niedziela, 5 sierpnia 2012

Jaruś i jego DNA


- Bo widzi pan – pedagog ze Szkoły Podstawowej kontynuuje rozmowę – my już całkowicie z nim nie dajemy rady. Ostatnio wyzwał siostrę na religii że jest śmierdzącym pingwinem, na zajęciach WF nauczycielowi powiedział że on nie jest debil i nie będzie ćwiczył. W zeszytach w ogóle nie pisze, w szatni razem z innymi kolegami próbował koleżance ściągnąć spodnie. W ogóle, inny nauczyciele skarżą się, że chodzi po klasie, rzuca papierkami, śmieje się na głos, rozprasza inne dzieci, jest wulgarny, wyzywa i w ogóle nie respektuje poleceń nauczycieli.
Zanotowałem. W sumie niewiele więcej mogę zrobić na ten czas, oprócz kolejnej rozmowy dyscyplinującej z chłopaczkiem. Jarek ma lat 10 i chodzi do piątej klasy szkoły podstawowej. Nadzór kuratora dostał za całokształt no i po tym, jak nie wrócił do domu wieczorem, bo akurat był z kolegą do późna w nocy. A teraz drodzy czytelnicy, pamiętacie post o „Zaburzańcu” z połowy lipca? To właśnie z tym kolegą nie wrócił nasz Jaruś do domu na noc.
Nie tylko zaburzone dzieciaki ciągną do siebie jak mucha do gówna. Wśród pospolitej maści wszelkich meneli też jest to nagminne. Menelinda zamieszkała z nowym facetem, który wcześniej mieszkał u innej menelindy, lub który mieszkał ze swoją matką, którą okradał z emeryturki lub rencinki. Takie pasożyty społeczne, żerujące na zdrowych tkankach społeczeństwa. Pierdolą się w międzyczasie po kątach, a te co jeszcze nie mają przeżartej macicy alkoholem są inkubatorami dla następnego potomstwa.
Nasz Jaruś został zrobiony w alkoholowym widzie. Lecz mu się pozornie poszczęściło. Matka co prawda menelówa, a dzieciaka zrobiła jej męska menda co teraz od dobrych 8-9 lat w kryminale siedzi. Na szczęście babcia tej mendy nie jest patolka i przygarnęła wnuka na wychowanie w rodzinę zastępczą. Menelówa na sprawie o rodzinę zastępczą popłakała się, pożałowała i przysięgała, że podejmie leczenie i odzyska swojego malutkiego, ukochanego synka, bo przecież ona matka Polka, i w ogóle…
W ogóle temat rodzin zastępczych i przypadków, jakie u nich się wychowują to osobne opowiadania. Jako że z racji wykonywanego zawodu znam wiele takich rodzin i przez wiele lat nazbierało się dużo interesujących przypadków dzieciaków, jakie tam trafiają. Poniszczone, z ADHD, FAS, RAD, zaburzeniami emocjonalnymi, wyczekujące na swych prawdziwych biologicznych rodziców. Lecz są tez rodziny zastępcze obdarzające dzieci bezgraniczna miłością i dostające tego samego od wychowywanych zastępczo dzieciaków. Nie zawsze są problemy, ale są tez radości i bardzo dużo pozytywnych rzeczy. W każdym bądź razie z rodzin zastępczych więcej dzieci kończy studia czy szkoły średnie, niż w bidulach. Kiedyś pokuszę się o opisze sytuacje tych rodzin z punktu widzenia kurateli i zmian prawnych.
