piątek, 27 maja 2016

Zabawa w chowanego



Przychodzi taki okres w ciągu roku, ze nie chce Ci się pracować. Jest gorąco, w samochodzie ukrop bo klimatyzacja od dawien dawna nie nabita wiec jedynym sposobem chłodzenia się to zimny łokieć na szybie. Pot leje się z ciebie strumieniami i spływa po dupie a tu trzeba jeszcze kilka wiosek odwiedzić i patoli po drodze skontrolować. Wkurwiony jeździsz samochodem mijając jeziorka gdzie ludzie po pracy wypoczywają. Patole tez wypoczywają, bo oczywiście połowy z nich nie zastajesz w domu. Wtedy to masz ochotę pierdolnąć wszystko, zatrzymać samochód, rozłożyć grilla, włączyć muzykę i odpoczywać.
Podczas jednej z takich podróży, zamierzam niezapowiedziany skontrolować jedną taką moja nadzorowaną. Co prawda byłem u niej kilka dni temu, ale pewien obowiązek o którym później opisze każe, aby jeszcze raz tam podjechać. No i będzie to pięknie wyglądało w teczuszce, że kurator taki sumienny, obowiązkowy i w ogóle ochy i achy, jeździ do rodziny i naprawia ją swoim autorytetem przez Państwo nadane. Prawda jest taka ze oprócz pewnego zlecenia odnośnie ich syna to dostałem ponadto informację ze lubi sobie popijać i chciałem aby kobiecina wraz ze swoim lekko już zdegenerowanym konkubentem wiedzieli, ze nie znają dnia ani godziny kiedy mogę ich odwiedzić w imię sprawiedliwości Sądowej.
W ogóle to patole wypracowali cały schemat postępowania jak chlać by „kurwa ten jebany kurator nie złapał”. Kiedyś taka jedna uchlewała mi się pomiędzy godziną 8 a 12 rano. Gdy tylko jej dwoje dzieciaczków poszło do szkoły, przyłaziła do niej „na kawkę” koleżanka – stara alkoholiczka co swojego faceta do grobu wpędziła, bo nie był w stanie dorównać jej tempa w piciu, i dawaj razem chlać. Gdy wybijała 12 w południe, stara prukwa spierdalała z mieszkania, lekko nawalona już, a patolka moja szła spać i spała do 15.00. Gdy autobus przywiózł dzieciaki ze szkoły, ona już była na nogach i obiadek pichciła. Jej facet z roboty wracał o 18, więc ona już praktycznie trzeźwa była. I tak prawie kurwa codziennie.
Z kolei pewna rodzinka znalazła sobie inny patent. Jako że bali się nalotu pań z opieki (będę kurwa pisał OPIEKA bo tak większość moich chlebodawców mówi a ja nie jestem po to by uświadamiać ich odnośnie nazewnictwa) albo tez nalotu kuratora (znowu się będą dopierdalać że się nie leczą odwykowo), to na cały dzień leźli na swoją działkę poza miasto, a dzieckiem po szkole zajmowała się jakaś ciotka. Na tej działce w altanie nakurwili się bełtami, porzygali i obszczali naokoło, by potem przespać się z godzinkę i wrócić wieczorkiem do mieszkania. Spotkać ich w ich mieszkaniu to był prawdziwy cud jak było ciepło.
Ale to jest chuj. Najlepsi są tacy co udają że ich w mieszkaniu nie ma. Stoję ja sobie kiedyś pod drzwiami i kulturalnie pukam, co by porozmawiać o zgubnym wpływie alkoholizmu na człowieka i jego życie społeczne, gdy słyszę zza drzwi:
- Kurwa, Stefan cicho, ktoś puka.
- Nie otwieraj Zocha, nikogo nie ma w domu – pijacki bełkot
No i chuj, nie otworzyli pomimo ze zacząłem walić i drzeć się na korytarzu że mają otworzyć. Nie maja obowiązku i co im zrobię?
Ale wróćmy do rodzinki którą zamierzałem po raz drugi w krótkim czasie odwiedzić. Powodem moich odwiedzin była także inna, bardzo istotna sprawa. A mianowicie ich synek nie stawił się do młodzieżowego ośrodka wychowawczego z przepustki, a moją rolą było „poinformowanie go o konsekwencjach”. Łepek do ogólnie taki młody zjeb już, co to kradzieże i picie piwa uważał za jedyne rozrywki dnia codziennego. Ale co mu się dziwić – wzorce czerpał od najbliższych a na własną matkę miał wyjebane jak gówno w przeręble. Tak o to znalazłem się pod chałupą na wsi i dziarskim krokiem skierowałem się przez podwórko do drzwi domostwa, zgrabnie omijając snujące się w upale potencjalne kostki rosołowe, które na dzień dzisiejszy produkowały jeszcze jajka, nie wiedząc ze los ich przesądzony jest i skończą niedługo swój żywot na pieńku – gdy ostrze tępej siekiery odrąbie im ich małe główki. I gdy tak szedłem sobie spokojnie patrząc pod nogi by w żadną kupę nie wdepnąć, z komórki wyłazi jeden z ich synów.
- Rodzice są? – pytam go a on stoi i patrzy na mnie nie wiedząc co zrobić
- Nie ma, do gospodarza na zarobek pojechali – odpowiada mi, a ja wiedząc że matka ich narodziła ich sztuk dziesięcioro pytam dalej?
- Ty jesteś Andrzej?
- Nie, Andrzej pojechał do ośrodka dzisiaj – odpowiada mi i wycofuje się do komórki.
No i stoję jak ten pacan na środku podwórka i jedyne co mi przychodzi na myśl to wrócić do samochodu, bo nic tu więcej nie wskóram.
Następnego dnia dostałem telefon od nadzorowanej, że podobno jej szukam. I wtedy to dowiedziałem się, że rozmawiałem z….. Andrzejkiem. Jebaniutki, zrobił mnie w konia wykorzystując to, że ma kilkoro braci a ja nie pamiętam każdego z twarzy przecież. W konsekwencji został wydany nakaz doprowadzenia przez Policję, i tak nieletni któregoś dnia za darmo, policyjną taksówką został odwieziony do MOW kilkaset kilometrów.

