sobota, 25 sierpnia 2012

Tak, Nie, Nie wiem

Tup, tup, tup, popierdalam zgięty wpół z samochodu do jakiegoś baraku na skraju wsi, gdzie następne tragedie ludzkie wiodą swój żywot, pogłębiając się w degrengoladzie. „Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek…”, akurat Kochanowski czy inny Mickiewicz mi się przypomniał ze swoimi stepami akermańskimi czy chuj wie jakimi. Objęcie nadzoru, bo kurwa zmiana rejonu, i część spraw musiałem wziąć do osobistego. Zapierdalam teraz jak głupi po wioskach i na nowo aktualizuję to co dzieje się w tych truchłach ludzkiej bytności.

            Żeby nie było, kurwa, żeby nie było że wpierdalam się komuś w pracę. Ja wiem że każdy kurator, nawet społeczny ma swój model pracy i swoje efekty, ale jak można kurwa pisać, że w rodzinie jest wszystko porządku, jak pracownik socjalny na mój widok wręcz pomodlił się i wzniósł ręce do góry z podziękowaniem, że w końcu ktoś ruszy rodzinę Zetowskiej. Druga strona medalu to czekanie aż kurator coś zrobi, ale jak nikt się kwapi, to w końcu ktoś musi. 

            Pukam do drzwi, solidnych, metalowych albo obitych blachą. Wejście jest z boku do tego budynku, gdzie zamieszkują chyba z 4 rodziny. Pada deszcz, późna jesień, ciemno się robi, choć to dopiero 17. Szczelniej zasłoniłem szyje kurtką, bo przenikliwe zimna wraz z kroplami deszczu wpadało mi za kołnierz. Żadnego daszkia, nawet betonowej wylewki pod drzwiami, nic. Buty całe ubłocone, a dopiero co kurwa samochód w środku odkurzyłem i dywaniki letnie wypierdoliłem. Że też w tej pracy człowiek zawsze się gdzieś upierdoli. 

          Walę w te drzwi, klnąc pod nosem, bo widzę palące się światło. Ja pierdole kurwa mać, szybciej otwierajcie bo mi zimno, a zeszyt z długopisem który w łapie trzymam coraz bardziej przypomina mokra szmatę. Chowam go pod kurtkę i skulony na deszczu napieprzam już z całej siły w drzwi. Ludzie, szybciej ruszcie te dupska, bo nie uśmiecha mi się wyczekiwać na tym deszczu, aż łaskawie ktoś zechce mnie wpuścić do swej przytulnej chatki.

          Gówno. Drzwi jak zamknięte, tak zamknięte.  „Wpłynąłem na suchego….” Kurwa, znowu ten Szopen mi w głowie łomoce. Akurat teraz jakiś wierszyk z podstawówki mi się przypomniał. Zajebiście, kurwa, suchy ocean. Rozglądam się i wybieram podejście pod okno. Jak zaraz zacznę walić w tą szybę, to zmarłego obudzę, a na pewno patola, który w suchym pokoju ogląda pewnie M jak mdłości czy inne gówno telewizyjne przeznaczone dla ludzi o intelekcie rozwielitki.
          Pukam w szybę. Nie, nie pukam, napierdalam ze złością już, bo właśnie poczułem zimną strużkę wody spływającą mi po karku. Deszcz przybrał na sile, a ja wkurwiony stoję pod oknem, jak jakiś patol chcący zerżnąć patolkę, ku uciesze gawiedzi z okolicznych domów. Dobrze że ciemno się robi, to może nikt nie zauważył mnie.