Czy można dziedziczyć geny patologii? Ha, drogi czytelniku, jeśli studiowałeś pedagogikę, resocjalizację i inne studia związane z wychowaniem maluczkich, nasłuchałeś się pewnie od przemądrzałych wychowawców, że w książkach jest napisane „tabula rasa”, czyli „niezapisana tablica”. Och, jakie to mądre, wspaniałe. Dzieciątko rodzi się z „czystą główką” a dopiero nabyte doświadczenia życiowe kształtują jego psychikę. Tez tak myślałem, tak wierzyłem że jest w tym dużo prawdy, kiedy rodzi się istotka i dopiero chłonie otaczającą rzeczywistość ucząc się wszystkiego, bez zaprogramowanych w hipokampie stylów zachowań.
Gówno, gówno, gówno. Kochany nasz Jaruś, trafił do rodziny zastępczej w osobie babci Marysi, samotnej już pani, bo mąż na zawał umarł, zaharowując się na śmierć u prywaciarza, kiedy to miał niespełna roczek. Menelówa, czyli jego mamusia, z żalu za konkubentem który poszedł siedzieć, zaczęła chlać i pić z różnymi żulami okolicznymi, przez co Jaruś nie zawsze miał co przełknąć do swojego małego brzuszka, bo mamusi czasami się zapomniało cycka przystawić, czy butelkę dać. Płakał wtedy Jarek w niebogłosy, a babcia Maria biegła wtedy do niej i dokarmiała wnuka. Zdarzało się też, że zabierała go czasami na weekend, by dzieciaka podtuczyć i podleczyć, kiedy to matka pełna szczęścia latała po baletach lub kurwiła się z przygodnymi facetami. Można ją określić jako pół-patolkę, jeszcze nie zniszczona doszczętnie, lecz widać uzależnienie od alkoholu, podobnie jak ojciec dziecka, za kołnierz nie wylewający i parający się tzw. „brudna robotą” – czyli kradzieże, pobicia, jakieś wymuszenia, za które dostał dość pokaźny wyrok, którego koniec kary planowany jest na przyszły rok.
Babcia Marysia przyszła kiedyś do Sądu i paniom w sekretariacie zaczęła opowiadać swoją historię. Te odesłały ją do kuratorów i w konsekwencji złożyła wniosek o ustanowienie jej rodziną zastępczą dla małego. Tak to Jaruś wylądował u niej pod opieką, co się później okazało ku wielkiej radości matki, która szybko przestała starać się o przejęcie opieki nad dzieckiem.
Babcia Marysia jest prawie abstynentką. Żadnego alkoholu w domu, towarzystwo i spotkania bezalkoholowe, ale nie jakiś tam fanatyzm – na sylwestra czy imieninach lampka wina czy szampana nie zaszkodzi. Dlaczego o tym pisze? Jasiu w wieku lat 5-6 przejawiał niezdrowe zainteresowanie wszelkiej maści pijanymi ludźmi. Co z tego, że od kilku lat mieszkał u niej, jak na widok leżącego czy zataczającego się pijaka robił wielkie oczy i zauroczony z rozdziawioną buźką przyglądał się mu. Po rozdziawieniu przychodził moment na uśmiech i śmiech, ale babcię po jakimś czasie zaczęła niepokoić jego właśnie niezdrowa fascynacja tym zjawiskiem, tym bardziej, że po powrocie z przedszkola zaczął bawić się w pijanego, a w domu zbierał buteleczki i udawał że pije z nich wino. No cóż, pomyślała pewnie początkowo babcia, minie mu, bo mały jest i naśladuje.
