poniedziałek, 22 września 2014

Pycha, pychotka..... los to psotka.



1.       Pycha
Pojęcie i postawa człowieka, charakteryzująca się nadmierną wiarą we własną wartość i możliwości, a także wyniosłością. Człowiek pyszny ma nadmiernie wysoką samoocenę oraz mniemanie o sobie. Gdy jest wyniosły, towarzyszy mu zazwyczaj agresja.
Stoję przed masywnymi, pełnymi zdobień i okuć drzwiami bidula. Starego, przedwojennego budynku, który od wielu lat pełni rolę Państwowego Domu Dziecka, w którym jak sardynki w puszce ugniatane są dzieci, których rodzice okazali się po prostu skurwysynami, powodując że ich dziecko znalazło się w tym miejscu. Za każdym dzieckiem, a w tym bidulu jest ich osiemdziesięcioro stoi kurator, którego Obiektywne Oczy Sądu przyczyniły się, że To dziecko znajduje się w tym miejscu a nie w domu rodzinnym.
Udaję się do pokoju wychowawców. Szukam Jarka, nastolatka wobec którego Sąd toczy postępowanie o demoralizację. Gdy siadam naprzeciwko wychowawcy z parującym kubkiem kawy na stoliku jego opinia jest jednoznaczna – umieścić go młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Jarek jest aspołeczny, zdemoralizowany, nie słucha wychowawców, kradnie, pali papierosy… Litania, którą bez końca można wymieniać i która tak idealnie pasuje prawie do każdego dziecka tu się znajdującego.
Oficjalnie o dzieciach nie wypada źle mówić, bo nie wypada i już. Nieładnie jest mówić o słabościach systemu, o wrzucaniu zdemoralizowanej młodzieży razem z dzieciakami, nad którymi można jeszcze popracować, by osiągnęły sukces. Lecz przeważnie nie mówimy tu o sukcesie w kontekście skończenia studiów, podjęcia świetnie płatnej pracy, ale o sukcesie zdobycia zawodu, jakiegokolwiek. 90% dzieci w bidulu ma rodziców – to sieroty społeczne wyrwane z objęć alkoholizmu i degradacji emocjonalnej rodziców.
Obiektywne Oczy Sądu musza przeprowadzić rozmowę z nieletnim. Sporządzić diagnozę osobowościowa nieletniego, by ocenić jak mocno jest zdemoralizowany i jakie oddziaływania trzeba podjąć by się naprawił. Lub nie. Bidul nie chce naprawy. Bidul podjął decyzję że umieści go w Ośrodku. Przez sąd.
                Jarka tak naprawdę znam od dobrych 10 lat. To wtedy wpłynęło zawiadomienie z Ośrodka Pomocy społecznej, że w jego rodzinie źle się dzieje. Wtedy też sąd postanowił ograniczyć rodzicom władze rodzicielską nad nim poprzez nadzór kuratora sadowego. Ot, kurator przychodził i sprawdzał czy dobrze zajmują się dzieckiem. Wizyty w domu, w szkole, w Ośrodku Pomocy społecznej, tak przez 10 lat. Dziesięć lat mówienia, sprawdzania, pouczania i kontrolowania. Dziesięć lat pisania comiesięcznych sprawozdań do Sądu na okoliczność wykonywania władzy rodzicielskiej. Dziesięć lat pracy za państwowe pieniądze, które w konsekwencji przyczyniły się do tego, ze Jarek jest tu. W bidulu.
Wychowawca szybko nudzi się tematem Jarka. Interesuje go czy nie ma szans zostać kuratorem. Chociażby społecznym. Potrzebuje dorobić. Jak każdy w tym zawodzie. Prowadzi mnie potem do pokoju w którym Jarek przebywa. Pokój podobny do tych w internacie tylko ten zapach, potu, niemytego ciała. Na podłodze porozrzucane brudne skarpety, spodnie, jakieś podkoszulki. Jarek leży na łóżku ze słuchawkami na uszach. Słucha muzyki a telefonu. Patrzy na mnie z obojętna miną. Zna mnie, wielokrotnie przychodziłem do jego rodziców i wielokrotnie był świadkiem moich rozmów z nimi. Teraz przychodzę tylko i wyłącznie do niego, by móc pomóc. Podobno.
Dopiero teraz udaje się mi poznać prawdziwe życie Jarka. Jego punkt widzenia. Wiele spotkań, rozmów, a także analiz akt sądowych pozwala zauważyć ogrom emocji, negatywnych emocji których doświadczył w swoim krótkim życiu. Nie ma on żalu do sądu, nie ma żalu do mnie, ma żal do rodziców, ze go zostawili i potraktowali jak śmiecia. Wyrzucony, na margines społeczeństwa, gdzie miejscem życia jest bidul wśród takich samych jak on – nie mających gdzie pójść, a zarazem czekających choćby na krótkie odwiedziny matki czy ojca, którzy w chwilach trzeźwości przypomnieli sobie ze maja dziecko, upchnięte w państwowej placówce jak bezdomne psy w schronisku.
To że rodzice go nienawidzili dotarło do niego później, o wiele później, gdy jako pozornie ukształtowany młody nastolatek trafił do tego miejsca. Z dzieciństwa pamięta ciągłe kłótnie, awantury, wyzwiska, gdy jako dziecko zaczął rozumieć otaczający go świat. Dopiero później zaczął zastanawiać się, czy on naprawdę był kochany, czy kochano go tak, jak powinni kochać szczęśliwi rodzice. Wyobraża sobie że najszczęśliwszy był wtedy, gdy będąc małym dzieckiem leżał w kołysce a rodzice nachylali się nad nim, robiąc te swoje dziwaczne minki i gaworząc próbują go rozśmieszyć. Lubi marzyć o tym że śmiał się wtedy do nich, widząc ich roześmiane twarze nachylone nad nim. RODZICE. Matka i ojciec. Ci, którzy dali mu życie by mógł szczęśliwie dorastać w ich otoczeniu.