           Nagle w szybie ukazuje się głowa jakiegoś dziecka, to pewnie Jaruś, lat 11, dałniątko. Tak, dałniątko, nie obrażając ludzi z Zespołem Downa czy innymi upośledzeniami intelektualnymi. Przykłada ten chłopczyk główkę do szyby i zasłaniając rękoma światło w niej się odbijające, próbuje dojrzeć kto tak miło i sympatycznie napierdala późnym popołudniem w szybkę. Spojrzałem na niego, na okularki minus 10 chyba, bo naprawdę wyglądały jak denka od butelki i miałem ochotę stanąć tak na środku trawnika przed tym oknem i machając rączką w gejowskim stylu krzyknąć: „Helloł, to ja” w międzyczasie balansując lekko ciałkiem.
- Matka albo ojciec jest?! – jednak nie było „helloł”.
          Główka się schowała i uciekła w głąb pokoju. Ja ociekający wodą, buty w błocie, zeszyt jak szmata wygląda, żel mi spłynął z włosów. Kurator przyjechał. Za chwilę w oknie pokazała się inna głowa.
Wystraszone oblicze drobnej kobieciny przylgnęło do szyby podobnie jak przed chwila twarz chłopczyka i rozpaczliwie wpatrywała się we mnie. Naprawdę rozpaczliwie, bo jej wzrok był tak przestraszony, jakbym co najmniej ją zamordować przyszedł, albo tak tragicznie na tym deszczu wyglądałem. Krzyczę do niej, żeby otworzyła drzwi i mnie wpuściła, bo porozmawiać muszę. Pokiwała głową że nie otworzy.
- Otworzy pani, przecież mówię że z sądu jestem!!! – drę się jak głupi pod tym oknem. Czemu ja kurwa tą prace wybrałem. A dawali posadę w urzędzie za niewiele mniejsze pieniądze. Chciałeś, to masz Kuratorze.
Głowa zniknęła w czeluściach mieszkania a ja odwróciłem się i podążam w stronę samochodu, nie wiedząc co myśleć o tym. Ubłocone buty chlupią w kałużach na trawie i niewiele daje próba ominięcia ich. Otwieram samochód i spoglądam jeszcze raz w stronę drzwi, które lekko uchyliły się i wystaje z nich głowa. Jak ten głupi zamykam je z powrotem i nie zważając na błoto i kałuże doskakuje do drzwi, które już chciały się ponownie zamknąć, tylko szybki chwyt za klamkę uniemożliwił to. Otworzyłem je na oścież i zauważyłem kobietę, około 150 cm wzrostu, która w półmroku przedpokoju czy przedsionka patrzyła na mnie ze strachem. Jej tłuste potargany włosy opadały na ramiona. Ubrana była w stary dres, zniszczony i brudny, jakiś fartuch. Na nogach stare, porwane, wełniane kapcie, które odkrywały gdzieniegdzie czarną skarpetę.
- Kuratorem jestem, nazywam się……., z Sądu – i wyciągnąłem w jej kierunku legitymację, lecz pewnie i tak nic nie widziała, bo w ciemnościach z tej odległości nawet ja nie dałbym rady zauważyć podpisu Prezesa Sądu Okręgowego.
Kobieta zrobiła dwa kroki do tyłu, jako znak chyba że mnie wpuszcza. I wtedy właśnie za jej plecami zobaczyłem 11 latka, Jarusia. Dzieciaka z Zespołem Downa. Wychylił swoją główkę, ukazując swoje denka od butelek, uśmiechając się przy tym i prawie że wskakując matce na barana. Zrobiłem krok w stronę przedsionka, starając się zamknąć za sobą drzwi, bo deszcz zacinał mnie po plecach. Jaruś doskoczył do mnie i wyciągnął rączkę.
- dzień dobry – powiedział i trzymał wyciągnięta łapkę w moją stronę.
- dzień dobry – podałem mu dłoń, przekładając zeszyt w drugą rękę, choć dzieciak próbował mi go wyrwać, chciał koniecznie zobaczyć co to jest.
- Uspokój się, przestań, to jest pana – tak co chwile niewyraźnie mówiąc, próbowała kobiecina uspokoić syna. Odciągała go ode mnie, odwracając jego uwagę.

