swój spokój, Poświęciła się dla dziecka, bo wiedziała że dalej nie może trwać w tak chorym, niszczącym ją i córkę związku. Chciała być szczęśliwa, choć tylko we dwie…

„Od niedawna co prawda chodził ubrany lepiej
Niż jego rówieśnicy ze szkoły średniej
Ale ja go nie pytałem, ja czasu nie miałem
By dać jeść im wszystkim na dwie zmiany tyrałem”*


Matka na ucieczkę z domu zareagowała prawidłowo. Zawiadomiła Policję i pełna obaw próbowała skontaktować się z córką, która cały czas miała włączony telefon. I to właśnie spowodowało, że została znaleziona szybciutko przez Panów w Niebieskich Mundurach. Uruchomiony telefon, logowanie do stacji przekaźnikowej, namierzenie i wyciągnięcie jej później w konsekwencji z meliny, w której spędzała wesoło czas. Potem przyszła skrucha, przepraszanie, obiecanie poprawy. Na sprawie sądowej mamusia z córeczka płakały, tuliły się, rzucały w ramiona, były ochy i achy, ogólnie cool i zajebiście. Agatka dostała kuratora i szczęśliwa że na tym się skończyło, radośnie z mamusią oddaliła się od tego zionącego przejmująca grozą budynku, jakim jest Sąd Rejonowy.
Czyli kurwa mnie. Rzuciłem okiem na akta. Zapoznałem się znaczy. Całe cztery godziny poświęciłem na dogłębną analizę notatek Policyjnych tudzież zarządzeń sędziego, który niewyraźnym pismem wydawał polecenia co wpisać i do jakiego repertorium. Potem zapoznałem się zwrotkami, czy prawidłowo zostały zaadresowane, czy listy zostały odebrane i czy wyraźnie data została na nich odbita. Oczywistym jest, że musiał przyjść czas na okładkę – jaka gramatura kartonu z jakiego jest zrobiona, czy jest prawidłowo wypełniona, czy czarny flamaster z odpowiednią siłą dociskał twardej kartki. Po przejrzeniu całych 15 różnych karteluszek wraz z pouczeniami, przyszedł czas na sporządzanie sprawozdania z objęcia, czyli diagnoza.
Zanim to nastąpiło, skontaktowałem się ze szkołą, do której moja piękna dziewoja uczęszczała na zajęcia dotychczas, by poznać jej stosunek do nauki i obowiązków szkolnych.

„Ech ci ludzie, to brudne świnie, co napletli o mojej dziewczynie
Jakieś bzdury o jej nałogach, no to porostu litość, trwoga
Tak to bywa gdy ktoś zazdrości, kiedy brak mu własnej miłości
Plotki płodzi, mnie nie zaszkodzi żadne obce zło na mój sposób widzieć ją”**

Opinię szkoła miała jasno wyrobiona o dziewuszce, a pani pedagog na pytanie o jej stosunek do nauki pokiwała tylko głowa i spojrzała na mnie z politowaniem. Leń, leser, pyskata, nieuk, uganiająca się za chłopakami, bez wpływu wychowawczego. Niczym mnie nie zdziwiła, połowa moich nadzorowanych ma taka opinię. Na koniec poinformowała mnie pedagożka z długim stażem staro-panieństwa, że nic dobrego z tej dziewczyny nie będzie i pewnie nie skończy gimnazjum, bo już raz pierwsza klasę powtarzała. Tylko matki żal, bo to taka dobra kobieta – skwitowała ze smutnym uśmiechem, życząc mi powodzenia. Życzyłem jej tego samego a w szczególności spełnienia w pracy zawodowej bo to po Nowym Roku było i jakoś tak wypadało. Nic innego życzyć za bardzo nie było już co, bo przecież nie uciech z dzieci, które jakby były to i tak pewnie już dorosłe.
Następny to dzielnicowy lub ktoś tam z patologii do spraw nieletnich. Odwiedziny na komendzie zawsze należą do najprzyjemniejszych. Na dyżurce grzecznie się przedstawiam i pytam dyżurnego czy jest któraś z osób mi potyrzebnych.
- Dzień dobry, witam. Szukam kogoś do spraw nieletnich? – zagajam przez pancerna szybę do wiszącego mikrofonu.
Acha, muszę poczekać aż włączy. Słychać trzaski.
- Słucham!
- Dzień dobry, jestem kuratorem i szukam do spraw nieletnich kogoś – wygięty w pół mówię do czarnego punkcika na szybie, zerkając jednocześnie na dyżurnego.
- Kogo!!?
- Do spraw nieletnich!!
- Zaraz sprawdzę!!
Szuka w zeszycie numeru. Gdzieś dzwoni. Trzymając słuchawkę w ręce cos mówi przez szybę.
- Nie słyszę!! – krzyczę i kiwam głową.
Cos tam nacisnął na biurku.
- Kim pan jest?! – powiedział w moją stronę, nachylając się do stojącego mikrofonu i patrząc na mnie lekko przekrzywiona głową.
- Kurator!
- Nie ma do spraw nieletnich – odpowiedział w ten sam sposób co zadał poprzednie pytanie.
- A dzielnicowy? – zapytałem w czarny punkcik.
- Zaraz sprawdzę i rozłączył mikrofon. Wertuje po książce, potem jakieś grafiki, kartki…
Pstryknął w przycisk na biurku, nachylił się do mikrofonu i powiada:
- Nie ma, na urlopie.