Jarek lubi marzyć w jego w domu było naprawdę dobrze. Tworzy wyidealizowany obraz rodziny, bo tak jest łatwiej. Podświadomie chce wierzyć że rodzice go kochają i zabiorą. Liczy, że któregoś dnia po prostu przyjdzie do domu, a na stole będzie czekał na niego obiad ugotowany przez mamę, a przeszłość szybko zostanie przez niego zapomniana. Marzy o tym, jednak im jest dłużej w bidulu, tym bardziej boi się ze to nie nastanie. Łapie go stres, z którym nie potrafi sobie poradzić. Lęka się.
Im był starszy, tym było już coraz gorzej, coraz mniej momentów, gdy uśmiechnięci rodzice trzymali się za ręce, a on idąc niezgrabnie przodem, potykałem się o każdą nierówność chodnika. Ale, jak sam mówi jeszcze nie było tak źle, jeszcze potrafili się uśmiechać, przynajmniej na zewnątrz, gdy podczas spacerów i spotkań ze znajomymi udawali, ze jest pomiędzy nimi dobrze, choć w domu potrafili przez kilka dni nie zamienić pomiędzy sobą słowa. Pamięta jak na spacerach brał mamę i tatę za rękę bo chciał czuć, że są blisko niego i chciał, by rodzice także zbliżyli się do siebie. Ciche dni poprzeplatane były dniami pełnymi awantur. Wtedy też usłyszał ze jestem bękartem, wpadką. Zapewne początkowo nie rozumiał tego słowa, kojarzyło mi się jednak to słowa bardzo dziwnie. Przeważnie używał go ojciec, gdy do mamy mówił, ze puściła się z jakimś innym. Nie wiedział co znaczy puścić się, zastanawiał się czy chodzi tu o to, że gdzieś mama się nie trzymała i upadła. Nie rozumiał….
Kolejnym nowym słowem jakie poznał i które pamięta to skrobanka. Wiedział że można skrobać patykiem, można robić takie fajne wydmuszki, gdy podczas świąt Wielkiej nocy mama wyskrobywała drucikiem na jajkach różne ciekawe wzorki. Nie rozumiał tylko czemu mówiła w kłótni z tatą, że mogła go wyskrobać? Próbował wyobrażać siebie jako jajko wielkanocne, które mama próbuje tak przyozdobić drucikiem w różne wzorki, kwiatuszki i szlaczki. Zastanawiał się czy to nie będzie  boleć.
Gdy po raz pierwszy poszedł do przedszkola, a miał pięć lat, nie było praktycznie dnia, aby rodzice nie kłócili się wieczorami. Praktycznie już o wszystko. O pieniądze, o jakieś kobiety, o niezapłacone rachunki no i o niego. Znów słyszał, że mama żałuje że go nie wyskrobała, a tata ze nie jestem jego synem, tylko jakiegoś innego, co ma żonę i dwójkę dzieci… Po takich kłótniach matka często zapalała papierosa i przychodziła do pokoju sprawdzając czy śpi, ale on nie spał, udawał z zamkniętymi oczami, by po chwili objąć ją ramieniem.
Mieszkała z nim babcia. Bardzo kochał babcię, ale ona ciągle płakała. Płakała po każdej kłótni taty z mamą i płakała, gdy pytał się jej co znaczy bękart. Nigdy mu nie odpowiedziała i dopiero po czasie zrozumiał dlaczego. Kiedyś jeden raz babcia powiedziała do jego mamy, że jak jej się nie podoba, to może zabrać dzieciaka i się wynosić. Mama wtedy wyszła z domu i płakała. Wracała późno w nocy i kładła się bez mycia koło niego. W sumie to babcia była fajna, dawała mu czasami cukierki, które nosiła w kieszeni. Zawsze miała schowane miętowe dropsy i jak bardzo ładnie ją poprosił, to swoja spracowaną ręką wyciągała cukierki, odwijała z papierka jednego i wkładała mu do buzi. Drugiego wkładała sobie, a resztę starannie zawijała i z powrotem chowała do kieszeni fartucha. Lubił te dropsy, choć często oblepione były takimi farfoclami, które zawsze zbierają się na dnie kieszeni fartucha. Potem babcia umarła. Jakiegoś raka dostała w głowie i ostatnie co pamięta to jak wyła leżąc w domu  w łóżku. Mimo że wiedział że jest z babcią bardzo źle, to nawet się cieszył, bo rodzice mniej się wtedy kłócili pomiędzy sobą.
W szkole do której poszedł po ukończeniu przedszkola nauka sprawiała mu trudności. Był często rozkojarzony, zdenerwowany, łatwo się irytował. Jak ktoś go przezywał lub zaczepiał, od razu rzucał się na niego z pięściami. Pani mówiła że jest agresywny, że dzieci w klasie się go boją. Ale on nie potrafił inaczej reagować niż w ten sposób. Przecież tak nauczyli go rodzice, którzy już wtedy szarpali się i bili, bo same słowa w kłótni nie wystarczyły. Zauważył też, że to, że inni się go boja sprawia mu radość. Ma poczucie triumfu nad nimi, napawa go dumą strach innych dzieci przed nim.
Pamięta że pierwszy raz dostał porządne lanie od ojca po Komunii Świętej. Goście którzy przyszli przynosili głównie pieniądze, które wręczali mu w kopertach. Wtedy rodzice byli bardzo szczęśliwy. Pieczołowicie zbierali wszystkie koperty, by móc od razu w łazience je przeliczyć. Po Komunii zapytał ich czy kupią mu komputer, jednak powiedzieli że mają inne wydatki i nie dostanie komputera. Następnego dnia wziął 100 złotych z kupki pieniędzy schowanej w szafce i wydał na słodycze przez cały dzień. Wtedy gdy ojciec go bił pasem po plecach, został nazwany złodziejem. Pamięta że od tamtego czasu, jak ojciec nie mógł czegoś znaleźć w mieszkaniu, to zawsze go pytał czy znowu czegoś nie ukradł.
Niewyskrobany bękart i złodziej.
CDN…