wtorek, 24 maja 2016

Tatusiowie dwaj...

No dobra, obiecuję, obiecuję że napisze tekst a tu cicho i głucho. Bije się w swoją wątłą pierś i przepraszam. Najpierw zarabianie, potem pisanie. I jednocześnie przepraszam mojego jedynego od dłuższego czasu donatora który wpłacił mi datek (a muszę przyznać że systematycznie co jakiś czas wpłaca - szacunek i podziękowania) ale nie doczekał się jeszcze tekstu na blogu. Zbieram moi drodzy czytelnicy na wakacje które spędzę w Polsce (narodowiec ze mnie i patriota) więc łapie każdą chałturkę, coby wypocząć porządnie i pokosztować po raz pierwszy od kilku lat trochę życia :) Dlatego dziś jeszcze zaproszę Was na stronę www.mydrea.ms gdzie popełniłem dość kontrowersyjny tekst, przez który zapewne się narażę co niektórym, ale....... nie zrobi to mnie większego wrażenia:


Jeśli chcecie pośpieszyć mnie i czytać teksty nowe, proponuje mały układ. Każda uzbierana stówa od dziś na moim koncie, to nowy artykuł. Jeśli możecie wspomóc 10 czy 20 złotymi, mi będzie łatwiej uzbierać na wakacje, a dzięki temu będę miał czas na pisanie i motywację :) Pewnie niektórzy mnie od złotówy wyzwą, ale....... co zrobić :D
dla przypomnienia (imie i nazwisko oraz adres są fikcyjne, nr konta już nie)

Piotr Matysiak
ul. Miauczyńska 12
00-999 Warszawa

nr konta: 56 1240 3839 1111 0010 6170 3284
 
Dzięki i pozdrawiam

niedziela, 8 maja 2016

500 nowych problemów

Tym artykułem kończę swoje uwagi do problemu rozdawnictwa pieniędzy wśród moich podopiecznych. Mam nadzieję że ktoś to weźmie w przyszłości to  pod uwagę i szerzej spojrzy na problem rozdawnictwa niekontrolowanego pieniędzy.