„Piąty grosik dla policji, toć żyjemy bezpieczniej
Wypił litra i stoi – taki to mój podopieczny”***

- Dziękuję – powiedziałem w mały czarny punkcik na szybie, który połączony kabelkiem wędrował po biurku dyżurnego i odwróciłem się.
W drzwiach stał dzielnicowy, właśnie kończył pracę.

Z zeszytem pod pachą, który powinien służyć wybijaniu głupoty z mojej głowy, zaiwaniam pod wskazany na powierzeniu adres zamieszkania nielatki, by razem z nią i jej mamusią przedyskutować o problemach dnia codziennego a w szczególności, by dokonać tak zwanego sprawozdania z objęcia.
Sprawozdanie z objęcia to wywiad. Ale taki poszerzony, gdzie starasz się dociekać, używając swojej przeogromnej wiedzy pedagogiczno-psychologicznej co jest przyczyna takiego stanu rzeczy. Tworzysz diagnozę środowiskową dzieciaka gdzie określasz co i jak gdzie kiedy po co i dlaczego. Ogólnie twoja diagnoza służy głównie tobie i osobie cię kontrolującej – ale musi być, bo niby takie to ważne. Najważniejsze są daty. Daty to rzecz święta, oczywiście nie dla sędziego, bo go niewiele interesuje czy objąłeś w terminie i czy zwrotka prawidłowo wpięta, ale daty najważniejsze są dla osoby kontrolującej. Zamiast zrobić cos w siedem dni, zrobisz w osiem – zostanie ci to zauważone i zapamiętane. Za mało wodolejstwa zrobisz w sprawozdaniu z objęcia – też Ci to zapamiętają. Tak w ogóle to trzeba ściemniać umieć. Rozwlekać, dodawać bajki, tworzyć historię, używać dużej ilości przymiotników i słów klucze: podejrzewam, myślę że, mniemam, prawdopodobnie, itp. Im więcej tym lepiej. Wodolejstwo, przypuszczenia i plan pracy, czyli co zamierzam zrobić z dana nielatką. Wśród innych danych znajdujących się takim profesjonalnym sprawozdaniu to tryb życia rodziny, z kim nielata została poczęta, czy są jakieś choroby, warunki mieszkaniowe i inne, mało istotne elementy, do których już nigdy więcej nie wrócisz.
Diagnoza brzmi prosto. Brak wzorca ojca, nadopiekuńczość matki, wcześniejsze przeżycia, gdy młoda była świadkiem awantur i rękoczynów. Małolata szuka, szuka szczęścia, zainteresowania u płci przeciwnej, testuje matkę. Lubi starszych facetów – substytuci ojca. Szuka miłości i uwielbienia.
Pierwsze trzy-cztery miesiące upłynęły bez żadnych niespodzianek. Nielata chodziła do szkoły, większych problemów nie było, aczkolwiek w jej postawie dało się wyczuć pewna cisze przed burzą. W domu niby wszystko w porządku, nie łazi po nocach, matka się nie skarży za bardzo. Poznała chłopaka, starszy o 5 lat, który miał na nią zbawienny wpływ. Motywował do nauki, odrabiał z nią lekcje, zapraszał do kina. Matka była wniebowzięta. Zaczęła przebąkiwac nawet, że może nadzór już niedługo zostanie uchylony, ze taka zmiana i takie tam.
Z każdego miesiąca musze składać sprawozdanie. Na piśmie, wpinać w akta z czynnościami jakie podjąłem w danej rodzinie. Wszystko musi być uporządkowane, w terminie, nie daj Panie Boże się spóźnić. Opisane, piękną polszczyzną. Czasami więcej czasu poświęcam na opisywanie i ubarwianie, niż trwa moja wizyta w domu. Co zrobić, papier najważniejszy.
Siedzę na dyżurze w Sądzie i poddaje się intelektualnej analizie kart sprawozdawczych, jakie donieśli mi kuratorzy społeczni. Czytam, przeglądam, wpinam w akta te wypociny o ludzkich losach, gdy w drzwiach gabinetu pojawia się ON.
ON, czyli chłopak mojej nieszczęsnej nielatki.
- Można? – zapytuje mnie.
-Proszę – odpowiadam, nie spodziewając się jeszcze kim jest i w jakim celu przyszedł do mnie.
- Ja od Karoliny, ona jest moja dziewczyną, znaczy była dziewczyną… - zaczyna swa opowieśc a mnie zdziwienie wzięło, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby chłopak przyszedł do mnie rozmawiać o nadzorowanej. Robi się bardzo ciekawie.
- Słucham, co się stało?

