piątek, 21 czerwca 2013

Nadesłane: Maciuś Wędrowniczek



Maciuś pojawił się w moim rejonie działania z drugiego końca województwa. Po latach wiem, że tak naprawdę został wywalony przez ojca i brata z domu bo pił jeszcze więcej niż oni, no ale nie to byłoby główną przyczyną, przyczyną było to, że miał strasznie ,,lepkie’’ ręce i do tego bardzo często okłamywał i oszukiwał ludzi z którymi się stykał.  

       Maciuś przyjechał do mnie na teren po opuszczeniu zakładu karnego – jest warunkowo zwolniony.  Posiada również niewielki wyrok za kradzież – przy wyroku został orzeczony dozór kuratora oraz obowiązek powstrzymania się od nadużywania alkoholu.
       Maciuś poznaje dziewczynę z domu dziecka, która posiada ,,własny’’ lokal socjalny bo jej się należał po opuszczeniu DD.  Dziewczyna jest nawet ładna, uczy się w szkole średniej, co prawda zaocznie ale się uczy, ma z tego tyt. jakieś stypendium socjalne oraz otrzymuje nadal rentę socjalną. Nie jest źle. Maciuś  ma ze 170 cm i jakiś taki nieopisany ,,szelmowski’’ urok w sobie. Może się podobać. Dziewczyna szybko zachodzi w ciążę.
       ,,Czaruje’’ nawet mnie, no ma w sobie coś takiego, trudno to opisać, coś po czym człowiek ,,mięknie’’.  Maciuś szuka pracy, marnie mu to idzie. Zgłasza się do jednego z okolicznych gospodarzy do pomocy we wszystkim. Do dość normalne u bezrobotnych. Tam przyznaje się, ze jest warunkowo zwolniony i że kurator jest i takie tam.  Gospodarz dzwoni do mnie, czy można mu zaufać. Ja pierdziele a co ja wróżka jestem, kuźwa ale dylemat, powiem, że nie to chłop roboty nie dostanie powiem, że można a jak coś podpierdzieli to pójdzie fama co ten kurator za bzdury wygaduje. Załatwiam sprawę dyplomatycznie, że można do roboty przyjąć ale uważać na drogie sprzęty rolnicze i kasę na koniec miesiąca dać a nie zaliczki. Chyba zrozumieli- robotę dostał. Nie usłuchali- dali się złapać na jego ,,urok’’. Dali zaliczkę, najpierw jedną, potem drugą.
Jest już znany w okolicy z tego, że nadużywa alkoholu po którym jest agresywny.  Nie bije nikogo ale strasznie dużo wrzeszczy, macha rękami wyklina   i grozi podpaleniem czy pobiciem.  Do tego jazda na motorowerze po pijaku. Rodzi się dziecko. Jest becikowe i jeszcze akurat wypłata . No to dziecko tatusia z tydzień nie widziało. Nie szkodzi , dziewczyna wybaczyła po obietnicy poprawy – normalnie, norma i można mówić i powtarzać, i przestrzegać. Na szczęście dziewczyna dała szansę tylko raz, posłuchała mnie a raczej udało mi się wskazać u niej w rodzinie to co było przyczyną umieszczenia jej w domu dziecka- czyli alkoholizm jej rodziców. Po kolejnym pijackim wieczorze, wyzwiskach i interwencji policji, wywaliła go na zbity pysk a raczej nie otworzyła mu drzwi po powrocie z  ,,dołka’’.  

       Złożyłem wniosek o  odwołanie warunkowego zwolnienia , sąd odwołał warunkowe zwolnienie i po jakimś krótkim czasie Maciuś trafił z powrotem do ZK. W trakcie pobytu w ZK wyszła na jaw sprawa kilku okolicznych kradzieży w tym jakiegoś drutu miedzianego, o którym Maciuś wspomniał w liście do byłej już konkubiny. Zapadł kolejny wyrok. O Maciusiu przestałem myśleć na 1,5 roku.

       W tym momencie historia mogłaby się właściwie skończyć a to dopiero początek. Zbliża się koniec roku, statystyka na głowie, gonitwa w sądzie, sędziowie ,,wypychają’’ sprawy, my kuratorzy kończymy co się da, sprawdzanie stanu i wszystkiego co trzeba. Ogólnie siedzimy po godzinach i liczenie, dodawanie, odejmowanie, szukanie akt, sprawdzanie na jakim etapie są postepowania czy wszystko zakreślone w kontrolkach czy w systemie komputerowym. Wracam do domu, mam daleko jest chyba ok. osiemnastej. Stoję akurat na skrzyżowaniu – brzęczy w telefonie sms. Pewnie żona , bo zapomniałem zadzwonić o której będę ale jestem już tak wypompowany, że jadę jak automat. Wyciągam komórkę, czytam -  Dzień dobry Panie kuratorze tutaj Maciek – nie mam co ze sobą zrobić, wyszedłem z ZK w poniedziałek ( dziś jest piątek), nie mam  co ze sobą zrobić, u dziewczyny ktoś jest i tam nie mogę spać, znajomi mnie wywalili z domu ( a to ciekawe ?) , nie mam gdzie się podziać… jestem głodny. To Pan miał rację wtedy szkoda, że Pana nie słuchałem, czas ze sobą skończyć… - O kurwa !! myślę. Ja pierdolę chłop mi się zaraz powiesi albo coś, w komórce znajdą sms- że poinformował kuratora o swojej sytuacji, jest osiemnasta, ja jestem jakieś osiemdziesiąt km od niego – kotłowanina myśli, najpierw uspokoić siebie, zjechać na pobocze lub na parking, przemyśleć co mam mu powiedzieć i o co zapytać, niemal wszystkie szkolenia mi się przypomniały, studia, kursy. Dobra zatrzymuję się. Drżącą ręką wybieram nr do niego. Odbiera ( uff).
       Maciek słyszę w głosie jest zrezygnowany, mówi, że deszcz pada i jest mu zimno. Wypytuję go najpierw gdzie jest ( w razie czego natychmiast zadzwonię na policję) – odpowiada. Teraz informuję go, że nie mam jeszcze jego akt z sądu penitencjarnego i nie miałem pojęcia, że opuścił ZK. Mówi mi, że tamto odsiedział do końca a znowu warunkowo go zwolnili z następnych kar które odbywał. Uspokajam go jak umiem i daje dużo nadziei, mówię, ze zaraz cos załatwię , że musimy porozmawiać osobiście. Karzę mu czekać na mój telefon. Dzwonie do schroniska dla bezdomnych które znajduje się na szczęście niedaleko miejsca w którym Maciuś się znajduje. Odbiera znajomy opiekun- wszystkich zresztą tam znam – pytam czy mają miejsca, nie mają ale jest tuż przed świętami wiec go przyjmą choćby na trochę, dostanie jeść i materac do spania. Uff jakby go nie przyjęli to kuźwa nie wiem co bym zrobił.  Dzwonię do Maćka, mówię, ze załatwiłem mu miejsce i że ma się tam zgłosić, że nawet na piechotę dojdzie jak stopa nie złapie. Ponadto ma się do mnie zgłosić w poniedziałek może jakaś pomoc będzie ( postpenitencjarna). Informuje mnie, że wie gdzie i jakoś tam dotrze.  Dzwoni do mnie ok 23.00 – i tak nie spałem- mówi, że doszedł na piechotę – to by się zgadzało- dobra weekend będę miał w miarę spokojny.