          Całe mieszkanie to jeden pokój, ogrzewany piecem kaflowym, stara meblościanka, dwa tapczany, rozkładany fotel, stół typu ława. Biednie, ale akurat w pokoju czysto i w piecu napalone. Gdzieniegdzie tylko zabawki stare i poniszczone porozrzucane. W pokoju sznurek koło pieca, gdzie suszy się pranie. Na ścianach odchodząca płatami farba, brudny żyrandol, pożółkła firana. Na tapczanach jakieś stare koce. Podłoga z desek, przykryta dwoma mniejszymi dywanami, które chyba przy próbie podniesienia, porwałyby się w rekach. Wcześniej mijałem kuchnię – kuchenka gazowa na gaz propan-butan, koło której pusta butla stała obok. Paliło się na kuchni opalanej drewnem, gotowała właśnie gar wody do mycia. Jakiś stary automat, pamiętający firme Polar chyba, bo miałem w domu 20 lat temu taki, pralka Frania, stare meble kuchenne, z płyty pilśniowej, która popuchła, wypaczając drzwiczki. Po środku stół, nad którym zwisał żyrandol z żarówka 20 watową. Jakieś fotele, znowu ława. Kuchnia brudna, rozpoczęte konserwy i chleb leżały na stole. Kibla ani łazienki nie ma. Wysrać się można w szopie, w wychodku, a wysikać pewnie na progu drzwi, wystawiając przyrodzenie przez uchylone drzwi. Naprawdę, śmierdziało przy wejściu moczem.
Siadam w pokoju przy ławie. Najczystsze miejsce. Naprzeciwko mnie siada kobiecina i Jaruś, który wyrywa się, by siedzieć przy mnie. Próbuje zadawać pytania:
- jak się pani nazywa?
- Majlrzolia Rzetlowska – tak to mniej więcej padło w moim kierunku.
- Mariola Zetowska?
- Tak – pokiwała głowa.
Wtedy zobaczyłem że nie ma zębów. W wieku 30 lat.
- Jakie ma pani wykształcenie?
- Podlsztawowe – odpowiedziała
- Ukończyła pani szkolę specjalną? – przecież to widać po zachowaniu, nie da się ukryć.
- Tak – i znowu kiwnęła głową.
- Jaki ma pani stopień niepełnosprawności?
- Nie wiem – odpowiedziała, zaprzeczając ponadto ruchem głowy.
Patrzę w kserówke, gdzie mam dane rodziny. Szukam imienia chłopca.
- Kiedy Jarek się urodził?
- Nie pamnientam – odpowiada
- Nie pamięta pani?
- Nie – ruch głowy zaprzeczający.
- A mąż gdzie jest? – no właśnie, tatuś dziecka.
- Nie wiem – odpowiada, poruszając głową znakiem zaprzeczenia.
- Kiedy wróci?
- Nie wiem.
- sama pani została z dzieckiem? – zadaję to pytanie bo widzę, że coraz trudniej go upilnować. Kreci się, lata po pokoju, wyciąga jakieś zabawki, a matka w rozmowie ze mną jakby się wyłączyła z pilnowania go. Jak kurewsko ona jest spięta i skoncentrowana, żeby odpowiadać na moje pytanie. Jakby się bała, jakby paraliżował ją wielki, niepojęty strach przede mną. Patrzy na mnie, swoimi oczami i za każdą odpowiedzią jest ruch głowy: TAK, NIE - kiwa ta łapatyna i kreci, tak jakby potrzebowała potwierdzenia, że rozumiem ją. I ten brak zębów, spowodowany pewnie niedożywieniem, albo całkowita niedbałością o nie. Lecz co wymagać od kobiety, która na moje oko niepełnosprawność intelektualna w stopniu umiarkowanym posiada. Do tego syn, uszkodzony chromosom, który dopełnia obrazu beznadziejności sytuacji.
- Mąż pracuje? – próbuje cos jeszcze wyciągnąć od niej.
- tak.
- na czarno, dorywczo, na umowę?
- Nie wiem.