Jaruś poszedł do szkoły. I zaczęły się spotkania z kolegami. W drugiej klasie szkoły podstawowej poznał smak alkoholu, kiedy to z jakimiś kolegami, wypili pół butelki jakiegoś wina deserowego, ukradzionego gdzieś rodzicom z barku. Wrócił do domu śmierdzący winem i bólem głowy. Babcia Marysia oczywiście wyczuła, zrobiła awanturę a na drugi dzień poszła do szkoły, gdzie z wszystkimi uczestnikami „libacji” i ich rodzicami przeprowadzono rozmowę i porządnie nastraszono. Wszystko byłoby OK, gdyby nasz Jaruś jakieś dwa miesiące później znowu nie przyszedł z chuchem jak z gorzelni, by powiedzieć babuni swej kochanej że wypił alkohol. Lecz tym razem powiedział, że znalazł butelkę w winem i pił sam. Zuch chłopak, do harcerstwa powinien się zapisać zdobywając pewnie bez przeszkód odznakę „sprawnego kłamczucha” i „smakosza win”. Babka znowu do szkoły poleciała, awantury narobiła, że pewnie ktoś go namówił i prosiła żeby jeszcze jedna rozmowę z nim zrobić. Sytuacja na chwile się uspokoiła. Pod koniec trzeciej klasy, kiedy to Jaruś mężniał nam na oczach i wydawało się że starał się coraz mądrzejszy, nie wrócił z podwórka wieczorem do domu. Poleciała babka na podwórko go szukać i znalazła – śpiącego w krzakach. Biedak znowu trochę wypił i przetrzeźwiał już. Niestety w ukryciu wstydu i w obawie przed konsekwencjami, babcia Marysia w pełni strachu zabrała go do domu i całą noc nie śpiąc czuwała nad nim, czy aby trzeźwieje jej malutki wnuczek, czy nie dzieje się coś złego z nim.
Oczywiście, babcia Marysia mówiła o wszystkim matce i ojcu, kiedy na widzenia jeździła z wnukiem do Zakładu Karnego, ale co z tego, jak na rozmowę o skutkach picia alkoholu przez Jarusia, mamusia przyszła najebana w trzy dupy i bełkocząc obściskiwała syna obiecując że już jutro idzie da Sądu i zabierze go do siebie, bo poznała nowego pana i ma duże fajne mieszkanie. Biedny Jaruś wierzył w to i w ogóle przestał słuchać się babci przez jakiś czas, bo przecież „mamusia go zabierze”.
Przez kolejny rok z alkoholem był spokój. Co prawda zaczęły się problemy w szkole, bo opuścił się w nauce i miał wyjebane na odrabianie lekcji, ale nadludzkim wysiłkiem babci udało mu się zdać do następnej klasy, która już do szkoły własna ścieżkę wydeptała. Kradzieże, bójki, przeszkadzanie nauczycielom, brak zadań domowych – to sytuacje na porządku dziennym. Przełom nastąpił, gdy Jaruś z naszym „Zaburzańcem” się spiknął i nie wrócił na noc do domu. Po północy wtedy dowiozła go Policja, a sprawa trafiła do Sądu, w konsekwencji stosując przez sąd środek wychowawczy w postaci nadzoru kuratora Sądowego.
Babcia Marysia jest coraz starsza i coraz bardziej zmęczona. Odlicza czas, kiedy ojciec jego wyjdzie z zakładu Karnego i może się nim zajmie, bo na matkę to już nie ma co liczyć. Jeśli ojciec nie weźmie go na wychowanie, nie wie co będzie dalej, bo czuje że nie da rady. Jaruś ostatnio zaczął podbierać jej pieniądze, okłamuje, wyrywa kartki z zeszytów, zadaje się ze starszymi, nie mającymi zbyt dobrej opinii chłopakami. Chodzi do matki, u której siedzi, gdy ta pije alkohol. Jaki jest wtedy szczęśliwy i mówi jej, ze jak dorośnie to będzie mieszkał z mamą, bo tam jest „luz”.
Wszystko wskazuje na to, ze kurator dla Jarusia to za mało. Prawdopodobnie, by odseparować go od tego środowiska i objąć go opieką specjalistów, umieszczony będzie w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii. Jak to nie pomoże, to marny jego los.