       W poniedziałek niestety wypada mi coś pilnego, nie ma mnie w biurze informuję koleżankę, ze przyjdzie taki i taki, i że trzeba by jak będą bony to zrobić mu jakąś pomoc. Przychodzi- niestety kasy nie ma w sądzie, będzie może za miesiąc. Ech – szkoda gadać  na temat tzw. funduszu pomocy postpenitencjarnej – niemniej koleżanka czuje od niego alkohol, robi notatkę. Maciuś niemal szantażuje koleżankę, że popełni samobójstwo- koleżanka rozmawia z nim ponad godzinę, prosi i wyjaśnia, kontaktuje się ze mną. Podobno mu obiecałem, że będzie pomoc. Nic takiego mu nie obiecywałem – nieważne – Maciuś dostaje z własnej kieszeni koleżanki dychę na bilet powrotny i ma się ponownie stawić w piątek. 

       W piątek się widzimy, od Maciusia znowu jedzie alkoholem – tak wiec nawet gdyby kasa była to i tak by nie dostał. Maciuś wściekły ale czuje ,,szacun’’.  Załamanie i próby samobójcze chyba mu już przeszły. Na szczęście doniósł jakieś tam papiery które umożliwią mu uzyskanie jej w ogóle. Opierdalam go po męsku, nie chcę stosować pewnych formalności prawnych bo… no kurczę żal, ledwo wyszedł. Mam nadzieję, że podziała- ostatnia szansa- ma być w poniedziałek- trzeźwy. Burczy pod nosem, że który to już raz musi rano na stopa wstać ale zgadza się stawić w poniedziałek. W poniedziałek na szczęście Maciuś jest trzeźwy i ,,pojawiło’’ się trochę bonów.  Dostaje – 100 zł w bonach – niech mu będzie, święta blisko. Taaa no i co ? Są bony jest impreza. Maciuś wrócił do schroniska po dwóch dniach - na wigilię, był już nadźgany, zrobił awanturę wraz z innym mieszkańcem, w użyciu był nawet nóż ( tylko straszyli użyciem ). Przyjechała policja w samą wigilię – super. Dołek. Maciuś wychodzi na 2 dzień świat. Przytrzymują go do końca dnia i ,,wilczy bilet’’. Jak trwoga to do kuratora- dzwoni, że nie ma co ze sobą zrobić, że on był niewinny, że prowokowali, że to, że tamto.  No i co szanowny czytelniku być zrobił – środek zimy, chłop nie ma nic z wyjątkiem tego co na grzbiecie – mam się wypiąć na niego? Nawet jak złożę wniosek o odwołanie warunkowego zwolnienia to rozprawę wyznaczą za min 3 tygodnie a osadzony będzie za jakieś 1,5 miesiąca bo przecież sam do ZK się nie zgłosi. No a do tego czasu mam tak po prostu o nim zapomnieć, niech zdycha gdzieś pod mostem ?
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

kane

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kopiec Kreta



     Gorąco. Cholernie gorąco. Uwielbiam lato i beztroski czas spędzany na różnego rodzaju grillach i ogniskach, kąpiąc się nocą w rzece lub jeziorze. Browarek, wódeczka, muza z samochodu i kilku znajomych w postaci nie stroniących od napojów wyskokowych kolegów, tudzież koleżanek. Wyluzka maksymalna. Niewybredne żarty, robienie z siebie pajaca, z dala od oczu tych, którzy na sam nasz widok, chętnie zwolnili by z pracy, bo przecież kodeks etyki kuratora. W moim prywatnym czasie obowiązuje mnie mój kodeks i jak mam ochotę po pijaku tańczyć pod sceną na koncercie, to nikomu nic do tego.

     Lato to także smród. Smród zapuszczonych melin. Zarzyganych po kątach, obszczanych ciepłym moczem, którego strużki spływają po ścianie i wsiąkają w zakamarki spróchniałych, drewnianych podłóg. Unosi się potem ten fetor, drażniąc nozdrza i powodujący nieznośny odór fekaliów. Wszystko śmierdzi naokoło a dotknięcie czegokolwiek grozi nie tylko upierdoleniem sobie stołu, znaczy ręki, ale także złapaniem jakiegoś syfa, gdzie bakteria kałowa to mały pikuś.

     Zlecenie. Jakaś babka z dzieciakiem przyjechała na mój rejon z innego miasta i osiedliła się pod adresem takim to a takim. Pierwszy raz jadę na ta ulicę więc szukam jej najpierw w Google maps. Szczerze, to w większych miastach sprawdza się Targeo, nawet numery budynków są. Nie, nie robie reklamy Targeo. Jak zapłacą to pomyślimy.

     A tak w ogóle stwierdzam że mało zarabiam. A jak mało zarabiam, to mi się chce mało pracować. A tak w ogóle to potrzebuję samochód. Nie musi być nowy, ważne by mało palił i rdza go nie zżerała. Kurwa, po godzinach zostanę cygańska Rumunką. Ja pierdolę, znowu ten kodeks etyki kuratora, nawet żebrać nie pozwalają. 