czwartek, 11 września 2014

Wujek - dokończenie



- A ty nie powinnaś być w szkole o tej porze? – zapytałem butnie aczkolwiek nieśmiało, gdy swym ponętnym i jakże sportowo porysowanym samochodem zatrzymałem się przy sklepie. Nasza Główna Bohaterka mizdrzyła się w stronę Alwara, gdy ten prężył swój ponętny tors schowany pod czarną bluzą, której napis wielbił Jana Pawła II.

     Uwielbiam osiedlowe sklepiki. Po prostu zajebiście je kocham. Sam robię rano zakupy z takim jednym, gdy czasami przed pracą zaiwaniam po bułki, by zeżreć je później z dżemem i popić mlekiem lub innym kakałem. Jak to jest, że już o 7 rano najczęściej schodzącym artykułem jest piwo? Najtańsze, z butelką na wymianę. Najbardziej rozpierdala mnie taki plastikowy koszyczek na sześć browarów. Co by się kurwa nie potłukły. Nie żadna reklamówka, siateczka, tylko koszyczek plastikowy z rączunią do wygodnego niesienia trunku za 1,69 za butelczynę. I te facjaty kupujących, którzy z obłędnym wzrokiem wchodząc do sklepu sprawdzają, czy przypadkiem nie zbrakło ich napoju mocy. „Niech mocz będzie z nimi!”. Tak, mocz, bo śmierci przy takim sklepie jak z TOI-TOIA na Woodstocku.
     Nielatka spojrzała w moją strona beż większego wrażenia, a Alvaro wstał z murka na którym siedział i wycedził w moją stronę słowa:
- Czego od niej chcesz?
O Ty chuju niemyty. Ciebie nie pytałem, nie wnikam co tu robisz, choć powinieneś pamiętać jak u Ciebie wywiad robiłem, bo przyszło zawiadomienie ze napierdalasz swoją konkubinę z dwójką dzieci.
- Nie pamiętasz mnie? – To ja też na Ty mu wale, doczekując momentu aż sprowadzę go słownie do parteru. Osiedlowy chojaczek z miodem w uszach i włosach wystających z nosa. Dlaczego oni nie patrzą w lustra i nie pozbędą się tej oznaki męskości to nie wiem. Bardziej rozwalają mnie jeszcze wąsy, które rosnąc krzywo próbują przedostać się do dziurek w nosie. Cholera, zakichałbym się na śmierć chyba gdybym cos takiego wyhodował u siebie.
- Dobra, ja idę – wycedził Alvaro w stronę nielatki, której mina wyrażała tak totalne wyjebanie na cały system, że zacząłem wątpić w sens swojej pracy. Zastanawiać nawet się zacząłem, po co ja się tak przejmuję. I tak jej nie zbawię, co najwyżej nowa rysa na moim samochodzie przyjedzie, gdy jeden z drugim debile postanowią pokazać mi co sądzą o mnie i mojej jakże potrzebnej narodowi polskiemu pracy. Gdy tak sobie myślałem nad egzystencjalnymi problemami dnia codziennego i zastanawiałem się po jaka cholerę w moim samochodzie pali się następna kontrolka koloru pomarańczowego na desce rozdzielczej, ze sklepu wyszła kobiecina, na oko 70-letnia chowającą setkę wódki i mocnego Okocimia do siateczki razem z bułkami zresztą.