500 nowych problemów

Pozdrawiam, i niedługo oczekiwany przez wszystkich nowy tekst z walki w terenie :)

czwartek, 5 maja 2016

Artykuł sponsorowany

Narażając się na waszą krytykę, wszedłem w szerszą współpracę z portalem www.mydrea.ms i co jakiś czas będę zamieszczał artykuły sponsorowane. Mimo że nie wszystkie związane są z tematyką bloga, to mam nadzieję że Was zainteresują :)
Na początek mam do zaoferowania linki do 2 artykułów:

http://mydrea.ms/m/articles/view/How-to-write-and-publish-your-own-book  czyli rzecz jak napisać i wydać własną książkę. Do mnie wydawnictwo samo sie zgłosiło i nie miałem takich dylematów i problemów z wydaniem swojej, po prostu przekonwertowali tekst z bloga, ale zastanawiam się nad wydaniem "Patolnietej Sagi Rodzinnej" to wskazówki zawarte w tekście są pomocne.

Drugi artykuł dotyczy czytelnictwa i odważnego spojrzenia na problem.

http://mydrea.ms/m/articles/view/Przesta%C5%84cie-wreszcie-czyta%C4%87-ksi%C4%85%C5%BCki

Ostatnio z ciekawości przejrzałem komentarze co do mojej książki. Same zajebiste recenzje więc staram się zmobilizować do napisania czegoś dłuższego znów. Trochę urlopu się nazbierało, to może wyjadę na łono natury, zaszyje się w jakieś chatce na kilka dni i stworze patolnięte dzieło :)

A tak na marginesie :) okazuje się że wyszukiwarka google podpowiada że na chomikuj jest ebook mojej książki :) I w sumie dobrze, może czytelnictwo się zwiększy, choć osobiście lubię zapach książki, bo laptopa czy tableta chujowo wąchać. Jeśli mimo to ktoś woli taką formę, niech wpłaci datek na przysłowiowe piwo, albo chociaż na dziecko chore lub zwierzęta w schronisku, jeśli mi żałuje :) Ja tam na swoje wakacje powolutku ciułam :)

Piotr Matysiak
ul. Miauczyńska 12
00-999 Warszawa

nr konta: 56 1240 3839 1111 0010 6170 3284
z dopiskiem: darowizna 
 
To by było na tyle :) Zbieram się do napisania nowego tekstu co by nie pozwolić umrzeć jednak blogowi :) Pozdrawiam :)
 

wtorek, 26 kwietnia 2016

W chuja cięcie też zajęcie



      Wchodzę. Wchodzę do bloku popegeerowskiego, gdzie na klatce schodowej leząca psia kupa nie robi na nikim wrażenia, a kłębiące się wokół niej muchy wydają jednostajne bzyczenie spowodowane ekstazą smrodliwej uczty. Omijam tą/tę kupę, co by nie wdepnąć i nie wypaskudzić swoich butów tudzież nogawek spodni zakupionych w sklepie na promocji. Powoli poruszam się schodami do góry, uważając by nie dotknąć poręczy, ponieważ mam nieodparte wrażenie że nie tylko to gówno jest jedynym zmartwieniem osób dbających tu o czystość.

      Nigdy nie jest dla mnie wielkim zdziwieniem gdy staję pod drzwiami do mieszkania w takich blokach. Zjebane, zszarzałe od brudu ujebane drzwi są jak wrota do królestwa patologii, które rządzi się swoimi prawami w czterech ścianach. Nie pozostaje mi nic innego jak pukać, pukać i jeszcze raz pukać w nadziei że dykta uchyli swe czeluści a ja dostąpię łaski dostania się do przepadłych wnętrz komnat ludzkiego upadku.