„Spalam się
Dla ciebie spalam się
Spalam się
Dla ciebie spalam się”****

- Bo wie Pan, Karolina mnie rzuciła……. – mówi w moja stronę.
- No wiesz, młoda  jest, nie każda miłość w tym wieku ma szanse przetrwać – zaczynam swa moralizatorską treść, starając się w kilku słowach wytłumaczyć chłopakowi co i jak i żeby poszukał sobie innej, równie ciekawej dziewczyny.
- Napisała mi sms’a „spierdalaj huju, mam wyjebane na ciebie, nie pisz i nie dzwoń, już cie nie kocham” – zacytował trzymając telefon w dłoni.
- Wulgarnie, ale wiesz, to wasza sprawa i jeśli cię nie chce… - próbuje dalej tłumaczyć chłopakowi.
- Bo ona poszła do niego!
- Do kogo?
- Do tego faceta, u którego kilka razy była – smutnym głosem tłumaczy mi.
- jakiego? – Tu z kolei mnie zdziwienie wzięło, bo o spotykaniu się z innym facetem nie wiedziałem.
- No tego, co ma żonę i dziecko. Ona łazi do niego, jak jego żona jest w pracy, mówi ze to jej wujek a ja wiem ze to nieprawda…
Nosz kurwa jego jebana mac. Jeszcze mi tu żonaty facet obrabiający moją nadzorowaną, niepełnoletnią potrzebny. Podziękowałem chłopakowi za informacje, szybciutko sporządziłem notatkę z rozmowy i zadzwoniłem do matki dziewczyny.
- Dzień dobry, bla, bla, bla… do jakiego wujka Karolina chodzi? – zapytałem grzecznie i spokojnie.
- Jakiego wujka? – odpowiedziała mi grzecznie i spokojnie matka, choć zdziwienie dało usłyszeć się w głosie.
- No, był tu jej chłopak i powiedział że go rzuciła i chodzi do jakiegoś żonatego wujka – wytłumaczyłem pobieżnie treść rozmowy.
- Ja nic nie wiem…
Małolata rządzi. Znów się zaczyna. Kilka miesięcy spokoju.

* Kazik – Tata dilera
** Kazik – Baranek
*** Kazik – 12 groszy
**** Kazik na Żywo – Spalam się

sobota, 28 czerwca 2014

Leokadia


       Drodzy czytelnicy bloga. Z przykrością chciałem poinformować, że zostałem nagrany jak pod niebiosa wychwalam nasz rząd, popieram proponowane zmiany legislacyjne w ustawie o kuratorach, możliwość zrobienia ze mnie podrzędnego urzędnika, który na pierdnięcie sędziego, ma na baczność stawać i nie daj Panie Boże Wszechmogący mieć własne zdanie. Tak! Potajemnie nagrywałem siebie i w zaciszu swojego gabinetu, który dzielę z 3 innymi kuratorami, puszczam na słuchawkach swoją rozmowę rozglądając się wokoło czy ABW, CBŚ i WOŚP mnie nie podsłuchują. Kierownik patrzy na mnie podejrzliwie, gotowy sprzedać każdego by tylko awansować wyżej i dostać nagrodę. Inni kuratorzy ze spuszczonymi głowami tworzą swoje historie w zaciszu szeleszczących komputerów, wstukując swymi palcami historie przez życie pisane, marząc czy w tym roku dostaną awans czy znów wszyscy usłyszą że kryzys jest i pieniędzy nie ma, dorabiając w międzyczasie gdzie się da. Szczęśliwi ci, których druga połówka zarabia średnią krajową i spinają domowy budżet, a w okresie urlopowym mogą wyrwać się na wczasy, choć jednotygodniowe.

       Rozglądam się wokoło siebie. Nie potrzebuje patologii którą odwiedzam w terenie by widzieć ją wśród ludzi mnie otaczających. Sam czasami zastanawiam się czy nie jestem jej częścią. Uśmiechnięte twarze, które na różnego rodzaju szkoleniach wdzięczą się do płci przeciwnej, pozostawiając w domu swoje drugie połówki. Pod pretekstem szkoleń wyjeżdżają w Polskę, by odreagować, nachlać się i zaimprezować a i niektórzy mieć nadzieję że zaliczą kogoś, ku uciesze innych współbiesiadników. Oczywiście, nie uogólniam, ale tak bardzo często się zdarza. Coraz częściej seks staje się zabawą, sportem służącym zaspokojeniu swych potrzeb, by potem obciągając spódniczkę i zapinając rozporek powrócić do codziennych swoich zadań. Rewolucja seksualna spowodowała, że coraz mniej nas dziwi to, ze ktoś z kimś się przespał, a wiele osób wręcz zazdrości, że nie mają tyle odwagi by „skoczyć w bok”. Na tym świecie połowa facetów zdradza, podobnie tyle samo kobiet. Podobno 10 % dzieci w związkach małżeńskich pochodzą ze zdrady. Zdziwieni? Hmmm, chyba nie ma czym.

       A co z facetami będącymi w morzu, w trasie samochodem, z dala od rodziny, żony, w wielotygodniowej podróży? Czy wszyscy oni utrzymują wierność swoim żonom, dziewczynom? A co z kobietami, pozostawionymi w domach, które spragnione są ciepła męskiego ramienia? Czekają na wybranka po kilka miesięcy i tygodni? Podejrzewam że nie wszystkie. Podejrzewam że wiele z tych kobiet chce wierzyć że facet jest im wierny, bo nie maja innego wyjścia. Tak im łatwiej – nie pytają, nie sprawdzają, nie starają się domyśleć. Bo po co im ta wiedza? By się zadręczać i szlochać do poduszki? Nie, nie chcą wiedzieć i chcą wierzyć ze ich wybranek stojąc w nocy na parkingu zamyka się w swej szoferce i śni o niej, marząc o czekającym go seksie za kilka dni czy tygodni, gdy obok koledzy prześcigają się w rżnięciu prostytutek. Zresztą, to samo myśli facet o swojej wybrance – samotna, czekająca na niego zona, która w wieku 25-35 lat radość z mężczyzny ma 1-2 razy w miesiącu albo i rzadziej. O czym będzie to opowieść? O dziwce, sprzedającej się na ulicy i obsługujących spragnionych kobiecych wdzięków tirowców, jak popularnie mówi się na ludzi wykonujących ten zawód.