      Alvaro chodem gibona oddalał się od sklepu zarzuciwszy uprzednio kaptur na głowę i rozłożywszy ręce jakby dwa arbuzy z biedronki niósł, udał się w stronę najbliższego bloku mieszkalnego, bo co w końcu miał innego do roboty.
- Czemu nie w szkole, Zuzanno? – powtórzyłem swe jakże naiwne pytanie w stronę piętnastolatki, która wymalowana na gębie jak tania dziwka z autostrady dodawała sobie lat.
- Już skończyłam lekcje – odpowiedziała naburmuszona i wzrok skierowała w nieokreśloną dal, wspominając zapewne wiersz, jakiego uczyła się na pamięć na ostatniej lekcji języka polskiego.
- Sprawdzę – odpowiedziałem jakże uprzejmie i pojechałem dalej, bo cóż innego miałem do roboty. Nie stanę przecież i nie zacznę prawić morałów, że „ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz”. W ogóle śmieszy mnie to, że morałami tego typu można osiągnąć sukces. No, chyba ze mówimy do dzieciaka, który jeszcze nie jest zdemoralizowany i przeżarty gównianym myśleniem do szpiku kości no i jeszcze się boi Sądu, kuratora i nie maże po ścianach „HWDP”. Zdemoralizowany nielat ma wyłożone na cały system. W sumie to za mało powiedziane, on ma WYJEBANE. Tak, nieraz słyszałem słowa skierowane do mnie które brzmiały „i co mi zrobicie?”, albo jeszcze lepiej „w dupie mam sąd i jebaną Policję”. Niektórych stwierdzeń nie da się w sumie cytować, nie dlatego że wulgarne, ale najnormalniej w świecie wstyd. Tak, moi czytelnicy, nawet taki pojebany gówniarz zmiesza cię czasami z błotem i wskaże gdzie ma instytucje sądową i nadzór kuratora. Na szczęście zdarza mi się to rzadko, bo niejeden z nich miał możliwość przekonania się, że w słówkach nie przebieram i jak się uprę, to osiągnę cel.

      Ale wróćmy do naszej podsklepowej małolaty. Oczywistym było, że do szkoły nie chodziła. Oczywistym było także, że już dawno złożyłem na nią wniosek by umieścić ją Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Jednakże nasze kochane przepisy nie ułatwiają nam zadania. Żeby małolata skierować do MOW-u trzeba mu zrobić badanie w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym, na które często czeka się nawet po kilka miesięcy. A w tym czasie ty udajesz ze pracujesz, udajesz że motywujesz, udajesz że się starasz by debil chciał zmienić swoje postępowania, a w głębi duszy odliczasz do momentu, gdy RODK napisze w swej opinii, ze gówniarz czy też inna gówniara nadaje się do umieszczenia w tym przybytku odosobnienia.

     Któregoś dnia poszedłem do miejsca zamieszkania gówniary-Zuzanny by przeprowadzić z nią jakże poważną rozmowę odnośnie Alvara i stosunków łączących ją z tym typem. Nie powiem, cały dzień tak mocno dawał mi się we znaki, że miałem zamiar odbębnić spotkanie, wygłosić standardowe formułkowi o szkole, powrotach systematycznych do domu i do nie zadawania się z menelami spod budki z piwem. Po wejściu do domu zostałem zaproszony do dużego pokoju gdzie usiadłwszy w fotelu zacząłem rozmowę z mamusią i jej córką, która ze spuszczoną głową chlipała cichutko.
- Bo wie pan – rzekła mamusia w moją stronę – ja jej chce dać szansę.
„ what the fuck?” – pomyślałem cichutko nie wierząc w to co słyszę.
- Ona mi obiecała poprawę – dokończyła swoją myśl rodzicielka.
O rzesz jego mać przenajświętsza Anielka. Matczyne uczucia do córki się odezwały. To ja się spuszczam, załatwiam jak najszybsze badanie w RODK, dzwonie, proszę, rozmawiam z sędzią, sporządzam notatki, bo przez ostatnie 3 miesiące matka na niej ostatnie psy wieszała, że łazi i się kurwi i ona już rady nie daje, a ta mi, że jej szanse daje. Naiwna i głupia, ale ma prawo. Matka to w końcu, rodzicielka co to stworzenie w swym łonie nosiła i w bólach porodowych wydalała na świat.
- Dobrze – odpowiedziałem.
Nielata podniosła głowę.
- To teraz będziesz systematycznie do szkoły chodziła, słuchała się mamy, odrabiała lekcje, nie zadawała się z lujami a w szczególności z Alvarem. Będziesz grzeczna, posłuszna i pomagała w pracach domowych. Nie będziesz malowała się jak tania dziwka z autostrady, skończysz z papierosami, alkoholem i z uśmiechem będziesz mówiła mi dzień dobry, jak do ciebie przyjadę. – wyrecytowałem formułkę i zadowolony podsunąłem jej czystą kartkę pod nos.
- Po co mi to? – zapytała
-Teraz mi to wszystko napiszesz, że bardzo zależy Ci na zmianie na dobrą i grzeczną dziewczynkę – z uśmiechem na twarzy podałem jej także długopis.
Pochyliło się dziewczę nad biała kartka i w swe drobne, wytipsowane paluszki wzięło długopis i….
- Ale co mam napisać?
- No pisz. Imię, nazwisko, data….. – dyktuję.
- Ale swoje?
Nie do cholery. Moje, mojego psa i sąsiada, który codziennie najebany kłania mi się w pas. W końcu postanawiam jej dyktować bo sama, jak widzę i czuję, nic konkretnego nie wymóżdży. Na koniec dałem do mamusi do podpisania i poinformowałem, że karteczka będzie w akta wpięta a Pani Sędzia szczególnie nad nią się pochyli i być może też zapłacze nad losem smutnej, biednej i poszkodowanej Zuzanny, co to nagle zapałała chęcią naprawienia się i wyprostowania.
Oczywistym jest, że nie wierzyłem. Za stary jestem na to i wiem, że jak raz nielat złamie tabu i pójdzie w długą, to zew natury będzie go ciągnął w patolę. Więc nie byłem zaskoczony, gdy po kilku dniach dzwoni do mnie mamusia i z płaczem mówi:
- Uciekła, nie ma jej od wczoraj, ukradła mi pieniądze na rachunki, 500 złotych – chlipie w słuchawkę – niech ona pójdzie do tego ośrodka.
I tak oto zakończyła się matczyna litość nad córeczką, która po niedługim czasie znów spróbować chciała meliny z całym dobrodziejstwem, jaką ta oferowała.