     Na papierosach jest napis: „Palenie tytoniu powoduje impotencje”. Jakim cudem patole się rozmnażają, skoro palą najgorsze ścierwo na rynku? Moja konkluzja jest taka, że napisy kłamią.
     Ostatnio miałem przyjemną przygodę. Patol wybrechtał mój samochód. Nie dziwie mu się, bo sam zauważyłem że zaczynam stawiać go w najdalszej części parkingu, bo coraz gorzej prezentuje się wśród tych sąsiadów. Mój podręczny zestaw naprawczy składa się li tylko i wyłącznie z liny do holowania, a mój mechanik coraz częściej przebąkuje ze może mi sprzedać cos lepszego, jak będę zdecydowany cos kupić. Niestety, nic poniżej 10 lat do tysiąca złotych nie potrafi zaoferować.

     Podjechałem pod wskazany adres. Obrzeża miasta, stary czterorodzinny dom. Klatka schodowa, drewniane stopnie, niedomykające się drzwi wejściowe. I ten wszędobylski smród. Smród obszczanych kątów. Dotykam poręczy – jest lepka z brudu przez co z obrzydzeniem cofnąłem rękę. Na stopniach kiepy i niedopałki, jakaś puszka po konserwie z napaćkanymi, wypalonymi papierosami. Zapewne sami impotenci tu mieszkają. Na półpiętrze ćwiartka wódki. Niestety wypita. Mnie interesuje mieszkanie na górze i do niego zmierzam, bacznie lustrując te piękne okoliczności przyrody, w jakich się znalazłem. Im wyżej tym cieplej. Ciepło, a wraz z nim smród unosi się do góry, by pod sufitem utworzyć gęsty kłęb śmierdzących oparów, jakże chwalebnie przyciągający różnego rodzaju latające robactwo. Bzzz, bzz…. Bzyczy to nade mną i siada na mojej białej koszuli. Strząsam obrzydzającym ruchem, tak nieszczęśliwie, że zabijam to cos na sobie, przez co czerwona plama zabitego truchła rozmazała się na moim odzieniu, tworząc na ramieniu piękny krwawy pagon. Zajebiście. Do tego śmierdzi gównem. Smród jest przyklejony do mojej podeszwy w postaci psiej kupy w którą musiałem wdepnąć wchodząc tu. Szybko schodzę na dół i wycieram pobieżnie o kawałek trawy. 

     Z powrotem staje przed drzwiami i pukam, w starą dyktę, która wręcz wgniata się pod naporem pukania. Tu nie było niespodzianki, bo drzwi szybko się otworzyły i stanęła w nich bezzębna kobieta. Znaczy miała zęby, tylko z boku, bo te z przodu były zżarte przez próchnicę, a świadczyły o tym czarne ich zakończenia sterczące z dziąseł. W momencie jak zaczęła mówić, cofnęło mnie o dwa kroki do tyłu. Masakra. Ja wiem że może śmierdzieć z ust, ale takiego odoru to nie zniosę.
     Zaprasza mnie do mieszkania. Wchodzę do przedpokoju i uwagę moja przykuwają śmieci. Cholernie dużo śmieci! Jakby ktoś w ogóle ich nie wyrzucał. W każdym kącie, w każdym wolnym miejscu walają się puste konserwy, opakowania po najtańszej margarynie i różnego rodzaju resztki organicznych odpadów. Do tego dochodzi smród moczu i kału wydobywający się z niedomkniętych drzwi od niby łazienki.
- Bo wie pan, ona tu wynajmowała od nas pokój, o ten… - i otwiera drzwi znajdujące się na końcu korytarza. O ja pierdole – tyle przemknęło mi przez myśl, gdy spojrzałem w jego głąb. Smród i walające się obsrane pampersy na środku tego pomieszczenia tylko dopełniał obraz nędzy i rozpaczy. Odór gówna i wokoło śmieci. Pełno śmieci. Karaluchy i inne gówna łażą po podłodze, utuczone do granic możliwości.
- Ona tu mieszkała? – zapytałem z niedowierzaniem, choć nie byłem przerażony, bardziej zaskoczony i zaciekawiony tym zjawiskiem.
- No tak – odpowiedziała bezzębna dama, kierując swój niewątpliwie oddech w moją stronę, aż mi na wymioty się zebrało.
- I w takich warunkach mieszkała? – zapytałem z niedowierzaniem, choć niewiele potrafi mnie zdziwić.
- No tak – znów ta sama odpowiedź.
- A pani czemu nie posprzątała?
- A jakoś tak czasu nie było – odpowiedziała z uśmiechem na swojej pięknej i ponętnej dwudziestoparoletniej twarzy.

     "Czasu nie było". Zajebiście. Obok zamknięty był jeszcze jeden pokój. Szybkim ruchem reki otworzyłem go w taki sposób, że patolka nie zdążyła zareagować. Ponownie buchnął we mnie odór smrodu, aż miałem ochotę się cofnąć. Zrobiłem dwa kroki do przodu, i stanąłem na jego środku. Wokół mnie znajdowało się pełno czarnych worków na śmieci, niektóre zawiązane, z innych wysypywały się śmieci w postaci pampersów, konserw, starych ubrań, szmat, jakiś butelek plastikowych, spleśniały chleb. Na starej i połamanej meblościance niedojedzone konserwy, pudełka po margarynie, ujebane syfem noże, woreczki foliowe z popleśniałą wędliną. Zupki chińskie, jakieś talerze, tacki, spleśniałe jabłka, ogryzki.
- A ta co wynajmowała pokój to kiedy się wyprowadziła? – dalej przyglądam się pełen podziwu temu mieszkaniu.
- Jakiś tydzień temu, w ogóle nie zapłaciła.
Rzeczywiście, warunki jak z Marriota.
- Z dzieckiem tu mieszkała?
- Tak, takim pięcioletnim.
     Yhm. Notuję i rozglądam się dalej. Na suficie bez oprawki wisi żarówka. Jakieś 40 wat. W oknach brudne, wręcz czarne firany. Szyby ujebane do granic możliwości ledwo przepuszczały światło, pomimo że był gorący i słoneczny dzień. Pod ścianą naprzeciwko meblościanki sta tapczan, rozłożony i przykryty tak brudną i uwaloną pościelą, że czuć było bijący z niej odór. Koło tapczanu łóżeczko.
Łóżeczko?

Kurwa.

Po chuj łóżeczko.

Chyba że….