25 komentarzy:

  1. Nie wierzę w geny menela. Bez przesady. Po prostu babcię bolało serduszko, jak wnukowi działa się krzywda, ale nie na tyle, aby zmienić swoje własne życie, wygodę itp. To jest trochę jak z jałmużną dla żebraka pod kościołem. Chęć pomocy przez chwilę, brak autentycznego zaangażowania. Dziecko można było całkowicie odciąć od kontaktów z menelowymi rodzicami. Tak małemu szkrabowi można(i trzeba) towarzyszyć wszędzie, nie spuszczać z oka. Zaprzyjaźnić z jego kolegami, zainteresować sportem itd Nawet samotnie wychowująca i pracująca osoba może dobrze się zorganizować. Ale do tego trzeba autentycznych chęci niesienia pomocy dziecku. Trzeba też mieć jaja żeby zerwać kontakty z własnym synem siedzącym w więzieniu właśnie dla dobra wnuka. Tej babci czegoś zabrakło, pomimo jakiejś tam chęci pomocy wnukowi.
    Marinna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się.
      Babcia chciała dobrze. Fajnie, że zrobiła awanturę jak młody przyszedł do domu nabzdryngolony ale po jaką cholerę zaprosiła matkę na interwencję? Jak ktoś taki może prawić morały? Jeśli Młody widział, że matka tak żyje - bezstresowo, od kieliszka do kieliszka - to normalne że jemu się to podobało. Zwłaszcza ten tekst "jak dorośnie to będzie mieszkał z mamą, bo tam jest „luz”." No jasne. Babcia nakazuje się uczyć, wynosić śmieci, ścielić łóżko a mamuśka nic nie wymaga. Jest szczęśliwa bo jej ukochany synuś ją odwiedził. W trakcie tych odwiedzin pewnie robi mu wodę z mózgu jak to go kocha i jacy będą szczęśliwi jak razem zamieszkają...
      Generalnie to chyba zabrakło tam męskiego wzorca. Jakiegoś "role model", który by Młodego naprostował.

      Sąsiadka z 4go piętra

      Usuń
  2. Zgadzam się z kuratorem. Te politpoprawne pindunie, które studiują "pedagogikę" i inne podobne kierunki. Niech sobie przeczytają książkę Hamer & Copeland - "Geny a charakter".

    Agaton

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam komentarz Marinny i myślę sobie - jak to łatwo się mądrzyć... Ale to tak na marginesie. Pracuję w szkole i bywa, że mam takich uczniów. I zastanawiam się - co robić? Przez lata wbijano nam do głów, że skoro dzieciak się stacza, to też nasza - nauczycieli wina, bo nie zareagowaliśmy, bo nam się nie chciało, bo nie umieliśmy się zająć. Czasem jak widzę fajne dzieciaki, które coraz bardziej się zatracają, zastanawiam się - czy jest jakiś skuteczny sposób, by je zawrócić? I błagam - nie wmawiajcie mi, że kółka zainteresowań. Nieraz widzę zrozpaczone babcie, które naprawdę się starają, ale nie dają rady, bo są już stare i zmęczone (i mają do tego prawo). Ida

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Babcia, która "wychowała' tak swoją córunię na menelicę. Nie powinna dostać jako "rodzina zastępcza" wnuka. Ona nieświadomie kopiuje te same "wzorce" wychowawcze, co w przypadku córki. Jeżeli jako matka się nie sprawdziła, to po co sądy wydają decyzje, żeby wychowywała też wnuka?
      Poza tym, dziecko wychowywane z tylko jednym rodzicem (najczęściej z matką), jest na swój sposób upośledzone pod względem wychowawczym i społecznym.

      Agaton

      Usuń
    2. babcia była matka ojca jarka. Zbyt słabo to może zaznaczyłem w tekście.

      Usuń
    3. Agaton przesadzil/ przesadzila. Ja sama wychowywalam syna wiele lat, kiedy odeszlam od meza gdzie bylam molestowana i katowana psychicznie. Dzis moj syn ma 10 lat. Jestem cholernie grzeczny, kochany, nie sprawiajacy zadnych problemow. Przez to chyba,ze byl tylko ze mna ma ogromny szacunek do kobiet-juz majac 10 lat. W szkole go chwala, zarowno zachowanie jak i nauke. Dojrzal za szybko przez te lata, bo sytuacje byly rozne. Nie zawsze mielismy rozowo, ale sobie radzilismy. Wspomne sytuacje, kiedy wyjechalam do Danii gdzie teraz mieszkamy do pracy pierwszy raz. Zaplacilam rodzinie, ktora zajela sie synem przez 3 miesiace. Nie moglam go od razu zabrac. Placilam im 4tys. Żerowali na ludzkiej krzywdzie. Pan ojciec byl kuratorem:)) Ale do sedna. Po miesiacu dostalam telefon, tuz po moim tyg pobycie w Polsce z synem, ze dyrektorka szkoly zlozyla do Prokuratury o porzucenie dziecka!! Cholera jasna, moj syn nigdy nie chodzil glodny, brudny, nie sprawial problemow, ale doczepili sie, ze samotna matka!!! Na pewno nie daje rady!! To wlasnie taka osoba jak Agaton byla. Nie generalizujmy. Sa ludzie, sa sytuacje. Pozdrawiam Agnieszka