Zuzia wróciła dnia następnego, znów doprowadzona przez Policję. Tym razem matka zabrała ją do ginekologa, jak to powiedziała „by mieć pewność, że w ciąże nie zajdzie”. Nie wiem co zrobiła, nie wnikałem. W każdym razie niedługo odbyło się badanie w Ośrodku i małolata dostała do niego skierowanie. Przebywała tam 1,5 roku. Obecnie pracuje jako kasjerka w jednym z popularnych marketów i najlepsze jest to że zawsze, ale to zawsze mówi „dzień dobry” i pyta się co słychać. Jej uśmiech wtedy wydaje się być naprawdę szczery.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Nawiążę współpracę

No cóż, jako że pisanie bloga przynosi mi tak wymierne korzyści finansowe, ze pływam w luksusach i ze snobizmu zajadam chleb z pasztetem, a wydana książka przyniosła mi milionowe zyski (przed denominacją) w związku z powyższym przyjmę ciekawą ofertę zdalnej pracy polegającej na pisaniu reportaży, fotoreportaży, o tematyce społecznej i związanej z ogólnie pojętymi problemami społeczeństwa polskiego, komentarze, a także inne, równie ciekawe propozycje. Nawiąże także chętnie współpracę z osobami lub instytucjami, które chciałyby publikować moje teksty tylko na wyłączność. Wszelkie informacje na priv. Zapraszam do współpracy.

kuratorsadowyfacebook@wp.pl

Wujek cd.

Na wstępie dzisiejszego mojego jakże smutnego i pełnego emocji listu, chciałbym podziękowac firmie pejsbuk za takie pochrzanienie mojego profilu, ze nie wiem juz co i jak i nie mam ochoty wogóle sie bawić tym dziwnym tworem. Zastanawiam się poważnie czy nie przeniesc się do Naszej klasy, naszej szkapy czy sympatię pe-el, przynajmniej bedzie bardziej przejrzyście i wesoło, a na sympatii pewnie kilku swoich nadzorowanych znajdę, co to maja lat 20 i parę i żadnego dziecka na wychowaniu, bo zabrałem :)

Ale nie, nie zrobię im tego i nie będę wchodził na te strony, gdzie cała masa tłuszczu i gawiedzi szuka "partnera do stałego związku", dokonując jakże dokładnej internetowej oceny facjaty lub tez samochodu w tle, gdzie jeden z drugim alwaro się opierają, zerkając lewym okiem czy aby właściciel się nie zbliża i nie trzeba spierdalać. Dobrze jak jest kolega, jak nie ma to trzeba komóreczką słit focie pierdolnąć, z zajebiście poważnym grymasem twarzy, świadczącym bardziej o ataku hemoroidów niż bycie poważnym przestępcą, siejącym postrach na dzielni wśród przedszkolaków i okolicznych meneli, którzy prędzej obawiają się wizji podzielenia kilkoma łykami piwa, niż dostaniem wpierdol ot takiego wygibasa.

Często jest tak, że osiedlowy alwaro spotyka osiedlową dziunię i sobie tylko znanym sposobem, przebijając się przez tony tanich kosmetyków, tudzież tipsów i łańcuchów pamiętających jeszcze pobliski pegeer płodzą dziecko, albo i dwoje dzieci i siadają na przysłowiowej dupie, bo przecież jesteśmy dorośli. Siedzenie na dupie nie przypomina powaznego związku i kochanej rodziny, która podczas swiąt śpiewa kolędę i dzieli sie opłatkiem. Nasz powazny alwaro to chłopak, którego kwas i amfa tak powykrzywiała, że nawet prosto nie potrafi już chodzic, tylko giba sie na wszystkie boki, za kazdym razem zapewne zastanawiając sie, czy azymut który obrał doprowadzi go do okreslonego celu. Alwaro poznał swoja dziunię na baletach, gdzie jako powazny przedsatwiciek swiatka przestępczego stał na bramce i kasował 10 złotych za wjazd, albo piataka do kieszeni, jak biletu sie nie wydało. Wiadomo, nocka cięzka, kawy nie ma albo juz nie działa, a pełna piersią obowiązek stacza wrotowego trzeba odpekać. I tak odpekująć, alwaro zakochał sie w dziuni, która co prawda na tym samym osiedlu mieszkała, lecz jej towarzystwo okupowało inne balety i wczesniej jakos alwaro spotkać nie miała mozliwości.

Wiem, wiem. Czekacie co z małolata co do wujka chodzi. czekajcie, o tym póxniej, bo alwaro jest tutaj bardzo wazna postacią.