          Wstała by zabrać coś Jasiowi i po chwili znowu usiadła, lecz jest to siedzenie na „baczność”. Spięta, wyprostowana, ręce na kolanach trzyma. Naprawdę, kurwa jebana mać, ona trzymała ręce na kolanach jak ze mną rozmawiała. Pierwszy raz to widziałem. Wyćwiczone w placówce specjalnej, na zajęciach pewnie w szkole życia, że jak z panią rozmawiasz, to ręce na kolanach trzymasz. I ona robiła to samo. Ja pierdole, wyćwiczone zwierzątko.
          Sorry, drodzy czytelnicy bloga, normalnie sorry za moje stwierdzenie, ale ona w mojej opinii nie myślała. Jak wiele skupienia i energii musiała włożyć, by odpowiedzieć na moje pytania. Dopiero po chwili sobie uświadomiłem, jak wiele ją kosztuje rozmowa ze mną. Ona się mnie bała, nie wiedziała kim jestem, zastanawiała się pewnie w swym strasznie ograniczonym niepełnosprawnością móżdżku, po jaką cholerę tu przyszedłem i czego chcę.
          Jej zniszczona życiem twarz patrzyła na mnie oczekując kolejnych pytań. Jak odrywała ode mnie wzrok, to tylko na chwilę, by spojrzeć na syna i skontrolować co robi. Mały był prawie wzrostu matki, a ja wyobrażałem sobie, ile zachodu i ciężkiej pracy ona musi wykonać, by zapanować nad jego zachowaniem.
Wstałem z fotela, na którym już tak się zapadłem, że moja dupa dosięgała już podłogi i narażona była na spotkanie z nieheblowanymi deskami. Ja pierdole, pomyślałem, próbując z wysiłku wesprzeć się na oparciach drewnianych fotela, z których jedno niebezpiecznie zachwiało się i złamało, powodując suchy trzask i boczne moje opadniecie na lawę, która do fotela była ustawiona bokiem. Jak ja kurwa chciałem krzyknąć „KURWA!”. Jebnąłem się bokiem o kand stołu drewnianego, obtłukując co najmniej dwa żebra. Zacisnąłem żeby i wygramoliłem się z fotela, klnąc w duszy na czym świat stoi i przeklinając ten dom i wszystkich na około. Próba wyprostowania zakończyła się jeszcze większym bólem boku. Kurwa, jutro idę do kierownika i niech mi odszkodowanie sad płaci, za jakie grzechy myślę!

          Kobiecina siedzi i patrzy na mnie. Zaraz mi zemdleje ze strachu. Wyprostowana, z rączkami na kolanach, wpatruje się we mnie przerażonym wzrokiem. Jaruś też odłożył zabawkę, której próbował oderwać główkę i spojrzał na mnie, rozdziawiając swoją nienaturalna buźkę i ukazując krzywo rosnące ząbki.
- To ja już sobie pójdę – tylko na tyle było mnie stać, trzymając się za bok i zmierzając do wyjścia. Kobieta pozostała na swoim miejscu. Jaruś dalej urywał główkę misiowi.

 Przepraszam najmocniej, ale: Ciąg dalszy nastąpi...

26 komentarzy:

  1. bedziesz sie smarzyl w piekle za to cdn.

    gooner

    OdpowiedzUsuń
  2. To Jaś czy Jaruś ?:D

    OdpowiedzUsuń
  3. będziesz sie smażył w piekle za to cdn. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozwaliło mnie to "tup, tup, tup, popierdalam sobie" i "żel mi spłynął z włosów" ;D

    Świetnie piszesz, rób to dalej. Widzę, że niektórzy czepiają się o literki, o ciemne tło. A ja się czepnę tego, że za rzadko dodajesz posty :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś pan drugi Dostojewski, mistrz w budowaniu suspensu, chodzący po ziemi taksówkarz Scorsese. Czekam na zbiór nowel
    arcydiakon

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. żal mi tej kobiety, żal dziecka..osoby z niepełnosprawnością umysłową raczej dzieci mieć nie powinny no ale ona chyba nie ma aż tak dużego upośledzenia skro opiekuje się swoim dizeckiem nota bene z zespołem downa...

    OdpowiedzUsuń
  8. sorry za literówki :) za szybko napisałam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. to ja taką może anegdotkę powiem. Za zespół downa wcale nie odpowiada uszkodzony chromosom tylko trisomia chromosomu 21'ego czyli że zamiast być dwa chromosomy dwudzieste pierwsze to są trzy. Koniec anegdotki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Ale w konsekwencji jest to nieprawidłowa budowa chromosomu, więc nazwałem go uszkodzony :)

      Usuń
    2. Akurat Anonimowy powyzej ma racje: chromosom 21 jest w porzadku, tylko jest w zbyt wielu kopiach. Nie jest "zepsuty". No chyba, ze mowimy o wersji mozajkowej tego uposledzenia genetycznego. Ale to juz miejsce na inna anegdotke. :)

      A co do dziecka, to pewnie diagnoza skonczyla sie na ZD, a nikt nie pofatygowal sie o diagnoze FAZu czy RADu. Pewnie odziedziczyl tez uposledzenie po matce.