      Usuń
  4. niezaplanowana5 sierpnia 2012 14:47

    A jak wyglądał kontakt Jarka z matką już po przeprowadzce do babci? Wydaje mi się, że nawet rzadkie kontakty z takim środowiskiem mogły w znacznym stopniu wpłynąć na takie a nie inne zachowanie dziecka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Studiowałam oligofrenopedagogikę i pedagogikę szkolną i nikt nam nie próbował wmówić, że dziecko to "tabula rasa", ale to może dlatego że jako oligofrenopedagog miałam trochę więcej o rozwoju prenatalnym niż inne specjalności. W każdym razie już raczej odchodzi się od tego typu bzdur i coraz więcej słyszy się o FAS, innych zespołach, że już o ADHD nie wspomnę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam geny alkoholików. Część rodziny zeszła na złą drogę, co oczywiście było też ich własną zasługą, część jakoś daje radę. Ja akurat daję radę. Czym u mnie się objawiają geny alkoholika? Lubię pić, alkohol mi smakuje, jeśli piję to bez zapojki i mam cholernie mocny łeb, co jest rzadko spotykane w moim otoczeniu. Potrafię wypić sporą ilość wódki i mnie nic "nie kopie". Część z Was powie, że to po prostu mocny łeb, ale skądś to się wzięło, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak to każdy widzi z własnej perspektywy doświadczeń życiowych...Ty Ida pracujesz w szkole a ja samotnie wychowywałam dziecko funkcjonując w nieco menelowej dzielnicy (zaniedbane budynki sąsiadowały z nowymi osiedlami). To co napisałaś, to retoryka, którą znam na pamięć. Bezradność pedagogów, niemoc nauczycieli, kółka zainteresowań, które niczemu i nikomu nie służą.I Twoje pytanie na końcu: "jak pomóc tym dzieciakom".

    Pewnie, że babcia ma prawo być stara i zmęczona. Ma prawo do spokoju. Ma prawo do nie-brania wnuka na wychowanie. Skoro jednak to robi, to powinna wziąć całą odpowiedzialność za dziecko. A może mały miałby szansę na dorastanie w normalnej, zastępczej rodzinie, która poświęciłaby mu należny czas i uwagę? Jeśli tak, to babcia to dziecko zwyczajnie skrzywdziła.
    Jaruś nie był czystą kartką z taką przeszłością i z takimi rodzicami, dlatego potrzebował więcej, niż babcia zaoferowała. Dziecko z FAS czy ADHD nie jest przecież skazanie na bycie złodziejem, bandytą czy alkoholikiem.
    Marinna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może trafiłby na rodzinę mającą full dzieci, zaganiających je do roboty, bo liczyłaby się dla nich tylko kasa? Nie ma co "gdybać". Gdyby babcia miała wąsy to by była dziadkiem.

      Usuń
    2. Tak, wiem, że to retoryka, w takim sensie to pisałam - jako banały, które się powtarza do znudzenia w głównych mediach, na studiach. Często czuję bezradność, pracuję w tzw. trudnej dzielnicy i widzę, jak czasami rodzice, najczęściej samotne matki, starają się jak mogą, a i tak dzieciak schodzi na złą drogę. I ja też się staram (bo choć może trudno w to uwierzyć, to mi po prostu zależy), a i tak nam razem nie wychodzi. Nie wiem, czy my popełniamy błąd, czy po prostu niektórych dzieci nie da się zawrócić? Uważam, że bardzo łatwo oceniać babcię siedząc sobie wygodnie przed kompem, a ilu z nas poradziłoby sobie z takim "trudnym" dzieckiem? Ida

      Usuń
  8. "Dziedziczenie genów patologii" to chyba raczej byłoby kształtowanie osobowości, które się odbywa w najpierwszych dniach życia. Chociaż pewnie równie nieodwracalne, co posiadanie pewnego genotypu. Rozumiem z tej historii, że babcia dostała opiekę nad dzieckiem pewien czas po urodzeniu, więc to już wystarczyło, żeby było głodne, czuło się zaniedbane, opuszczone i uzależnione od alkoholu, np. przez karmienie piersią, picie w ciąży, podawanie na palcu itd.