     Ja przepraszam bardzo. Ale to bardzo przepraszam. Nigdy, ale to nigdy nie trafiła do mnie informacja od pielęgniarki środowiskowej, która przecież ma obowiązek sprawdzić warunki mieszkaniowe i sytuacje dziecka po urodzeniu w miejscu zamieszkania. Ja nie wiem czy te Panie muszą to robić, czy nie. Ja nie wiem, jak to działa gdzie indziej, ale nie rozumiem, jak pielęgniarka idąc w środowisko i widząca taki syf, nie powiadomi Ośrodka Pomocy Społecznej czy Sądu o takich sprawach. Chcę wierzyć, że jest inaczej, a tylko do mnie po prostu nigdy nie trafiło takie zawiadomienie. Przecież nawet, jak nie zostanie wpuszczona, to wystarczy napisać odręcznie pismo do sądu, ze pielęgniarka nie została wpuszczona, a zachowanie matki może świadczyć, że nieprawidłowo sprawuje opiekę nad dzieckiem i to wystarczy. Nawet jak się myli to nie poniesie przecież żadnych konsekwencji. Co najwyżej, nie stwierdzając zaniedbań, zużyje ja trochę paliwa i swojego cennego czasu. 

     "Chyba że" niestety się potwierdziło. Tam leżało dziecko. Małe dziecko, około półroczne. Spało w swojej brudnej pościeli, na której znajdowały się ślady zaschniętych wymiocin po tak zwanym ulaniu się. Włoski tłuste, buzia brudna, podobnie niedomyte rączki. Patolka się zmieszała, zaczęła chyba podejrzewać, że nie jestem zadowolony i zbyt bacznie się rozglądam wokoło.
- A gdzie pani ma łazienkę? – zapytałem i otworzyłem drzwi znajdujące się koło kuchni. Hmm, kuchni? To nie była kuchnia, to był kolejny skład na śmierdzące rzeczy, które pleśniejąc tworzyły wspaniały klimat tego mieszkania. Tam nawet kurwa zlewu nie było!!!
     Kibel. Nie ubikacja, nie WC tylko kibel z wanną, która zardzewiała z piętrzącym się stosem śmieci, wystającymi ponad jej brzegi,  robiły coś na wzór Kopiec Kreta czy Kilimandżaro. Na podłodze pełno wody albo moczu. Trudno ocenić.
Wyszedłem z tego mieszkania. W dniu następnym osobiście złożyłem zawiadomienie o nieprawidłowościach w tej rodzinie.



czwartek, 23 maja 2013

Miranda. Lat 36. Trochę się nachlała (część 2)

Przekroczywszy lewą noga próg mieszkania znalazłem się w świecie który tak uwodzi swoją tajemniczością, a może po prostu jest to świat do którego mnie niezdrowo ciągnie, powodując u mnie ten przyjemny dreszczyk emocji gdy nie wiem co za chwile wydarzy się w tej piekielnej czeluści ludzkiego obłędu. Wykonując swój krok przy przekraczaniu tajemniczej linii oddzielającej mnie od tego co na zewnątrz, od pozornej normalności do świata patola, który w swej hermetyczności stara się ukryć swój całkowicie moralny upadek, spojrzałem na dziewczynkę, która z rozdziawioną buzią patrzyła w moją stronę. Nie wiem co to dziecko czuło, czy było przestraszone tym, że obcy facet włazi jej do mieszkania w poszukiwaniu matki? A może nic nie myślało, czekając na rozwój wypadków? Spoglądając na jej smutną twarzyczkę, z której niewiele mogłem wyczytać w półmroku korytarza, postanowiłem odezwać się do niej, być może po to by złagodzić napięcie do którego się przyczyniłem. 
- Wytrzyj nosek dziewczynko, gile Ci wyszły - nie będę się rozczulał, nie będę uspokajał, nie będę nachylał się nad biednym dzieckiem i "ciumciał" na wszystkie strony że jesteś biedniutka, zaniedbana, nie masz zabaweczek, ubranek i zapewne normalnego jedzonka. Niech to robią inni, którzy mają czas i uspokajają swoje sumienie "ciumcianiem" a potem przeżywaniem przez miesiąc, jaki to ciężki przypadek mieli i jakie biedne oczka dziewczynki widzieli. Nudne to.
- Twoja Mamusia to Miranda? - zapytałem ogilowaną dziewczynkę, która w mankiecik wytarła swój nosek i pokiwała twierdzącą główką, drapiąc się mocno po niej. Stanowczo za mocno.
Wszy. Wszunie. Mendy. Weszki. Robactwa. Cudownie i wspaniale chciało by się rzec patrząc na tego biednego dzieciaczka, szorującego palcami po głowie, aż śmiesznie przymrużała oczy. Kurwa mać, żeby na mnie nie skoczyła żadna. W domu trzymam szampon przeciw-wszowy. Profilaktycznie, by po takich własnie incydentach nalać sobie na głowę tego świństwa, wierząc że wybije ewentualne plugastwo, zanim jakieś jajeczka nie pozostaną na mojej łepatynie, by potem drapać się po głowie. Brrrr. 

Korytarz ma jakieś 3-4 metry długości. Na końcu kuchnia, po lewej łazienka z WC, pokój. Po prawej drugi pokój. Zaglądam do najbliższego pokoju po prawej stronie. Lekko uchylone drzwi, z wybitą szybą i zasłonięte starą szmatą łatwo, za pomocą jednego popchnięcia dają się otworzyć. 

Pokój wydawał się całkiem przytulny rzekłbym nawet, gdyby nie grzyb na ścianie, urwany  żyrandol zwisający na jednym kabelku, odchodząca brudnożółta tapeta i stara, zniszczona i połamana meblościanka. Aha, jeszcze łóżko czyli zarwany tapczan pamiętający czasy późnego Gierka, a może Bieruta lub innego Cyrankiewicza. Ciekawie z kolei wyglądała podłoga. Takie drewniane dechy, pomalowane olejnicą i poprzecierane w miejscach gdzie najwięcej się chodzi. Zresztą, walające się śmieci skutecznie utrudniały rozpoznanie jakiego koloru jest. Już miałem cofnąć się do przedpokoju i przejść do następnego pomieszczenia w poszukiwaniu mamusi tejże dziewczynki, gdy moją uwagę przykuł człekopodobny kształt leżący pomiędzy zarwanym tapczanem a stołem, stojącym pod oknem, które o dziwo miało wszystkie szyby, tylko troszkę ujebaną zasłonkę, pewnie 10 lat nie zdejmowaną. Jak oblepi się wystarczającą ilością brudu, to sama spadnie. Proste i nieskomplikowane.
- To twój tatuś? - zapytałem dziewczynkę, która spojrzała na mnie z taką miną obrzydzenia, mówiącą jak śmiałem w ogóle o coś takiego zapytać. 
- Nie.
- A co to za Pan?
Wzruszyła swoimi wątłymi ramionami, a ja podszedłem do leżącego truchła, by sprawdzić chociaż czy żyje jeszcze i oddycha jakże świeżym i zagrzybionym powietrzem. Nachyliłem się nad nim, zwracając uwagę na rzygowiny, które przykrył swoim ciałem. 