      Po co tam idę? Mieszkanie zajmuje menelka wraz z menelem. Kiedyś tam urodziło się im dwoje dzieci które obecnie wypełniają jeden z biduli gdzieś w Polsce czekając zapewne i wierząc że mamusia z tatusiem przyjdą i je zabiorą. Menelce z menelem tak się wspaniale zdarzyło, że powili nowe dzieciątko i zapominając o tamtych dwóch poprzednich zajęli się wychowywaniem swojego nowego bejbiątka. A jako że wychowywali je dość nieporadnie na co także pracownik socjalny przymykał oko, dzieciątko w wieku 3 lat miało wygląd półtorarocznego dzieciaka co ledwo potrafił siedzieć na swoim wątłym tyłku nie mówiąc o samodzielnym jedzeniu czy wołaniu potrzeb w postaci kupki czy siku.

      Inny temat to jak trafiłem do tej rodziny. Kiedyś byłem u jednej z nadzorowanych, gdzie prowadziłem tzw. Nadzór osobisty. Wchodząc do mieszkania natknąłem się na relatywnie młodą kobietę, najebaną jak szpadel która na mój widok zerwała się z krzesła i spierdoliła z mieszkania. Szybko dowiedziałem się kto to był i że ma na wychowaniu dzieciaka, więc sam sobie narobiłem roboty, następnego dnia składając wniosek do wydziału rodzinnego w moim sadzie, by skontrolować tą rodzinkę. Tak o to jestem u nich.
      W końcu po moim intensywnym pukaniu drzwi się otwierają. Ujrzałem znaną mi już menelkę, która trzeźwa i odwalona w dżinsy oraz bluzkę z koronką, przywitała mnie bezzębnym uśmiechem zapraszając do środka. W korytarzu przywitał mnie Pan Menel, podając rękę i przedstawiając się szarmancko. Co by się dalej nie rozpisywać, Państwo menelostwo zapewniało mnie że oni alkoholu nic a nic nie piją, żyją sobie skromnie wychowując małego Kajtka a to że im dzieci kiedyś tam zabrano to było pomówienie i nieporozumienie, bo raz im się zdarzyła imprezka w domu, a tu pechowo Policja przyjechała i zabrała im dwójkę wcześniejszych dzieci. Oczywiście zapewniają mnie że jak tylko skończą remont mieszkania to złożą wniosek do sądu by dzieci wróciły do nich, ale teraz pieniędzy mało, farby drogie, meble trzeba wymienić i zadłużenie za mieszkanie spłacić. Ale już, na wiosnę będą się brali za to i znów będą szczęśliwą rodzinką.
Gadał tak menel i gadał wkurwiając mnie swoją gadką. Szczyt wkurwienia przyszedł gdy postanowiłem sprawdzić gdzie jest dziecko i obejrzeć go chociaż z zewnątrz. Zaprowadzony zostałem do pokoju, gdzie w wózku dla niemowlaków, tak KURWA w wózku!!! Z podkulonymi nogami spał trzylatek!!! Trzylatek bardzo chudy, z zawiniętym pampersem na wątłej dupci. Nie powiem, wkurwiło mnie to niemiłosiernie i najnormalniej w świecie zacząłem jebać patoli że przecież takie dziecko powinno mieć łóżko i tym podobne sprawy. Finał tego był taki, że zaczeli się tłumaczyć że oni tylko usypiają w wózku a dziecko spi na tapczanie. W domu był tylko jeden tapczan, więc kolejna wątpliwość jak oni się w trójkę na nim mieszczą. Wtedy to Pan Menel rzekł do mnie:
- bo ja to śpię na fotelu, a żona z dzieckiem.
Wymyślił sobie na poczekaniu. Pytam się dlaczego nosi pampersa. Bo dziecko mówi niewyraźnie i nie nauczył się wołać – kolejne gówniane tłumaczenie. Pytam się czy dziecko chodzi – próbuje, ale on taki słabiutki – matka mi tłumaczy. Pytam się i każe pokazać czym go karmi. To prowadzą mnie do kuchni i otwierają lodówkę. Margaryna, kawałek sera i nic więcej. Mimo że godzina popołudniowa to nie widać nawet czy jakiś obiad jest przygotowywany.  
- Co dziecko jadło na obiad? – pytam już podniesionym głosem
- Zupę – odpowiada matka
- To gdzie ta zupa? Gdzie nagotowana?
- Zupkę chińską – uściśla, a mi witki opadają.
Pytam o książeczkę zdrowia dziecka. Patolka zaczyna szukać wśród jakiś szpargałów lecz nie znajduje. Pytam kto jest lekarzem rodzinnym. Mówi mi o lekarzu który przyjmuje w najbliższej przychodni zdrowia. Ostatni raz była tam z dzieckiem jakiś rok temu. 