    To kolejny dowód na to, że pierwsze tygodnie mogą zadecydować o wielu, wielu latach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma chyba jakiś "genów patologii". Nie znam się dobrze na genetyce. Ale chyba jest tak, że jak matka, lub ktoś z najbliższej rodziny chorował na raka. To jest nieco większe prawdopodobieństwo, że dziecko zachoruje też na raka. Może zachorować też na raka, jak i przeżyć całe życie w dobrym zdrowiu. Jest wiele innych czynników wpływających na to, jak zdrowy tryb życia, zanieczyszczenie środowiska, stres itd.

      Dziecko z rodziny alkoholików, ma większe szanse także popaść w alkoholizm czy inne nałogi, ale nie musi.
      Ileż to jest dzieci, z takich właśnie rodzin, które dorosły. Widząc jak ich "rodzice" żyli i marnie skończyli, nie piją w ogóle żadnego alkoholu w dorosłym życiu.
      Może ja się mylę. Jak czyta tego bloga jakiś doktor czy genetyk, to niech mnie poprawi.

      Agaton

      Usuń
    2. Agaton, myśle ze w Twojej teorii jest dużo prawdy. Mam znajomego który wychowywał sie w patologicznej rodzinie, gdzie ojciec pił i bił matkę. Chłopak nie tknie sie alkoholu. Wypija tylko lampke szampana w sylwestra. Wiec mimo wszystko myślę, ze to zależy od osobowości w dużej mierze.

      Roksana.

      Usuń
  9. Witam,
    Jestem tu dzisiaj pierwszy raz i jestem pod dużym wrażeniem tego co czytam. Nie dziwią mnie opowiadane historie, znam je dobrze "z podwórka", czasami z przestrzeni nieco bliższych, ale zdecydowanie najciekawsze jest spojrzenie autora. Naprawdę interesująca rzecz. Będę śledził i nadrabiał, żeby połapać się w odniesieniach do postów wcześniejszych.

    Co do formy to ten biały tekst na czarnym tle wprawdzie jest widoczny ale bardzo męczy oczy, szczególnie że jest dość drobny i zbity. Może np. wprowadzić akapity z linijką przerwy? Tak dla wygody czytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze się że blog się podoba. zastanowię się jak zrobić, by było bardziej wyraziście.

      Usuń
  10. Mnie uczyli, że w większości naszą osobowość determinują geny, później podczas procesu socjalizacji środowisko wspólne, w małym stopniu środowisko specyficzne, ale istnieje też spory margines błędu (ok. 20%).
    Także ta sprawa nie jest aż taka oczywista. Równie dobrze dziecko alkoholików może być prezydentem, a dziecko z dobrego domu może zostać ćpunem. Nie ma reguły. Wiele czynników składa się na całość.

    /Kojot

    OdpowiedzUsuń
  11. Dajcie spokój z tymi czcionkami. Co chwilę słyszę: "za małe litery! za duże! Za chude!! za tłuste". Niech se każdy naciśnie CONTROL i PLUS (lub CONTROL i MINUS) i będzie miał litery takie jak chce. Niech się kurator zajmie pisaniem a czytacze czytaniem i ew. komentowaniem a nie na czcionki wciąż narzekaniem :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Myślę, że to nie tylko sprawa genów.
    Ale warto rozszerzyć horyzonty myślowe i wyjść poza granice, które Nam narzucono - za to Cię właśnie podziwiam, Panie Kuratorze, widzisz dobijającą rzeczywistość i dzielisz się swoją wiedzą z Nami - Czytelnikami.
    Błędem tu było, że nie przerwano całkowicie kontaktów matki z synem. Jak najwcześniej.
    Ale geny też mają swoje do powiedzenia. Zgadzam się.
    Pamiętajmy, że skłonności do patologii można odziedziczyć, pewne cechy osobowości przecież dostajemy od rodziców. Upodobania mogą być podobne.