--------------------------------------------------
Ktoś. Lat nieustalono. Wstydzi się że nabrudził.
--------------------------------------------------
"Pewnie się wstydzi że nabrudził" - pomyślałem, patrząc na otwierające się ślipia gentlemana, który pewnie ze zmęczenia położył się na podłodze, by brudną kufajką i kaloszami na nogach nie pobrudzić tapczanu. Biedaczysko, tak żeby ciężka praca niszczyła ludzi. Pewnie na śmieciowej umowie robi. Wszystko przez tego Tuska.
Lezący biedaczek wybełkotał coś w moją stronę i dalej poszedł sobie spać, rozsmarowując ręką wymiociny, które znajdowały się obok jego głowy. 

Cofnąłem się na korytarz i swoje kroki skierowałem do drugiego pokoju, w nadziei że zastanę Melindę czy Mirandę a może Mirindę w stanie podobnym do tego, w jakim widziałem jej współlokatora, który pewnie do czynszu się jej dokłada i pomaga w wychowaniu dzieciątek, gdy jej konkubent zapierdala u gospodarzy, by na bułeczki i chlebek zarobić. 

Drugi pokój wyglądał troszkę lepiej niż poprzedni. Pod oknem, przez które wpadało trochę promieni słonecznych i które rozświetlały to wspaniałe pomieszczenie, stał wielki fotel. Na fotelu z zamkniętymi oczami siedziała ona. Mirinda. Miranda znaczy.Włos rozpuszczony, posklejany czymś, ręce na kolanach a na swą ponętną figurę zarzuciła coś na kształt halki. Oczy zamknięte, usta rozszerzone. Trup.

----------------------------------------------
Miranda. Podczas snu udaje trupa.
----------------------------------------------
No dobra, nie była trupem bo za chwile otworzyła oczy i spojrzała na mnie, w pośpiechu zakrywając swoje owłosione nóżki, z wielkimi czarnymi paznokciami u delikatnych stópek. 
- Dzień dobry, kuratorem jestem... - zacząłem od przedstawienia się, gdy tylko jej ponętny wzrok padł na moje lico, wywołując ukłucie w pęcherzu moczowym.
Miranda zerwała się z fotela, aż ten zaskrzypiał ze starości, wydając ostatnie jęki swojego istnienia i stanęła naprzeciwko mnie z wyciągniętą ręką, by się przywitać. 
- Miranda. W czym mogę służyć. O co chodzi? - zapytała nie znoszącym sprzeciwu głosem, aż uśmiechnąłem się lekko, rozbawiony jej postawą. W międzyczasie rozejrzałem się po pomieszczeniu w którym się znajdowałem i ze zdziwieniem odkryłem że w rogu na rozkładanym fotelu leżała jeszcze jedna człekokształtna istota, opatulona jakimś czarno-szarym kocem. też chyba nie-trup. 
- Mam informację, że tutaj opiekę nad dziećmi sprawują pijane osoby - tłumacze jej cel swojej niespodziewanej wizyty, a ona w międzyczasie przyjmuje rożne poważne miny, raz usta w dzióbek składając a innym razem rozdziawia szeroko usta, kiwając przecząco głową.
- To jest, proszę pana, wierutne kłamstwo! To oszczerstwa i pomówienia! -o kurwa! Jaka wyedukowana i jakie słownictwo zna. 
- Piła Pani alkohol? - zapytałem wprost.
- Wczoraj i owszem. Imieniny kolegi były, ale dzisiaj jestem trzeźwa.  - poinformowała mnie ponownie wydymając usta w różne strony. jak ona to robi? jakieś inne mięśnie usta ma, czy cholera wie. Albo takie wyćwiczone w udawaniu niewiniątka.
- A dwoje Pani dzieci gdzie są?
- Bawią się, na podwórku, a co?
- Nic. chcę je zobaczyć.
- Po co?
- Bo chcę się przekonać, czy w ogóle są i czy im nic się stało - informuje ją, bo mnie drażni taka jałowa dyskusja.
- Gwarantuje ze im się nic nie stało - mało przekonywająco to zabrzmiało.
- Dobrze, ale i tak chce je zobaczyć. Zadzwonię na Policje i przebada się Pani alkomatem - stwierdziłem i wyciągnąłem telefon, by zadzwonić na komisariat z prośba o interwencję.
- Proszę bardzo, niech Pan dzwoni. - pewna siebie odpowiedziała w moją strona, a ja w duchu zastanawiałem się, co dalej z dzieciakami, gdy okaże się że jednak najebana jest.

Ile to ja już takich patoli miałem, co sprawiali wrażenie że trzeźwi są jak Pan Bóg przykazał, Koran, Biblia i Mahomet, a wydmuchiwali po ileś tam promili. W ciągach alkoholowych organizmy tak są przyzwyczajone do życiodajnego płynu, że powinno im się raczej określać promil krwi w alkoholu niż alkoholu we krwi. Skończą jakąś interwencję i przyjadą, tyle ustaliłem przez telefon a w międzyczasie ponawiam swoją prośbę o pokazanie dwójki maluczkich dzieciaczków.

- Zdzisiek - pójdź po dzieci, bo Pan kurator chce je zobaczyć - ponownie wydymając śmiesznie swoje usta zwróciła się w kierunku niby-człowieka leżącego na rozkładanym fotelu.

-----------------------------------------
Zdzichu. Lat 40. Jego hobby to leżenie
-----------------------------------------

Zdzichu wstał, spojrzał zaropiałymi oczkami to w moją stronę, to w stronę Mirandy, podrapał się po głowie, w celu zebrania myśli, i wypowiedział znamienne słowa:
- Jakie dzieci?
Masakra. Zdzichu nie ogarnął jeszcze albo się nie obudził.
- Nasze dzieci, głupku jeden. Wanesse i Nicolę. Na podwórku gdzieś latają. Leć kurwa i poszukaj! - ostatnie zdanie Miranda wykrzyczała wręcz, doskakując do Zdzicha i popychając w kierunku drzwi. Zdzichu poszedł, mamrocząc coś pod nosem.