Owocem miłości Alwara (awansujmy go na duża literkę, w końcu ojcem został i to dwa razy) było właśnie tych dwoje zrodzonych wśród plastikowego łomotu muzyki klubowej dzieci. Alwaro znany był z tego, że małoletnie dziunie popychał w ubikacji i nie chodziło tu o odepchnie zapchanego odpływu jakąś zużytą podpaską, tylko o bardziej poważne czynności, związane z zaspokajaniem pewnych popędów seksualnych, o których panie katechetki z nieśmiałością mówią na lekcjach do wychowania w rodzinie. Gminna wieść niesie, że dwoje jego uroczych dzieciaczków w ten sposób właśnie poczęło swój żywot, a i urodziły się całkiem zdrowe, pomimo że wiadomym jest, w takich kibelkach pełno różnych bakterii kałowych i innego swiństwa, porozlewanego i lepiącego sie do butów, tudzież innym nieśmiałym dziewczynom do wosów. Ale nie o tym.

Alwaro i jego Dziunia (też ją nagrodźmy dużą literą bo dwoje dzieci poczęła ku radości jej i jego rodziców) zamieszkali jak stara tradycja nakazuje u mamusi Dziuni, bo Alwaro ze swoja ukochaną i dwoma bobasami raczej nie zmieścił by się w dotychczasowym mieszkaniu które zajmował razem z mamusią, ojcem alkoholikiem i siostrą, co to samotnie wychowuje swoje, kilkuletnie już ukochane dzieciątko, będące zresztą lekko ciemnego koloru, jak to mówi owoc miłości z jakimś przedstawicielem "Turbanistanu", który jednakże pozostawił ją po trzech miesiącach wspólnego życia w Anglii, bo każdy rodowity anglik to chuj (mówił jej ze ma obywatelstwo tylko paszport zgubił).

Tak wiec w pokoju wielkości około 10 metrów kwadratowych zamieszkała Dziunia, dwoje dzieci i Alwaro, którego szczytem marzeń cały czas była praca ochroniarza na baletach, za 200 złotych nocka i możliwość przelecenia jakieś panienki tudzież włożenia czegoś do noska i siorbnięcia, aż "chodź, pomaluj mój świat, na żółto... żółto... żółto.....". Rozumiecie, zwiechy mu mózg robił i powtarzał te same myśli w kółko. Dziunia oczywiście była wkurwiona, bo rodzinnego zasiłku z Opieki (ahh, Pomocy Społecznej, co by nie urazić entuzjastów tej formy wsparcia) to za wiele nie było, a ona sama w wieku 25 lat nie była ogólnie szczęśliwa, że na tipsy nie ma i baletów już nie idzie zaliczyć bo matka bachorów pilnować nie chce. Alwaro rzucił pięć stów co miesiąc i przywdziewając dresik w trzy magiczne białe paski, stawał pod sklepem podziwiając golfy dwójki, tudzież trójki lub wypasione dwudziestoletnie beeMWice.

I tu właśnie, trzydziestoletni Alwaro, spotkał naszą nielatkę ;)

poniedziałek, 28 lipca 2014

Wujek



Wujek
Bezgraniczna przestrzeń schizoidalnej papirologii ogranicza mój pracowniczy obszar zyciowy powodując nieprzyjemne uczucie pieczenia na sam widok długopisu tudzież klawiatury komputerowej. Papierologia, pisanie, notatki, długopis, pióro, pieczątka, podpis. Najważniejsza rzecz w całym skostniałym systemie. Jak nie tworzysz notatek, pism, dokumentów – to nie żyjesz, nie pracujesz, nie jesteś potrzebny. Twe ręce stworzono ku pisaniu, twe palce służą do zakreślania sinusoidalnych znaków na kawałku papieru, twe opuszki mają klepać klawiaturę bez opamiętania. Papiery, papiery, papiery…
Zaczęło się od wywiadu środowiskowego w miejscu zamieszkania pewnej nieletniej, która postanowiła uciec z domu rodzinnego, bo było jej tam bardzo źle. Całe zło spowodowane było tym, ze wychowywana była przez matkę. Samotną matkę, która rozstała się z mężem alkoholikiem, by ustrzec swoja latorośl przed trwaniem w chorym, niszczącym związku. Wybrała dobro córki, jego spokój, swój spokój, Poświęciła się dla dziecka, bo wiedziała że dalej nie może trwać w tak chorym, niszczącym ją i córkę związku. Chciała być szczęśliwa, choć tylko we dwie…

„Od niedawna co prawda chodził ubrany lepiej
Niż jego rówieśnicy ze szkoły średniej
Ale ja go nie pytałem, ja czasu nie miałem
By dać jeść im wszystkim na dwie zmiany tyrałem”*


Matka na ucieczkę z domu zareagowała prawidłowo. Zawiadomiła Policję i pełna obaw próbowała skontaktować się z córką, która cały czas miała włączony telefon. I to właśnie spowodowało, że została znaleziona szybciutko przez Panów w Niebieskich Mundurach. Uruchomiony telefon, logowanie do stacji przekaźnikowej, namierzenie i wyciągnięcie jej później w konsekwencji z meliny, w której spędzała wesoło czas. Potem przyszła skrucha, przepraszanie, obiecanie poprawy. Na sprawie sądowej mamusia z córeczka płakały, tuliły się, rzucały w ramiona, były ochy i achy, ogólnie cool i zajebiście. Agatka dostała kuratora i szczęśliwa że na tym się skończyło, radośnie z mamusią oddaliła się od tego zionącego przejmująca grozą budynku, jakim jest Sąd Rejonowy.
Czyli kurwa mnie. Rzuciłem okiem na akta. Zapoznałem się znaczy. Całe cztery godziny poświęciłem na dogłębną analizę notatek Policyjnych tudzież zarządzeń sędziego, który niewyraźnym pismem wydawał polecenia co wpisać i do jakiego repertorium. Potem zapoznałem się zwrotkami, czy prawidłowo zostały zaadresowane, czy listy zostały odebrane i czy wyraźnie data została na nich odbita. Oczywistym jest, że musiał przyjść czas na okładkę – jaka gramatura kartonu z jakiego jest zrobiona, czy jest prawidłowo wypełniona, czy czarny flamaster z odpowiednią siłą dociskał twardej kartki. Po przejrzeniu całych 15 różnych karteluszek wraz z pouczeniami, przyszedł czas na sporządzanie sprawozdania z objęcia, czyli diagnoza.
Zanim to nastąpiło, skontaktowałem się ze szkołą, do której moja piękna dziewoja uczęszczała na zajęcia dotychczas, by poznać jej stosunek do nauki i obowiązków szkolnych.