    Więc możliwe, że los tego dziecka był z góry przesądzony.

    Nie wierzmy w piękne nauki i słówka, którymi Nasi rodzice jeszcze gdy byliśmy dziećmi, sycili Nasze mózgownice, chcą tym sposobem uchronić swe pociechy przed złem tego świata.
    Nie wszystko jest białe albo czarne.

    Zapraszam do mnie na bloga, niedawno dodałam kolejny wpis:
    www.kiyami-tenshi.blogspot.com

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie komentowałam wcześniej, ale czytam niemalże od samego początku i lubię bardzo! Nie tylko historie same w sobie ciekawe, ale też uwielbiam Twój styl pisania, a może właśnie przede wszystkim - a jestem raczej wybrednym i marudnym odbiorcą :)

    Co do posta, zdecydowanie mnie to nie dziwi, moim zdaniem absolutnie człowiek się nie rodzi jako "tabula rasa" - są w genach zapisane skłonności do pewnych zachowań, również do patologii. Z resztą nie jest to jakaś moja opinia, tylko fakt potwierdzony naukowo. Oczywiście wychowanie też odgrywa bardzo dużą rolę, pewnie nawet większą niż genetyka, ale pamiętajmy że mimo wszystko jednak był tutaj kontakt z tym patologicznym środowiskiem. Znam też podobny przykład z własnego otoczenia - kobieta adoptowała dziewczynkę w wieku kilku dni, teraz mała chodzi do drugiej klasy podstawówki. Wychowywana była we wspaniałych warunkach, rodzice poświęcali jej mnóstwo czasu, bo była upragnionym dzieckiem którego wcześniej mieć nie mogli, nigdy niczego jej nie brakowało - również w kwestii materialnej. Mimo to kompletnie sobie z nią nie radzą, dziewczynka notorycznie kłamie, kradnie (choć jak już wspomniałam niczego jej nie brakuje), manipuluje rówieśnikami...Często się słyszy podobne historie o dzieciach nieznanych rodziców adoptowanych w wieku niemowlęcym, choć nie chcę tu oczywiście niczego uogólniać. Zastanawiam się, jak potoczyłyby się losy Jasia w rodzinie zastępczej, w całkowicie innym środowisku...

    Tak by the way Panie kuratorze, znalazłam literówkę na górze bloga po prawej stronie w nazwie "Ośrodek Adopcyjny", taki mały szczegół estetyczny, nieistotny ale lepiej poprawić :)

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aprilsky, korektorze, znalazłam nie literówkę, ale błąd merytoryczny w twojej wypowiedzi. Chłopiec ma na imię Jarek, nie Jaś : )

      Usuń
  14. To kolejny dowód na to jak ludzie wpływają na to jak postrzegamy otaczający nas świat i to, że to co jest czarne jest czarne, a białe jest białe

    OdpowiedzUsuń
  15. Coraz więcej badań naukowych pokazuje, że mamy do czynienia nie tylko z genami i wychowaniem, ale też z szeroko pojętymi wpływami środowiska (polecam chociażby książkę "O chłopcu wychowywanym jak pies" Perry'ego). Jarek miał nie tylko geny po rodzicach i wychowanie babci, ale też doświadczenia prenatalne (możliwe, że również alkoholowe), a potem doświadczenia z pierwszego roku życia: głód, brak kontaktu z rodzicami, niezaspokojone podstawowe potrzeby (np. poczucia bezpieczeństwa). Korygowanie wczesnych doświadczeń to trudna praca, której potrzeby większość ludzi nie jest świadoma, bo wg nich... geny zwyciężają i nie ma co walczyć.

    OdpowiedzUsuń