Powiedziałem Mirandzie że czekamy na Policje a w pokoju leży zarzygany menel. Zrobiła wielkie oczy i poleciała sprawdzić, a ja wyszedłem na zewnątrz mieszkania, odetchnąć świeżym powietrzem. Podjechałem do sołtysowej, wypytać co się u Mirandy dzieje. Nic ciekawego w sumie nie powiedziała. Że piją i takie tam. Nic nowego. 
Przyjechał radiowóz. Wracam pod blok, podchodzę do Policjantów. Znajomi. Kilka niewybrednych żartów i wchodzimy do mieszkania Mirandy i Zdzicha. Na schodach mijamy siedzącego menela, całego w zarzyganej kapocie i niemrawo ocierającego gila, który wyszedł mu z kichawy. Smacznego.

W mieszkaniu zastaliśmy Zdzicha, Mirandę i trojkę dzieciątek. Alkomat przygotowany i strzelamy po kolei. Na pierwszy ogień idzie Zdzichu. Pufff i nagle wyskakuje 0,6, czyli ponad jeden promil. Pięknie.   Druga Miranda. Puffff. i........ ZERO!
Jeszcze raz, coś chyba się zjebało.
Pufff..... ZERO!

Miranda jest trzeźwa. Aż trudno uwierzyć. Cud na cudy pod niebiosa. Albo wytrzeźwiała, albo rzeczywiście alkomat nad nią się zlitował wskazując ZERO. Miranda stanęła nade mną pełna triumfu z wysuniętym dzióbkiem by rzec:
- I co teraz?
Pozostało nic innego jak pouczyć, zwrócić uwagę na menela w domu, zagonić do sprzątania rzygowin i przestrzec, że następnym razem także znienacka ktoś zajedzie. Miranda triumfowała. Bitwa przegrana, lecz nie wojna.





środa, 15 maja 2013

Nadesłane: Kontrast



Kiedy byłem tu pierwszy raz to nie trafiłem do podopiecznego, byłem wtedy aplikantem i przyjechałem razem ze swoim patronem na wywiad środowiskowy odnośnie zachowania Kowalskiego.
Tam gdzie dojechaliśmy skończyła się droga i stał mocno zrujnowany domek, bez ogrodzenia. Dzięki czemu mogliśmy wejść i zobaczyć , że ktoś go remontuje. Niemniej nikogo nie zastaliśmy, nie było również nikogo w pięknej willi nieopodal.

Dziś po kilku latach jadę tu sam. Zmienił się teren działania mojego byłego patrona teraz mam go ja.  Mam do przeprowadzenia wywiad, kontrolny- czy skazany, który uzyskał przerwę w odbywaniu kary z uwagi na konieczność opieki nad rodziną   właściwie ją wykorzystuje.

Jest piękny słoneczny dzień, gorąco u mnie w aucie. Klima dawno padła i nie stać mnie na naprawę ale i nie mogę pozostać na parę dni bez auta, nie mogę po prostu oddać do naprawy. Skręcam z głównej asfaltowej drogi obok ładnego dworku w prawo, w polna drogę. Droga jest szutrowa, nawet niezła. Skręca raz w lewo raz w prawo, wije się leniwie przez pola gdzie wzrastają plony, tu rzepak, tam pszenica i inne, których nawet nie znam.. W oddali widzę jakby zagajnik. Droga prowadzi wprost do niego. Droga się kończy takim niewielkim placykiem, jakby ubita polanka- rondo. Dookoła wysokie drzewa, sosny i topole. Na wprost płynie czyściutki strumyk a właściwe taka mała rzeczka. Po prawej wspaniała willa – jakiegoś lekarza. Przez posesję owej willi płynie też wspomniana rzeczka. Po lewej jakby odrestaurowane ruiny malutkiego domku, trudno to opisać, po prostu ze trzy ściany z cegieł, stare okno, bez dachu, dookoła troszkę porozsypywanych niby bez ładu cegieł, poustawiane  stare koła od wozów, kwiaty w doniczkach, niskie choinki, pięknie przystrzyżona trawa, huśtawka  z baldachimem, teren ogrodzony ładnym około  półtorametrowym płotem. Dziś wiem, że to teren rekreacyjny innego lekarza.
Do opisanego terenu przylega dom do którego trafiłem kiedyś jako aplikant razem z patronem, wtedy był remontowany- dziś faktycznie wyremontowany w starym stylu. Dookoła również urządzone podobnie jak na terenie rekreacyjnym lekarza, kwiaty w donicach, niskie drzewa iglaste, stare wozy tzw. drabiniaste,  przystrzyżony trawnik, kostka brukowa w trawniku a do tego akurat trafiłem na czas kiedy ,,ostre’’ słońce przebija się przez te wysokie topole i sosny, tworząc zdecydowanie bardziej oświetlone niektóre miejsca- coś pięknego. Tu mieszka inny bogaty człowiek, chyba trochę samotny, nie wiem dokładnie ale miły gość.
Tak tu kończy się moja jazda samochodem, do  posesji Kowalskiego dojechać może dalej tylko terenówka. Pomimo suchej aury, nie odważę się jechać dalej wzdłuż rzeki, zbyt duże koleiny i to już nie jest właściwie droga tylko trochę bardziej ubita ziemia.
Wysiadam z auta, wołam od furtki wspomnianego gościa- nie mam odwagi wejść, na tabliczce wyraźny napis z mordą psa popularnego ,,Kaukaza’’ – ja dobiegam do furtki  w 5 sekund a Ty ?
Pies faktycznie już na mnie czekał jak tylko auto usłyszał- ale nie szczeka, jednak jest w jego wzroku coś takiego, że ciary przechodzą. Na szczęście jest właściciel- przedstawiam się, mówię że chodzi o Kowalskiego, że wcześniej przychodziła tu taka pani itd. Facet miły, tak, pamięta- opowiada, że u Kowalskiego wszystko po staremu, ,,opiekuje się rodziną’’, nie pije. Jeszcze tylko pytam czy mogę tu auto na chwilę zostawić- bez problemu.
Tak więc idę błotnistym szlakiem wzdłuż czystej uregulowanej rzeczki jakieś 200 metrów. Za rzeczką pola a dalej lasek. Po lewej jeszcze kawałek mam posesje rozmówcy. Płot, potem wzdłuż płotu kilka sosen i innych drzew jakby pozostałość po starym lesie i .. inny świat.
Po prawej nadal mam rzeczkę a właściwie zrobiony w tym miejscu taki przepust, staw hodowlany, za to po lewej zaczyna się od góry śmieci. Stare graty które chyba kiedyś wyjadą na złom, stara komoda, stosy puszek ale nie po piwie tylko po konserwach, łupki po jajkach , na to narzucone trochę skoszonej gnijącej już trawy , jakieś papiery.
Zaraz za tą kupą ,,wszystkiego’’ studnia.  Na szczęście chyba nikt z niej nie korzysta bo wokół jakoś tak sucho i przykryta betonowymi kręgami.
No i ukazuje mi się dom w którym mieszka Kowalski.
Czy widzieliście pogorzelisko?  Tak więc ten dom to jest pozostałość pogorzeliska, nieco odremontowana, zamiast okien ma deski, zamiast drzwi ma szmatę, komin nadal okopcony , gdzie niegdzie na zewnątrz widać ślady ,,nowego’’ tynku. Nowy tzn. jakiś 20 letni. Nie ma bieżącej wody, gazu ani prądu który to najpierw został odłączony z powodu pożaru a później z powodu nie płacenia. Wchodzę na ganek i dylemat iść prosto w ciemną czeluść czy w prawo schodami w górę?  Głośno wołam Panie Kowalski ! Panie Kowalski ! Zewsząd dobiegają mnie pochrząkiwania, beczenie, szczekanie i miauczenie i Bóg wie co jeszcze. Ale na końcu korytarza widzę światełko ( światło dzienne), uchylają się drzwi w głębi domu . To Kowalski- tędy, tędy proszę. Ja pierdole ale schiza jak u Hitchcocka.