      Jadę do przychodni. Chcę ustalić dlaczego to dziecko jest takie chude i dlaczego jego rozwój jest ewidentnie opóźniony. Za ladą wita mnie pielęgniarka której wyłuszczam w skrócie powód mojej wizyty. I tutaj musze powiedzieć że lekarka stanęła na wysokości zadania, zapoznała mnie z kartą zdrowia dziecka i sama przyznała, że rzeczywiście dziecka nie widziała od roku, a już podczas ostatniej wizyty dała wiele zaleceń rodzicom odnośnie zdrowia dziecka. Od tamtego czasu się nie pokazali, a ona nie jest w stanie pamiętać o wszystkich pacjentach.
Napisałem w sprawozdaniu dla sędziego, że istnieje zagrożenie życia dziecka. Zbyt dziwnie wyglądał on w tym łóżeczku, jego skóra była szara, przeraźliwie chudy, nie chodził, prawie nie mówił i na dodatek nie wiem jak był żywiony. Osobiście poszedłem do sędziny i wyłuszczyłem problem. Decyzja była tylko jedna.

      Jak dziecko trafiło do pogotowia rodzinnego rozmawiałem z prowadzącą pogotowie. Powiedziała mi ze w swojej długoletniej karierze nie miała tak zaniedbanego dziecka. Podejrzewano u niego głuchotę, upośledzenie, miał problemy trawienne ponieważ nie był odpowiednio odżywiany, miał jakieś przykurcze…. Nie pamiętam już szczegółów a nawet gdyby to nie podałbym by nie zdradzić charakterystycznych szczegółów. Na pocieszenie podam że po kilku miesiącach większość jego chorób zniknęła, nabrał masy ciała i zaczął przypominać normalnego chłopczyka.
A patole? Żyją i mają się dobrze. Za takie zaniedbania w Polsce nie grozi ci kara. Co najwyżej zabiorą ci dziecko.

piątek, 8 kwietnia 2016

Pincet Plus

Zapraszam do zapoznania się z moim artykułem, który został zamieszczony na stronie www.mydrea.ms

(...) Jako stały bywalec tych instytucji nie z racji potrzeb unowocześniania tudzież naprawienia swojego samochodu lub przymierania głodem, a z powodów stricte służbowych, od dobrego miesiąca jestem katowany wynaturzeniami pracowników socjalnych w małych mieścinach, jak to nie opłaca się pracować, bo jeden czy drugi z ich wieloletnich zasiłko-biorców dostanie na troje dzieci „tysionc pincet” czyli tyle co one siedzące w urzędzie, z reguły gdzieś na końcu korytarza w budynku gminy, często z osobnym wejściem dla swoich klientów, którzy często zapachem i wyglądem nie pasują do odnowionych korytarzy majestatu Gminy (...)

całość na stroniehttp://mydrea.ms/m/articles/view/Pincet-plus

Jednocześnie zapraszam do komentowania i opiniowania. 