       Sposób na życie tej samotnej matki był prosty. Obsłużyć jak największą liczbę facetów na trasie szybkiego ruchu i zgarnąć kasę. I tu moi czytelnicy, nie mający za bardzo pojęcia, powiem wam jak wygląda wiele tirówek. To nie tylko ubrane w mini ponętne Rumunki czy Ukrainki, stojące i pilnujące przydrożnych drzew, ale także starsze kobiety, które mijacie na ulicy czy w markecie na zakupach. Moja bohaterka ma koło 40 lat i od dobrych 10 para się tym najstarszym zawodem świata. Nie stoi też przy drodze i nie kusi swoimi wdziękami, bo najnormalniej w świecie ich już nie ma, ale ma coś, co powoduje że ma klientów. Jest jak bar przydrożny, który utrzymuje się ze stałych bywalców, spragnionych taniego żarcia i zniżek, bo dana trasę pokonuje kilka razy w miesiącu. Dlatego nasza bohaterka jest jak ten bar, żarłodajnia – polecana i używana przez stałych klientów, którzy biorą ją w pakiecie do obiadu i kawy. Za 50 złotych obciągnie, za 80 złotych zarucha w grubej gumie, by za kilka dni znów wrócić na posiłek i przyjemność z Leokadią, bo takie imię jej nadajmy. Podobno prostytucja wciąga, tak jak wciągają łatwe pieniądze, więc Leokadia już 10-15 lat obciąga spocone fiuty facetom w wielkich samochodach,  którzy możliwość zaspokojenia seksualnego sprowadzili do poziomu defekacji. Wracają potem do swych kobiet, całując je delikatnie w usta na powitanie, jako dowód wierności. Podobno dlatego nie całuje się prostytutki w usta. Nigdy!

       Leokadia trafiła przed oblicze sadu rodzinnego z zawiści ludzkiej. Nie mieszkała w pięknej willi ale w chałupce kilkurodzinnej, gdzie miała swe mieszkanko w którym wychowywała córeczkę. Niemałą już, bo 10-letnią, pilna uczennicę pobliskiej wiejskiej szkoły. Mała była zadbana, do szkoły chodziła regularnie, miała dobre oceny, wszystkie opłaty na bieżąco. Piórniczek, zeszyciki, książeczki. Nic do czego można się doczepić. Leokadia do domu nie sprowadzała facetów, na dobranoc ja przytulała, być może czytając książki o księciu z bajki, który na pięknym rumaku porwie małą księżniczkę do swojego królestwa, gdzie będą żyli długo i szczęśliwie. I właśnie ta szczęśliwość przeszkadzała niektórym mieszkańcom, którzy nie mogli patrzeć, że Leokadia nie jest taka jak one – mające mężów pijaków, zaniedbane dzieci, nie stała i nie żyła plotami jak one, nie skarżyła się, nie narzekała na swój los. Cicha, spokojna kobieta zarabiająca swym ciałem na życie. Dla nich była szmatą, bez honoru, choć one same w opiece po zasiłek pierwsze wystawały, traktując to jako jedyne źródło dochodu. Nie mogły znieść że jej córka nie powtarza żadnej klasy, nie ma dożywiania opłaconego z pomocy społecznej, nie oszukuje, nie kombinuje. Po prostu się prostytuuje.

       Jeden donos, drugi, wywiad kuratora. Podobno dziecko same w domu zostaje, gdy mamusia obsługuje panów na drodze. Że zaniedbane, że głodne, ze do domu nie ma jak wejść. Oprócz tego matka kurwiszon i dziecko zabiera na trasę. Opinia jaką ma matka na wsi spowodowała, że pomimo nie stwierdzenia zaniedbań, ograniczono jej władzę rodzicielską.

       I tak kurator jeździł przez 8 lat do Leokadii, doglądając córeczkę i prawiąc morały matce. Ta kiwała głową i dalej stawała na autostradzie. Prostytucja karana nie jest, a w końcu Leokadia ma prawo sypiać z kim jej się rzewnie podoba.

       I tak w wieku, gdy jej córka osiągnęła 18 rok życia, sąd zaprzestał sprawowania nadzoru. Bo pełnoletnia.

       Po kilku miesiącach od uchylenia nadzoru, jadę drogą ekspresową. Widzę siedzącą na ławeczce pod barem Leokadię. Obok niej siedzi jej córka.


wtorek, 3 czerwca 2014

Matka Polka Meneli. cz. 2 ost.

       Zacząłem zadawać swoje standardowe pytania, swoje standardowe formułki wyuczone na aplikacji kuratorskiej, które miały pozwolić ocenić mi rodzaj ludzkiej degradacji. Schematyzm, książkowe teorie o postępującej degrengoladzie ludzkiej istoty, która  siedziała przede mną i zabawnie kołysząc swymi brudnymi stopami w moją stronę, uśmiechała się bezzębnym uśmiechem. Jakie to wspaniałe, jak to mnie ekscytowało. W samym środku syfu, brudu, przespermionego tapczanu, na którym zlał się pies i pewnie wielu innych meneli, którzy w momentach szczytowania rozlewali swe zapijaczone plemniki po wszystkim naokoło, by na końcu skończyć w jej ciele, dając nowe życie, które już na samym starcie będzie naznaczone porażką.