„Ech ci ludzie, to brudne świnie, co napletli o mojej dziewczynie
Jakieś bzdury o jej nałogach, no to porostu litość, trwoga
Tak to bywa gdy ktoś zazdrości, kiedy brak mu własnej miłości
Plotki płodzi, mnie nie zaszkodzi żadne obce zło na mój sposób widzieć ją”**

Opinię szkoła miała jasno wyrobiona o dziewuszce, a pani pedagog na pytanie o jej stosunek do nauki pokiwała tylko głowa i spojrzała na mnie z politowaniem. Leń, leser, pyskata, nieuk, uganiająca się za chłopakami, bez wpływu wychowawczego. Niczym mnie nie zdziwiła, połowa moich nadzorowanych ma taka opinię. Na koniec poinformowała mnie pedagożka z długim stażem staro-panieństwa, że nic dobrego z tej dziewczyny nie będzie i pewnie nie skończy gimnazjum, bo już raz pierwsza klasę powtarzała. Tylko matki żal, bo to taka dobra kobieta – skwitowała ze smutnym uśmiechem, życząc mi powodzenia. Życzyłem jej tego samego a w szczególności spełnienia w pracy zawodowej bo to po Nowym Roku było i jakoś tak wypadało. Nic innego życzyć za bardzo nie było już co, bo przecież nie uciech z dzieci, które jakby były to i tak pewnie już dorosłe.
Następny to dzielnicowy lub ktoś tam z patologii do spraw nieletnich. Odwiedziny na komendzie zawsze należą do najprzyjemniejszych. Na dyżurce grzecznie się przedstawiam i pytam dyżurnego czy jest któraś z osób mi potyrzebnych.
- Dzień dobry, witam. Szukam kogoś do spraw nieletnich? – zagajam przez pancerna szybę do wiszącego mikrofonu.
Acha, muszę poczekać aż włączy. Słychać trzaski.
- Słucham!
- Dzień dobry, jestem kuratorem i szukam do spraw nieletnich kogoś – wygięty w pół mówię do czarnego punkcika na szybie, zerkając jednocześnie na dyżurnego.
- Kogo!!?
- Do spraw nieletnich!!
- Zaraz sprawdzę!!
Szuka w zeszycie numeru. Gdzieś dzwoni. Trzymając słuchawkę w ręce cos mówi przez szybę.
- Nie słyszę!! – krzyczę i kiwam głową.
Cos tam nacisnął na biurku.
- Kim pan jest?! – powiedział w moją stronę, nachylając się do stojącego mikrofonu i patrząc na mnie lekko przekrzywiona głową.
- Kurator!
- Nie ma do spraw nieletnich – odpowiedział w ten sam sposób co zadał poprzednie pytanie.
- A dzielnicowy? – zapytałem w czarny punkcik.
- Zaraz sprawdzę i rozłączył mikrofon. Wertuje po książce, potem jakieś grafiki, kartki…
Pstryknął w przycisk na biurku, nachylił się do mikrofonu i powiada:
- Nie ma, na urlopie.

„Piąty grosik dla policji, toć żyjemy bezpieczniej
Wypił litra i stoi – taki to mój podopieczny”***

- Dziękuję – powiedziałem w mały czarny punkcik na szybie, który połączony kabelkiem wędrował po biurku dyżurnego i odwróciłem się.
W drzwiach stał dzielnicowy, właśnie kończył pracę.