czwartek, 24 marca 2016

W pogoni za duszą



      Uśmiech na mej twarzy zagościł gdy przycisnąłem pedał gazu w swoim samochodzie, a na liczniku zagościło całe 120 kilometrów na godzinę. Prosta droga, sucho to i depnąć można czasami ponad przykazane 90. W uszach przyjemny dźwięk silnika i muzyka z radia która przypomina o ostatniej mega melanżowanej imprezie w klubie. Koniec, na dziś koniec roboty i czas zacząć weekend, który zamierzam spędzić na czymś, co mnie wycisza i co powoduje że wracają chęci do życia. Jeszcze tylko jedną chałupę po drodze odwiedzę i wieczorem oddam się przyjemnościom dzięki którym zrzucę cały tygodniowy stres związany z walką z patologią Polską.

      Czuję się jak ten mesjasz, jak zbawiciel świata który pędzi po bezdrożach by uczyć ludzi jak żyć. By dawać im kaganek oświaty, by wędką ratować ich obolałe dusze i prostować pogięte życiorysy. Jak Nauczyciel, który daje wskazówki do przykładnego i pełnego szczęścia życia. Podziwiany, wielbiony, hołubiony i stawiany na piedestały. Oto JA, pędzący 120 kilometrów na godzinę kurator z Sądu Rejonowego w swej misji naprawiania świata i zbawiania dusz nieczystych.

      Wydzieram z objęć Szatana zagubionych. Swym słowem działam jak woda święcona na pomioty Belzebuba, mój świdrujący wzrok niczym oczy Bazyliszka rozpoznają kto jest godzien stąpać po tym padole, a kto powinien sczeznąć w piekielnych czeluściach Upadłego Anioła. Ma moc mi nadana uzdrawia i wyszarpuje z objęć potępionych grzeszne dusze.