       Pytam dalej, przyglądając się jej reakcji, gdy moje pytania błądzą w poszukiwaniu irracjonalności jej życia a jakże subiektywna moja analiza stara się znaleźć choć cień zawahania w odpowiedziach, które od niej uzyskuje. Jej brudna dłoń zawsze wędruje ku jej ust, gdy bezradnie próbuje uśmiechnąć się w moim kierunku, zasłaniając resztki utraconej, bezzębnej godności. 
       Bezzębna godność. Przesiąknięta swym jakże mizernym, szmatławym życiem, które bez moralności tli się w tych zatęchłych czterech kątach, wypełniając pomieszczenie i zarażając wszystkich tych, którzy mają okazje się tu znaleźć. Jak jeszcze tu zostanę dopadnie i mnie – obłok ludzkiej beznadziejności, wrzynający się w moją duszę, która broni się ze wszystkich sił by nie przyjąć tego, co widzi za normę w tym środowisku.

       Oddycham ciężko, obserwując latające muchy i rozglądając się po pokoju, w którym miałem okazje przyglądać się ludzkiemu żywota. Na parapecie słoik z wodą, a w nim ugaszone pety. Kurwa, dużo zajebanych, wypalonych petów, które dociśnięte o mało co nie wysypują się ze szklanego pojemnika. Zatopione w mętnej, brązowej wodzie jeszcze niedawno były oblizywane przez siedząca koło mnie patolkę a i może przez wielu innych, którzy po akcie kopulacji wstawali i stojąc ze sterczącym kutasem, dopalali nimi przeżyty orgazm. Spoglądam na ścianę – wiszący, przekrzywiony tandetny obrazek, ozdobnik ściany, na którym znajduje się zdjęcie jakiegoś mężczyzny. Spogląda on swoimi niewidzialnymi oczami na pokój i zapamiętuje rzeczy, które działy się w tym pomieszczeniu. Jakże żałuję że nie potrafi mówić i nie może opowiedzieć, świadkiem jakich czynności był. Smutna, stara i zniszczona twarz wyzierająca zza upstrzonej gówienkami much pleksi. W kącie leży sterta ubrań, brudna i śmierdząca – stos szmat które kiedyś służyły za modne ubranie, a teraz dogorywają w zatęchłej melinie, czekając na zbawienie, aż zostaną wyrzucone łaskawie na śmietnik. Gówno, gówno, gówno…

       Czego pragnie patolka kurwiąc się na lewo i prawo. Czego szuka, zmieniając i wynajdując coraz to więcej meneli, których przyjmuje w swoim łożu, by zamajaczona alkoholem rozkładać swoje brudne i śmierdzące nogi, zapraszając przygodnych towarzyszy do spełnienia się jako stu procentowi mężczyźni. Czy jest to chwila uniesienia, spowodowana alkoholem, gdzie hamulce resztek godności puszczają, doprowadzając ją do całkowitego zeszmacenia? A może jest to chęć zaspokojenia swojej potrzeby, li tylko seksualnej. Nieważne z kim, nieważne gdzie, nieważne kiedy. Zrobił co swoje, wytrzeźwiał i poszedł, pozostawiając puste butelki po sobie, a u niej poczuciem zadowolenia. A może jest to potrzeba bliskości? Kurewskiej bliskości by choć przez chwile żyć marzeniem, że ten o to pijany, brudny, śmierdzący typ zwrócił na mnie uwagę, bo jestem atrakcyjna. Bo chcę kurwa kochać, być zauważona i sprawiać radość. Bo chcę być doceniona, mieć normalny dom i wychowywać dzieci, tylko kurwa nie potrafię, nikt mi nie pokazał jak żyć? Bo kurwa jej matka urządzała sama takie same ekscesy w domu, a ona była świadkiem puszczania się alkoholiczki, która jęcząc w chwilach uniesienia krzyczała do niej „wypierdalaj z pokoju!” Czy to myślała patolka?

       Tego się od niej nie dowiem. Podczas rozmowy ze mną maskuje emocje. Mówi że to nieprawda, jakoby często zmieniała partnerów. To nieprawda że widywana jest najebana na wsi. To nieprawda że leżała pod płotem, a 10-letni syn próbował ją za rękę zaciągnąć do domu, a młodsza siostrzyczka starała się mu pomóc. To kurwa jebana nieprawda, że dziecko wstydzi się matki, która idąc wieczorem przez wioskę śpiewa jakieś jebane serenady, a on w oknie wypatruje, czy nikt z sąsiadów nie widzi,. To jebana nieprawda, że wstydzi się tego, że nie ma butów, że pani w szkole przynosi mu rzeczy po swoim synu, żeby mógł choć trochę nie wyróżniać się od innych dzieci w klasie. To zasrana nieprawda, że w domu czasami nie ma co jeść, bo przyszedł jakiś następny wujek i będąc godnym, po pijaku wyżarł wszystko z lodówki, nie przejmując się że dzieciaki potrzebują jeść i mogą być głodne. To kurwa nieprawda…
- Zaszczepi się pani? – zadaje pytanie, próbując uzmysłowić jej, ze brak jakiegokolwiek działania spowoduje, że straci swoje dzieci. Że albo zaczyna się zmieniać, albo straci to, co dla większości normalnie egzystujących ludzi jest najważniejszym dobrem. Ty tępa zakuta pizdo, nie rozumiesz, że te dzieci, siedzące po cichu w drugim pokoju, które nauczone że jak ktoś przychodzi to mają nie wyłazić i nie patrzeć, z kim kurwa mamusia znowu pije, że te dzieciaki przez takie kurwiszcze jak ty, trafią do jebanego bidula? Czy ty kurwa zdajesz sobie sprawę?
- Ja nie mam problemu z alkoholem.