      Usuń
  10. Dobre , ale jak czytalam to w pewnych miejscach ze smiechu wyrobic nie moglam. Super !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. śmiesznego nie ma w tym wiele po głębszym zastanowieniu. kane

      Usuń
    2. wiem ale styl w ktorym jest to wszystko napisane wywolywalo u mnie smiech a nie sceny ktore sie w czyims zyciu dzieja. Wybacz jesli kogos urazilam , nie bylo to moim celem.

      Usuń
  11. To kurewskie ścierwo i inne pomyłki genetyczne, kurwy nawiedzające tego bloga. Ludzkie nieszczęście to dla nich śmiech. Szkoda, że nie ma jakiejś wojny czy rewolucji. Takimi kurwiszonami powinno się użyźniać ziemię i eksperymenty medyczne przeprowadzać.

    Siedzą kurwiska przy komputerach, mają wszystko co potrzebne do życia. Mają "pracę" na państwowym, lub są uniwersytutkami, dającymi nierzadko dupy swoim profesorom, w zamian za zaliczenie przedmiotu. Nigdy nie cierpiały głodu, odrzucenia, nikt je nie bił, nie gnoił. Mają ciepłą wodę, łazienkę, plazmę w pokoju.
    Lektura tego bloga, to dla nich jedna z form rozrywki. Jak dobre romansidło, tylko że więcej soczystych słów.
    BRZYDZĘ SIĘ WIĘKSZOŚCIĄ Z WAS!

    Agaton

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agaton więcej pokory. To naprawdę pomaga żyć...

      Usuń
  12. Agaton, trochę kultury.

    Tekst świetnie napisany. Czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zapraszamy na bloga LikeaHater.blogspot.com. Pojawiła się już pierwsza notka, w której autor (Bartek) pisze o minimalizmie w swoim życiu. Post z cyklu "Wolna niedziela". Zachęcamy do przeczytania :) http://www.likeahater.blogspot.com/2012/08/minimalizm.html

    OdpowiedzUsuń
  14. Genialnie opisujesz swoją pracę! Uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie będę po raz kolejny chwalić bo uczyniłam to w mailu do Ciebie:).
    Błagam jednak ,miej wzgląd na stan oczu czytających i zmień tło u kolor czcionki..Blog nie straci na jakości a mnie ocalisz wzrok:). E.

    OdpowiedzUsuń
  16. Brawa dla autora bloga, który jest naprawdę dobry i z chęcią go czytam każdego dnia :)
    Jedyne co bym sugerowała to ponumerowanie stron. Ułatwiłoby mi to bardzo kontynuacje lektury.
    Pozdrawiam.
    Aleksandra

    OdpowiedzUsuń
  17. Agaton - to Ty masz rację. Ta bajka nie jest o ufoludku. To jest o kobiecie, która niesamowitym wysiłkiem radzi sobie w świcie, który jest okrutny. Dla niej wyjątkowo okrutny. Jest słabsza od innych, dodatkowo z trudnym do chowania dzieckiem. Bezsilna i świadoma tego, że wizyta kuratora może być wyrokiem - ZABIORĄ MI DZIECKO. Ta wizyta nie może przynieść nic dobrego, jest prawem lepszych do nadzorowania słabszych. Kto potrafi sobie wyobrazić, że do niego może ktoś przyjść i ocenić czy nadaje się do tego społeczeństwa i ewnentualnie zabrać mu na przykład dzieci nie uśmiechnie się ani raz w czasie czytania tego tekstu. Opowiadanie o tym domu i tej wizycie nie powinno nikogo rozbawić - kuratorze to jest bardzo zły tekst - narcyz sie pod nim podpisał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zło jest za ścianą, w klatce obok, za węgłem, w nas samych. Tekst daje do myślenia, otwiera oczy...

      Usuń
  18. Droga baabciu!

    niewątpliwie zamiarem autora jest komentarz rzeczywistości bez nacechowania empatią, która jednak powinna należec/zależeć od/do odbiorcy.
    To nie jest "zły tekst", wg mnie jedynie Pani tak odebrała.

    Z szacunkiem
    FungQ

    OdpowiedzUsuń