      Staję przed chałupą którą mam jeszcze dziś odwiedzić. Święty Krzysztof dynda na moim lusterku i podniesioną ręką błogosławi moje poczynania walki ze złem. Czuję jego uświecającą moc bo wiem, że czuwa nade mną. Już od dawna sprawiłem sobie długopisy wyglądające jak krucyfiks, notatki robie w zeszycie do religii na którego okładce jest Maryja zawsze Dziewica. Na tylnej klapie mego samochodu przykleiłem na supergluta trzy rybki, co by spotęgować działanie mej mocy. Wielki, pozłacany krzyż dynda na mojej szyi powodując lekki ból i sztywnienie karku. Ale co tam, naprawianie świata wymaga poświęceń.
      Szybkim ruchem ręki otwieram drzwi swego pojazdu i wystawiam mą uświęconą nogę na działanie szatana, który w tym momencie przybrał formę błota, by zniechęcić mnie do wejścia do tego domu. Nie poddam się Szatanie przebrzydły, nie spowodujesz bym nie wysiadł z wozu. Zaciskam zęby i obydwie stopy stawiam na lepkiej mazi. Wtem – druga plaga mnie dopada. Zło za wszelką cenę chce pokrzyżować me plany i spuszcza na mnie deszcz. Co prawda to lekki kapuśniaczek, ale wszyscy wiemy że jest on bardzo podstępny. Zaczyna się od kapuśniaczka, by za chwile zatopić w powodzi mnie i zniszczyć moje plany. Ale te dwie plagi nie spowodują że się poddam. Zamykam drzwi samochodu i pewnym krokiem ruszam w stronę domostwa, poprawiając krzyż i chowając go by nie narażać na podstępne warunki atmosferyczne. Wtem, trzecią plagę Zło zesłało na mnie w postaci wiatru, który zadął z wielka siłą podwiewając mi poły kurtki. Poczułem przenikliwe zimno, cos jakby sztylety dziurawiły moje ciało świdrując się we wnętrzności i próbując powstrzymać moje procesy życiowe. Ale ja wiem że się nie poddam. Nie na takie próby byłem wystawiany i nie takim próbom stawiałem mego silnego czoła. Brnę w tej strasznej pogodzie, nie poddaję się przeciwnościom piekielnego bo wiem że gdzieś tam, za tymi starymi i spróchniałymi drzwiami czai się dusza której trzeba pomóc. Dusza która wymaga mej interwencji, która oczekuje mych krystalicznie czystych intencji i cierpiącym wołaniem błaga mnie o pomoc. Nie mogę zawieść jej. O nie!
Ale Belzebub walczy. Nie ułatwia mi. Za wszelką cenę chce mnie odwieść od zamiaru dostania się do domu. Drzwi są zamknięte i nawet próba lekkiego pchnięcia ich nie daje rezultatu i nie jestem w stanie dostać się do środka. Do tego wzmaga się wiatr który dudniąc w mych uszach powoduje że przestałem słyszeć szczekanie ujadającego psa. Tak. Psy wyczuwają zło. Psy czują moment gdy zło krąży wokół mnie, ale ja wiem, że nic mi nie grozi. W końcu Święty Krzysztof dynda na mym lusterku… Zaczyna padać coraz mocniejszy deszcz i powoli z kapuśniaczka robi się mżawka. To zły znak, to omen prawie bo za chwilę ścieżka którą przyszedłem zamieni się w błotnistą breję przez co będę musiał iść po trawniku. W głowie mej świta pomysł. Natchniony łaską opatrzności zbliżam się do okna i spoglądam w sponiewierany mrokiem pokój. Szukam oznak życia, oznak że jest tam dusza i ciało czekające na mnie i modlące się o ratunek. Szukam jakiegokolwiek ruchu, jakiegokolwiek śladu bytności by wedrzeć się do środka i wyrwać z objęć zła tego biednego człowieka. I nagle…. JEST! Leży na tapczanie i się nie rusza. Blady jakiś się wydaje choć półmrok jest w pomieszczeniu. Nie widzę by się ruszał… chyba śpi. Postanawiam walić w okno by go obudzić. Za wszelką cenę pragnę zaznaczyć swoją obecność, chcę mu pokazać że oto już jestem i że od teraz będzie już wszystko lepiej. Że poczuje swą duszę uwolnioną od grzechów zaniechania bycia dobrym i szczęśliwym człowiekiem. Że spłynie na niego łaska Sądu Rejonowego niczym woda w toalecie, że…..
Wstał. Podniósł się. Spojrzał na mnie. To co że trochę brudny i uświniony, ważne że żyje i że zapewne chce mojej pomocnej dłoni. Jak ja czułem się szczęśliwy z tego powodu. Złapałem ręką za mój krzyż dyndający na grubym pozłacanym łańcuchu i w myślach przekląłem Belzebuba. „Chuj Ci w dupę Belzebubie”. On jest mój.
Nagle, pomimo że Szatan wciąż walczył i utrudniał otwarcie drzwi, dostałem się do środka mieszkania. Odór siarki zmieszanej z alkoholem upewnił mnie w przekonaniu, że Zło ma tutaj swoje siedlisko. Czułem się jak w kazamatach z których nie ma drogi ucieczki. Ale podejmuje walkę. Walkę o duszę tej zbłąkanej duszyczki.
Otwieram zeszyt. Wyciągam długopis w kształcie krzyża i zadaje pytanie:
- Czy to zbłąkana dusza Zdzisława Trzepiekońskiego siedzi przede mną?
- Nie – odpowiada siedząc i kiwając się na czymś, co przypominało tapczan lub inna wersalkę.
- A gdzie Pan Zdzisław – nie daje za wygraną i rozglądam się w poszukiwaniu udręczonego.
- Umarł.
No i chuj. Belzebub wygrał. A jako że ja miałem akt naprawienia Zdzisława Trzepiekońskiego a nie tej o to upadłej istoty, wyszedłem z chałupy i spokojnie wróciłem do domu.
Ale walka wciąż trwa.