       Tak, kurwa. Ty nie masz. Ty już niczego nie masz. Nie masz godności, nie masz sumienia, i nie masz już dzieci. Straciłaś je, nawet nie walczysz. Dla ciebie to dwie przeszkody, które trzeba nakarmić, choć rzadko to robisz. Czy ty kurwa uzmysławiasz sobie, ze one i tak cie kochają, choć chlejesz i godzisz, i tak cie kochają tępa blazo do siedmiu boleści. One nie maja innej matki, to dla nich ty jesteś matką – autorytetem, choć bardzo skurwiałym autorytetem. 
- Straci pani dzieci – oznajmiam jej patrząc w oczy, które są kompletnie bez wyrazu. Jebaniutka, zimna jak głaz, jak kamień, jak kurwa mały kamyczek w zimnej, lodowatej wodzie. I nagle olśnienie. Jak mogłem się wcześniej nie domyśleć? Jak mogłem. Ona nie chce tych dzieci. Nie kocha ich. To przeszkoda, jebana przeszkoda by żyć tak, by nikt się nie wtrącał. Uwierzycie kurwa? Ja jej wyświadczam przysługę! Pozbawiam jej problemu. Ja pierdolę – ona tego chce. Ona chce je stracić, nie ma żadnych wyrzutów sumienia. Nawet powieka jej nie drgnie. Jebana, zero emocji jak mówię że dzieciaki zostaną zabrane. Kamienna twarz patrzy na mnie i rzekłbym, że przez moment nawet się uśmiechnęła. Wyrachowana suka poświęcająca swoje dzieci dla własnej, menelskiej wygody.

       Znowu muchy. Znowu jebane muchy brzęczą w tym śmierdzącym pokoju. Chmara much unosząca się nad moją głową i szczające małymi kropelkami moczu w moje włosy. Już wiem, czemu tak szybko przetłuszczają mi się włosy. Od kurwa jebanych muszek, które zaciekle atakują intruza, naruszającego mir i spokój tego domu. Patrzę na pokój dzieci, gdzie na rozłożonym tapczanie, wśród następnych walających się szmat, spoglądają na mnie smutne dwie pary oczu. Patolka nawet nie wstała z fotela, gdy powiedziałem że chce zobaczyć pokój dzieci. Nawet kurwa nie podniosła swego dupska, które służy rozkoszy jej i przygodnym menelom. Kurwa jego mać.
- Bez szans że pani cokolwiek zmieni? – pytam bez żadnej nadziei.
- I tak sąd wie najlepiej co zrobić – spojrzała na mnie z uśmiechem i wyrazem triumfu na swojej wypaczonej gębie.
I sąd zrobił. 

niedziela, 1 czerwca 2014

Nadesłane: W Obronie Patoli


Witam
dziękuję za prowadzenie tak interesującego bloga. Domyślam się że wielu czytelników bardzo razi język i obraz świata,który prezentuje Pan na blogu. Ja tak nie myślę. Jestem historykiem więc wiem,że prawda rzadko kiedy bywa ładna,miła i słodka. Właściwie to prawie nigdy taka nie jest... Ale cóż - bardzo podoba mi się rosyjskie przysłowie: "mówisz na wilka - powiedz i parę słów za wilkiem". Postanowiłem więc, chociaż wcale nie wątpię w szczerość i prawdę Pana opowieści, napisać paradoksalnie 
kilka moich doświadczeń...w obronie patoli.

W roku 2008, gdy miałem 30 lat, uległem wypadkowi który nie pozbawił mnie życia,ale przykuł do wózka inwalidzkiego. Musiałem nauczyć się żyć na nowo i zupełnie inny stał się obraz świata, jaki dotychczas znałem. Taki "odwrócony" świat,w którym patole okazali się być pomocni i życzliwi,a "porządni" ludzie - bezduszni i obojętni. Miałem szczęście że trafiłem od razu na chłopaków - motocyklistów po wypadkach. Niezbyt skomplikowani, typowe "karki", ale nauczyli mnie radzić sobie i "trzymać fason" 
nawet na wózku. Oczywiście, przy nauce było dużo alkoholu, zwięzłych opisów typu "kurwa,chuj" itp. ale cenię sobie tą edukację. Wielu niepełnosprawnych pozwala się celowo wyręczać we wszystkim grając na litości otoczenia. Nie sądzę żeby to było skutkiem tylko cynizmu. Sporo winy jest w tym,jak postrzega społeczeństwo "rolę" inwalidy. Wolno mu być nieporadnym i zdziecinniałym, ale nie wolno być psychicznie dorosłym,dojrzałym człowiekiem,tyle że niesprawnym. Wolno mi żarliwie modlić się o 
uzdrowienie,grać na współczuciu i litości. Ale nie wolno mi napić się piwa,tęsknić za dobrą imprezą i łakomie gapić się na śliczną blondynkę. No nie,no kto to widział żeby 30-letni facet miał takie potrzeby,przecież to kaleka na wózku.