Kowalski -  ze 160 cm wzrostu, może 60 kg wagi. Zarośnięty na twarzy jak małpa ale uśmiechnięty, grzeczny, dużo mówi. Kiedyś był żonaty, ma dwoje dorosłych już dzieci. Rozpił się. Dom mu się spalił jeszcze w trakcie małżeństwa i zaczął go odbudowywać. Odbudował tyle, że ma dach nad głową. W trakcie też pił. Pił na umór do dna i do desek. Opuściła go żona z dziećmi. Pozostały mu ruiny domu z kawałkiem pola, które stoi odłogiem a uprawia tylko niewielki ogródek. Kiedy żona go opuściła on starał się nadal odbudowywać dom. To znaczy bardziej sklejał, czy zbijał gwoździami do kupy. Coś tam wymurował, tym czymś były tylko schody na piętro. Niestety schody przystosowane są chyba tylko do jego stóp- rozmiar może 40, ja tam wchodząc musiałem iść bokiem. Kiedyś jak poszedł do pobliskiej zrujnowanej stodoły kraść chyba jakieś belki stropowe to spadł z wysokości ok. pierwszego pietra  i pewnie wyzionął by tam ducha gdyby nie jakieś dzieci, które przyszły tam po dwóch dniach się bawić i go znalazły. Trafił do szpitala gdzie stwierdzono pękniętą czaszkę, wstrząs mózgu, poważny uraz kręgosłupa i wychłodzenie. Normalny człowiek pewnie zostałby warzywem on się wylizał. Utrzymywał się sam z ( to na później) oraz z poszukiwania staroci wśród znajomych czy  obcych ludzi ,gdzie coś tam pomagał w zamian za jakiś stary mebel, zegar, obraz, czy porcelanę które to rzeczy później odsprzedawał.  Niestety towarzystwo ,,szemrane’’ to i dał się naciągnąć na ,,słupa’’. Nieświadomie też  przywłaszczył sobie gdzieś jakieś drewno. Jeszcze jakieś ,,drobne’’ wyroki. W końcu trafił do ZK. Nie był wcześniej pod dozorem.
Okoliczni mieszkańcy kontaktowali się z sądem w sprawie ,,opieki’’ nad rodziną osadzonego – wysyłali po prostu pisma. Co poskutkowało złożeniem wniosku przez Kowalskiego o udzielenie przerwy w odbywaniu kary , którą to otrzymał a ja teraz dostałem zlecenie przeprowadzenia wywiadu na okoliczność właściwego wykorzystania przerwy.