Z zeszytem pod pachą, który powinien służyć wybijaniu głupoty z mojej głowy, zaiwaniam pod wskazany na powierzeniu adres zamieszkania nielatki, by razem z nią i jej mamusią przedyskutować o problemach dnia codziennego a w szczególności, by dokonać tak zwanego sprawozdania z objęcia.
Sprawozdanie z objęcia to wywiad. Ale taki poszerzony, gdzie starasz się dociekać, używając swojej przeogromnej wiedzy pedagogiczno-psychologicznej co jest przyczyna takiego stanu rzeczy. Tworzysz diagnozę środowiskową dzieciaka gdzie określasz co i jak gdzie kiedy po co i dlaczego. Ogólnie twoja diagnoza służy głównie tobie i osobie cię kontrolującej – ale musi być, bo niby takie to ważne. Najważniejsze są daty. Daty to rzecz święta, oczywiście nie dla sędziego, bo go niewiele interesuje czy objąłeś w terminie i czy zwrotka prawidłowo wpięta, ale daty najważniejsze są dla osoby kontrolującej. Zamiast zrobić cos w siedem dni, zrobisz w osiem – zostanie ci to zauważone i zapamiętane. Za mało wodolejstwa zrobisz w sprawozdaniu z objęcia – też Ci to zapamiętają. Tak w ogóle to trzeba ściemniać umieć. Rozwlekać, dodawać bajki, tworzyć historię, używać dużej ilości przymiotników i słów klucze: podejrzewam, myślę że, mniemam, prawdopodobnie, itp. Im więcej tym lepiej. Wodolejstwo, przypuszczenia i plan pracy, czyli co zamierzam zrobić z dana nielatką. Wśród innych danych znajdujących się takim profesjonalnym sprawozdaniu to tryb życia rodziny, z kim nielata została poczęta, czy są jakieś choroby, warunki mieszkaniowe i inne, mało istotne elementy, do których już nigdy więcej nie wrócisz.
Diagnoza brzmi prosto. Brak wzorca ojca, nadopiekuńczość matki, wcześniejsze przeżycia, gdy młoda była świadkiem awantur i rękoczynów. Małolata szuka, szuka szczęścia, zainteresowania u płci przeciwnej, testuje matkę. Lubi starszych facetów – substytuci ojca. Szuka miłości i uwielbienia.
Pierwsze trzy-cztery miesiące upłynęły bez żadnych niespodzianek. Nielata chodziła do szkoły, większych problemów nie było, aczkolwiek w jej postawie dało się wyczuć pewna cisze przed burzą. W domu niby wszystko w porządku, nie łazi po nocach, matka się nie skarży za bardzo. Poznała chłopaka, starszy o 5 lat, który miał na nią zbawienny wpływ. Motywował do nauki, odrabiał z nią lekcje, zapraszał do kina. Matka była wniebowzięta. Zaczęła przebąkiwac nawet, że może nadzór już niedługo zostanie uchylony, ze taka zmiana i takie tam.
Z każdego miesiąca musze składać sprawozdanie. Na piśmie, wpinać w akta z czynnościami jakie podjąłem w danej rodzinie. Wszystko musi być uporządkowane, w terminie, nie daj Panie Boże się spóźnić. Opisane, piękną polszczyzną. Czasami więcej czasu poświęcam na opisywanie i ubarwianie, niż trwa moja wizyta w domu. Co zrobić, papier najważniejszy.
Siedzę na dyżurze w Sądzie i poddaje się intelektualnej analizie kart sprawozdawczych, jakie donieśli mi kuratorzy społeczni. Czytam, przeglądam, wpinam w akta te wypociny o ludzkich losach, gdy w drzwiach gabinetu pojawia się ON.
ON, czyli chłopak mojej nieszczęsnej nielatki.
- Można? – zapytuje mnie.
-Proszę – odpowiadam, nie spodziewając się jeszcze kim jest i w jakim celu przyszedł do mnie.
- Ja od Karoliny, ona jest moja dziewczyną, znaczy była dziewczyną… - zaczyna swa opowieśc a mnie zdziwienie wzięło, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby chłopak przyszedł do mnie rozmawiać o nadzorowanej. Robi się bardzo ciekawie.
- Słucham, co się stało?

„Spalam się
Dla ciebie spalam się
Spalam się
Dla ciebie spalam się”****

- Bo wie Pan, Karolina mnie rzuciła……. – mówi w moja stronę.
- No wiesz, młoda  jest, nie każda miłość w tym wieku ma szanse przetrwać – zaczynam swa moralizatorską treść, starając się w kilku słowach wytłumaczyć chłopakowi co i jak i żeby poszukał sobie innej, równie ciekawej dziewczyny.
- Napisała mi sms’a „spierdalaj huju, mam wyjebane na ciebie, nie pisz i nie dzwoń, już cie nie kocham” – zacytował trzymając telefon w dłoni.
- Wulgarnie, ale wiesz, to wasza sprawa i jeśli cię nie chce… - próbuje dalej tłumaczyć chłopakowi.
- Bo ona poszła do niego!
- Do kogo?
- Do tego faceta, u którego kilka razy była – smutnym głosem tłumaczy mi.
- jakiego? – Tu z kolei mnie zdziwienie wzięło, bo o spotykaniu się z innym facetem nie wiedziałem.
- No tego, co ma żonę i dziecko. Ona łazi do niego, jak jego żona jest w pracy, mówi ze to jej wujek a ja wiem ze to nieprawda…
Nosz kurwa jego jebana mac. Jeszcze mi tu żonaty facet obrabiający moją nadzorowaną, niepełnoletnią potrzebny. Podziękowałem chłopakowi za informacje, szybciutko sporządziłem notatkę z rozmowy i zadzwoniłem do matki dziewczyny.
- Dzień dobry, bla, bla, bla… do jakiego wujka Karolina chodzi? – zapytałem grzecznie i spokojnie.
- Jakiego wujka? – odpowiedziała mi grzecznie i spokojnie matka, choć zdziwienie dało usłyszeć się w głosie.
- No, był tu jej chłopak i powiedział że go rzuciła i chodzi do jakiegoś żonatego wujka – wytłumaczyłem pobieżnie treść rozmowy.
- Ja nic nie wiem…
Małolata rządzi. Znów się zaczyna. Kilka miesięcy spokoju.

* Kazik – Tata dilera
** Kazik – Baranek
*** Kazik – 12 groszy
**** Kazik na Żywo – Spalam się