Mieszkam w Gdańsku,mam więc sporo okazji do obserwacji ludzkich zachowań. Jadę wózkiem,a właściwie męczę się na takim odcinku drogi,że chyba samochód terenowy nie miał by także lekko. Mija mnie wciąż korowód porządnych ludzi,eleganckich facetów,ślicznych kobiet,nikt rzecz jasna nie pomoże. A tu czuję że bez słowa ktoś podtrzymuje wózek i pomaga mi pokonać polskie drogi. Odwracam się - gęba zakazana, przy oczach wytatuowane albo "łezki", "mgiełki" albo "przedłużki". Podnoszę rękę w geście 
podziękowania:
- Dzięki,kurwa,człowieku!
- Spoko,powodzenia!  
Nie wiem skąd taka "solidarność", nigdy nie garowałem. Ale bardzo często zdarzają się podobne sytuacje. Im straszniej ktoś wygląda,tym pewniej mogę liczyć na bezinteresowną pomoc. I na odwrót, z ludźmi pięknymi i bogatymi, tym pewniej mogę liczyć na ich znieczulicę.

Siedzę sobie w taniej pijalni piwa,w dzielnicy nie najbardziej reprezentacyjnej. Otoczenie - wiadomo,lud pracujący wieku 40-60 lat,zniszczony życiem i hektolitrami alkoholu. Znam ich wszystkich bo przychodzą najczęściej "starzy bywalcy". A dlaczego ja też? Bo widzę że te pijackie mordki naprawdę traktują mnie jak człowieka, a nie małpkę w zoo. Nierzadko, kiedy już sobie łykną, mówią wprost z taką rozbrajającą szczerością:
- Bbbboguśś,ttyy to jesteś goość, rrrradzisz sobie. 
Przypomina mi się wtedy historia gdy umówiłem się na przyjęcie pracy,właściwie zlecenia w ekskluzywnym hotelu. Zleceniodawca chciał w hotelowej kawiarni omówić warunki. Ledwo wjechałem,a już podbiega "ochroniarz" 
i każe mi wyjechać,że niby tarasuję korytarz gościom. Łapię więc za telefon, dzwonię po zleceniodawcę, ten szybko przychodzi i opieprza nadgorliwy personel. Zlatują się pryncypałowie ochroniarza i zapewniają nas, że źle ich zrozumiałem,nikt nie chciał mnie wyrzucić itp. Taaa... No bo co robi taki kaleka na wózku w markowym hotelu? Nieważne że nieźle ubrany, pewnie przyjechał tu żebrać i tyle.

I na koniec trochę na temat moich relacji damsko-męskich. I tu też jestem,niestety,zdany tylko na życzliwość menelówek. Bo tylko takie są w stanie wykrzesać trochę życzliwości dla faceta na wózku. Porządne,eleganckie i zadbane dziewczyny jasno i dobitnie dają do zrozumienia,że nie dla psa kiełbasa. A bo to ja facet? I co z tego że stoi mi jak drut,kiedy jadąc autobusem patrzę prosto pod dziewczęce spódniczki,bo na tej wysokości mam oczy?? Czy można w ogóle robić TO z inwalidą?? Fuuuj,to 
ohydne...

Tak więc wrzucę do beczki dziegciu małą łyżkę miodu. Nie bronię i nie usprawiedliwiam patologii. Wiem ile robią zła. Ale...zdarza się też że zrobią coś dobrego,tak jak dla mnie. Smutne jest to,że w naszym kraju pomocniejsi są mi patole, niż porządne podpory społeczeństwa,ale jest jak jest.... Gratuluję Panu odważnego,świetnego bloga i pozdrawiam serdecznie
                                                                                                            Bogdan Banach (bogdan_banach@wp.pl)

środa, 21 maja 2014

Matka Polka Meneli

       W stosie piętrzących się spraw na moich półkach w szafie, wygrzebuje pierwsza lepsza teczkę. Wygrzebuje to mało powiedziane, chwytam jedna ręką szarą tekturę, a drugą przytrzymuje by inne nie wypierdoliły się z hukiem. Zerkam na okładkę – Staniszewska. Matka Polka Meneli.

       Matkę Polkę Meneli poznałem w jednym początkowych okresów mojej wspaniałej i rozwijającej się z wielkim wrzaskiem kariery sądowniczej. Co to było za poznanie, pełne łez i wzruszeń okraszonych alkoholem i najtańszym tytoniem w skrętach. Pamiętam to jak dziś, a było piękne wspaniałe lato, jakieś 30 stopniu w cieniu, kiedy pot zalewał moje oczy i powodował plamy pod pachami, gdy udawałem się pod wskazany adres na zleceniu na przeprowadzenie wywiadu środowiskowego.  Jak zwykle wioska, otoczona zmęczonymi oczami peegeruchów, którzy wypatrywali co to za indywiduum zatrzymało się pod ich sklepem .
       Jak dziś pamiętam ładna dziewczynę, ubraną w obcisłe spodnie, która udawała się w tym samym czasie co ja do sklepu. Wokół wejścia stało kilkoro tubylców, których spojrzenie wyrażało jedną, łatwą do przewidzenia myśl: „wyruchałbym”. Nieogolone twarze trzydziestoparolatków, z petem w zębach i piwem w brudnej łapie mogło marzyć tylko o seksie z taką dziewczyną. Ona o tym wiedziała i z uśmiechem minęła ich w drzwiach. Po chwili jeden z nich złapał się za jaja i podrapał w wymownym geście. Witaj wsi spokojna.
Potem padł wzrok na mnie. Kim jestem do kurwy nędzy i czego szukam w ich miejscowości, oddalonej od głównej drogi o jakieś kilkanaście kilometrów?. Wchodząc do sklepu minąłem ich blisko, odczuwając w nozdrzach zapach fajek zmieszany z najtańszym piwem. Męski zapach.