Teraz widzę uchylone drzwi w głębi domu przez które dolatuje do mnie słabe dzienne światło, idę tam. Po drodze mijam jakieś bele słomy, worki ze zbożem.
Wchodzę do pomieszczenia wielkości 3,5 metra na może 3 metry, samo wejście sprawia problem, ja duży jestem a drzwi nie bardzo chcą się więcej otworzyć gdyż za nimi jakieś kolejne worki nie wiadomo z czym. W środku leżanka zarzucona chyba codziennymi ubraniami i zaplamionymi gazetami, w lewym rogu pokoju piec typu koza z rurą spalinową wyprowadzoną przez częściowo zabite okno. Na niej kubek               z herbatą i jakieś brudne sztućce oraz talerz z nieokreślona zupą która dość ładnie pachnie.  Po prawej stara komoda i krzesło. Na komodzie biała miska metalowa i dwa oskórowane króliki – rzeźnia normalnie.  Stołu brak. Wszędzie porozwieszany czosnek i cebula w pęczkach. Jakaś karma dla zwierząt w worku no name. Podłoga to beton z plamami wszelkiej maści i mnóstwem kurzu, ziemi, jakichś ziaren. Może bym i usiadł gdybym miał gdzie aby coś zanotować, ale gdzie? Kowalski  czuje o co chodzi szybciutko zgarnia trochę szmat z leżanki – zaprasza. Usiadłem. Już chcę torbę rozpinać aby wyciągnąć kapownik gdy dostrzegam pod krzesłem zawiązany worek i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że worek się rusza i to nawet dość energicznie. Robię oczy jak pięć złotych i pytam co to tam jest ?
- gołębie proszę pana
- ?
- no znajomy chce, muszę je zabić, oskubać i wypatroszyć, rosół będzie robił, chce Pan jednego ?
- nie
Myślę- ja pierdolę, wymiękam co jeszcze w tym domu duchów mnie spotka.
Kowalski opowiada co robi, z czego żyje, jakie ma plany. Planem podstawowym jest załatwienie aby w domu ponownie był prąd, jest to warunkiem podstawowym aby skazany mógł resztę kary odbyć w systemie dozoru elektronicznego ( kara którą miał do obycia była do jednego roku ). Poza tym ma wyznaczone mnóstwo terminów badań neurologicznych i ortopedycznych i Bóg wie jakich  jeszcze.
Kowalski miły, nawet sympatyczny na swój sposób. Dobra spisałem wszystko, mówię, że będę raczej opiniował pozytywnie jak zobaczę ,,rodzinę’’. Kowalski nie posiada się z radości i w dowód wdzięczności chce mi kiełbasę swojską wręczać – jakoś nie mogę jej przyjąć, nigdy nie przyjmuję niczego, nawet herbaty u podopiecznych- zdarza się, że szklankę wody jak jest bardzo gorąco ale tej kiełbasy nie wziąłbym nawet gdybym mógł. Wyglądała i pachniała ładnie ale warunki higieniczne…
Dobra wychodzimy z tego pokoju. Ja widzę tylko światło wpadające z wejścia, z miejsca z którego wszedłem do domu, Kowalski prowadzi mnie   w lewo, w malutki ciemny korytarzyk. Na końcu wnęka, tu były drzwi, wchodzę a na wprost mnie… owca spokojnie gryzie sobie trawę. Obok niej dwie kozy, patrzą na mnie zaciekawione a ja na nie. Kowalski prowadzi dalej. W lewym rogu tego pokoju jakby komórka czy coś, chyba kiedyś miał być to jakiś  aneks kuchenny czy garderoba a tam trzecia koza tyle, że w ciąży. Koza leży. Pytam Kowalskiego o to, czy to dobrze czy tak ma być? Kowalski mówi, że jutro lub pojutrze będzie poród odbierał. Ja pierdole – myślę.
W pokojach jest…czysto, zwierzęta mają czystą słomę. O dziwo jest nawet w miarę jasno i nie śmierdzi. Deski którymi są zabite okna mają chyba specjalnie pozostawione szpary  w celu wentylacji i po to aby trochę światła wpadało. Wrażenie, że światło pada znikąd. Wychodzimy, korytarzyk i drzwi na wprost- te widziałem wcześniej ale są zamknięte. Otwieramy- od razu uderza mnie nieprzyjemny zapach, nie no po prostu wali jak stodoła- gównem. Nie wchodzę, Kowalski wchodzi i pokazuje- krowę. Fajna brązowa krasula. Kowalski mówi, że jak pójdę to ją jeszcze wydoi i na pastwisko wyprowadzi. Mówi też, że specjalnie drzwi są bo tyle sra, że nie wyrobiłby z ciągłym sprzątaniem. Idziemy dalej, wracamy do wejścia do domu i tymi schodami na górę. Schodami o wąskich stopniach gdzie bokiem musiałem iść a o mało co i tak bym się nie wypieprzył. Wchodzimy na piętro, takie z tzw. skosami czyli to już bardziej poddasze. Ogólnie wolna przestrzeń i jakby boksy. Po prawej coś jakby magazyn, na słomę, siano, jakieś zboża i karmy, sporo tego. Dalej po prawej zagroda z desek, wysokości Ok 140 cm. a w niej króliki. Kowalski mówi, że młode ma. Patrzę, patrzę i nie widzę. Gdzie?- pytam. No tam niech Pan patrzy- no faktycznie, teraz dopiero się przyjrzałem, tam gdzie są króliki jest ściółka, twarda , ubita. Igliwie pomieszane sam nie wiem z czym, ze słomą czy wiórami. W tej ściółce są  norki i co jakiś czas wychyla się malutka główka. Dorosłe króliki  zupełnie się nie boją, małe jeszcze nie przyzwyczajone chowają się w tych norkach. Zagroda dla królików ma jakieś 20 metrów kwadratowych.
Po lewej stronie od schodów którymi weszliśmy znajduje się rama drzwiowa z drzwiami, tak całkiem sama. Nie ma ścian wokół. Pewnie kiedyś były i albo kowalski je rozebrał albo zawaliły się podczas pożaru.
Wygląda to trochę jak zamknięta brama do lasu, po prostu śmiesznie.  Za ,,bramą do lasu’’  kurnik. W środku kury, kogut, grzędy. Znajduje się tam też gołębnik.
Schodzimy na dół. Kowalski pokazał mi jeszcze świnię, wielka maciorę w boksie przyległym do domu.  Na odchodne przybiegły jeszcze dwa niewielkie kundelki, Kowalski mówi, że to też jego. Odprowadza mnie do rzeczki wskazując na ten niewielki staw, mówi że pomagał go budować i może tu łowić ryby.


Wywiad napisałem pozytywny, Kowalski należycie ( jak na moje oko) wywiązuje się   z obowiązku opieki nad ,,rodziną’’.

Podczas pobytu kowalskiego w zakładzie karnym zwierzętami Kowalskiego opiekowało się pół wioski, sołtys, weterynarz i jakiś leśniczy.

Kowalski miał 6 miesięcy przerwy w odbywaniu kary, przez ten czas regularnie co dwa tygodnie odwiedzał mnie w biurze i zdawał relacje z wyników badań lekarskich oraz co tam u niego ogólnie słychać – choć wcale nie musiał. Udało mu się z pomocą sąsiadów i w końcu OPS ( pomimo tego, że tak naprawdę był samowystarczalny- żywnościowo) zapłacić dług w zakładzie energetycznym i ponownie podłączyć prąd co też skutkowało możliwością odbycia reszty kary w systemie dozoru elektronicznego.

Art. 153 § 2 KKW Sąd penitencjarny może udzielić przerwy w wykonaniu kary pozbawienia wolności, jeżeli przemawiają za tym ważne względy rodzinne lub osobiste.

Koniec

Szanowny czytelniku-pewnie po przeczytaniu tego zadajesz sobie pytanie dlaczego  o tym napisałem lub po prostu kwitujesz to stwierdzenie- słabe, właściwie bez akcji, same opisy.
Tak to prawda , akcji nie ma wiele ale w tym miejscu jest jakaś magia coś pięknego i zarazem niepokojącego. Nie wiem czy udało mi się to właściwie uchwycić i ukazać -choć starałem się jak umiałem, nie jestem zawodowym pisarzem-  ale to już do oceny pozostawiam Wam.

kane
bzdet14@o2.pl