       Za ladą stała wielka gruba baba. Sprzedawczyni znaczy, która omotawszy mnie wzrokiem zapytała czego potrzebuję.
- Fajki – rzekłem, kładąc 10 złotych na powycieraną i brudną ladę. Gdy wyszedłem, ostentacyjnie zatrzymałem się przed sklepem i odpaliłem papierosa czując na swoich plecach wzrok kwiatu młodzieży polskiej. Przede mną stała laska, starając się ręką poprzez spodnie poprawić swoje majtki na dupie.
Z zapalonym papierosem wsiadłem do samochodu i pojechałem szukać domu, w którym zamieszkiwać miała moja bohaterka historii. Staszewska.

       Czworak, Podłużna chałupa zamieszkałą przez cztery rodziny. Stary, sypiący się ze starości ganek, który urwanymi z zawiasów drzwiami zapraszał chętnie do środka. Przekroczywszy próg do moich uszu doszło zajebiscie głośne brzęczenie much. Dziesiątki, setki much unosiły się w korytarzu irytując mnie i powodując że bałem się otworzyć usta, by zaraz z impetem jakieś nie wpadły do mojego gardła i nie udusiły mnie w swej zaciekłości brzęczenia. Kurewskie nasienie trzepoczące skrzydełkami zawsze mnie irytowało, bo  wszędzie później gdzie się pojawiałem w melinach, much było pełno. Gównożrące insekty. Do t5ego zapach. Zapach much, które swoimi małymi delikatnymi skrzydełkami rozrzedzały gęste od smrodu powietrze, jak małe wentylatorki powodowały, że smród zatęchłej klatki wirował wokół mojej głowy, coraz bardziej odcinając mi dostęp do tlenu.  Zyć nie umierać.

       Staję przed drzwiami, wymalowanymi farba olejna, z których odchodzą już całe płaty. Klamka pamiętające lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, także wymalowana Olejnicą podobnie jak dykta na drzwiach. Wszędzie pełno much, świdrujące bzyczenie nie daje mi się skupić. Pukam.
Drzwi otwierają się na oścież i oczom moim ukazuje się ONA. Staszewska, na wpół rozebrana, gdzie spod brudnej koszuli ukazuje się obwisła, sflaczała pierś. Brudne paznokcie, zaniedbane łapy i usta wypełnione próchnicą. Na oko trzydziestoparoletnia kobieta. Wraz z otwarciem drzwi bucha we mnie fetor potu i smrodu przyprawiając o mdłości. Za fetorem do mieszkania wleciało kilkadziesiąt kolejnych much, które krążyły nad moja głową niczym aureola.
- Dzień dobry, kuratorem jestem… - wypowiedziałem tak znana i niezniszczalna formułke w kierunku postaci, która swoimi zmęczonymi oczami patrzyła w moim kierunku. Wraz z wypowiedzianym zdaniem machnąłem pod jej twarz swoja jakże nowa i piękna legitymacje Kuratora Sądowego.
- Niech pan wejdzie – zaprosiła mnie wymownym gestem do środka, a ja z wielka niechęcią, czując  natężający się smród wszedłem do mieszkania. Drzwi się zamknęły.

       Zaprowadzony zostałem do pokoju, pośrodku którego stała wielka ława przysunieta do tapczanu. Usiadłem na nim i poczułem że to był błąd. Kurewsko zajebisty bład. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze u patola trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Że trzeba najpierw bardzo dokładnie się rozejrzeć, gdzie się siada, gdzie się staje i czego się dotyka. Staszewska mnie nauczyła, ponieważ w momencie gdy posadowiłem swój tyłek na jej kanapie, poczułem cos mokrego.  Wstałem z impetem i spojrzałem na tapczan w miejscu w którym siedziałem. Miałem nadzieję że to tylko woda, lecz wymowne spojrzenie mojej szanowanej rozmówczyni rozwiało wszystko.
- Niech pan uważa, chyba pies się zlał…
Kurwa, tego mi było potrzeba. Usiąść w szczyny psa, który bez krępacji załatwia swoje potrzeby fizjologiczne na tapczan, w którym śpi patolka a i pewnie dwójka jej dzieciaków.
Do dziś mnie czasami zastanawia, jak obniżony poziom higieny ma wielu ludzi. Ale mniejsza o to. Przesiadłem się na krzesło. Wydawało się całkiem czyste. W domu jak zdjąłem spodnie okazało się że jednak nie.

       Usiadła naprzeciwko mnie, zakładając noga na nogę tak, by moim oczom ukazały się jej stopy. Odruch wymiotny powstrzymywałem, gdy nieopatrznie zwróciłem wzrok na jej palce u nóg i pietę, czarna od klejącej się podłogi. Paznokcie zżarte przez grzybicę przemieszaną z jakimiś dziwnymi, brudno-brązowymi plamami wokół palców. Sukienka którą miała na sobie z ledwością zakrywała jej kolana, równie brudne i ohydne jak jej stopy. Na głowie miała brudne i tłuste włosy, związane w kok, który zapewne trzymał się tam bez użycia żadnych gumek czy innego badziewia. Sprawiał wrażenie ze się rusza, ze te wszystkie muchy latające w tym pomieszczeniu, składają tam sobie jajeczka, z których wykluwają się inne muszki by potem radośnie brzęczeć nad moją głową. Zajebiscie.

CDN…