sobota, 9 czerwca 2012

Jak prosiaczek

Piątek, ostatnie minuty do końca pracy, kiedy to biurko już posprzątane a na komputerze służbowym  czytam jakieś nudy na portalu informacyjnym. Weekend zaplanowany. W piątek wieczorek wyjazd na koncert a w sobotę impreza ze znajomymi. Czasami robię sobie taki weekendowy „katharsis”, odmóżdzając się i nie myśląc o robocie. Ekipę na imprezy mam fajną – imprezuje z nami koleś, który ze względu na stan zdrowia (podobno) nie może pić alkoholu. Dzięki temu mamy kierowcę, który jednej nocy wozi nas po połowie województwa. Jednym słowem - melanż.
Siedzę ja sobie przed tym komputerem, myśląc ile kasy będę mógł przetracić. Błogo robi się na duszy na samą myśl o przyziemnych przyjemnościach, jakże czasami potrzebnych w tym przesiąkniętym patologią życiu.
- Wywiad masz – z zadumy wyrwał mnie głos koleżanki – pilny!
- dobra, po weekendzie, nic teraz nie robię – odpowiedziałem, nie przeczuwając niczego. Te pilne wywiady to w większości o kant dupy rozbić. Idzie ci takie zlecenie przez tydzień pocztą, potem leży w sekretariacie 3 dni, zanim przewodnicząca się zapozna to następne dni. A potem wpierdolą termin 2-3 dniowy i musisz zapierdalać na koniec powiatu, choćby to święto było, bo kurwa pilny.
- Ile dni na zrobienie? – pytam koleżanki, która stoi nade mną ze zleceniem.
- 3 dni.
Kurwa, w poniedziałek rano gruba i pulchna sędzina chce mieć go na biurku. Ona w weekend będzie odpoczywać, a ja będę zapierdalał po wiochach. No cóż, sam taki zawód wybrałem, lecz i tak wkurwiony jestem
 Czytam zlecenie. Szpital zawiadamia że któregoś tam dnia przyjęli dziecko na oddział, jednoroczne, które nie miało żadnych szczepień, zaniedbane, sińce na ciele, niedowaga. W poniedziałek mają dzieciaka do domu wypisać, ale te zaniedbania i tak dalej.
W sobotę mam zajebistego kaca. Przesadziliśmy po koncercie. Troszeczkę. Budzę się koło południa, ibuprom na ból głowy i z 2 litry wody wlałem w siebie. Chętnie bym pospał jeszcze ale ten wywiad. Na kacu jeździć nie można, wiec odczekuje jeszcze 2 godziny, aż zacznę dochodzić do siebie i jadę. Dokładnie 37 kilometrów w jedna stronę. Najdalej wysunięta wiocha we właściwości mojego sądu.
Miejscowość do której przybyłem, to typowa popegeerowska wiocha, w której centrum jest blokowisko. Jeden z największych pegeerów w okolicy tu był. Sześć bloków mieszkalnych, każdy czteropiętrowy, dwuklatkowy. Była świetlica, była szkoła, klub sportowy też mieli, nie mówiąc o sławnej knajpie, znanej w okolicy z niezłych kiedyś baletów i łatwych dziewczyn.
Teraz to zostały tylko bloki. Państwowe Gospodarstwo Rolne upadło, a ludzie się rozchylali. Strach tam przebywać wieczorami, jak nie jesteś miejscowy.
Parkuje pod blokiem, koło 20 letniej beemwicy, otoczonej przez czterech łepków w dresach ortalionowych. Te wszystkie żarty o nich to szczera prawda. Młode chłopaki, a niektórzy już zębów na przedzie mają. Obok mnie na prowizorycznym parkingu stoją przeważnie polonezy i samochody nie młodsze, niż mój 15-letni zabytek. Cudownie, kurwa, cudownie pomyślałem, rozglądając się wokoło. Wiochę tą robię w zastępstwie za koleżankę, która w trzecim miesiącu ciąży poszła na zwolnienie więc nigdy tu nie byłem. Też bym tak zrobił będąc na jej miejscu. Przynajmniej odpocznie sobie od tego syfu.
Odnajduję klatkę, która o dziwo pomimo wielu lat nieremontowania jest w miarę czysta. Zanim trafię pod odpowiednie drzwi, pukam do sąsiadów.
- ja nic nie wiem, nie interesuję się, ja głucha jestem – odpowiedź na oko 60-letniej sąsiadki, której wygląd fizyczny wskazywał, że lubi sobie jebnąc coś w gardełko przynajmniej 5 razy w tygodniu.
- Ja powiem, ale wejdzie pan – to druga sąsiadka, trochę młodsza, ale wystraszona. Zna rodzinkę tego dzieciaczka i już patrzeć nie może co tu się dzieje. Bo ciągle tam chleją i awantury są. Ona się boi, bo tam różne pijaki przyłażą i tłuką się na korytarzu, dobijają po nocach do drzwi. Ale to prawda, jest tam źle.
Podziękowałem, nazwiska ani numeru mieszkania sąsiadki do sprawozdania nie wpiszę. Nikt do tego mnie nie zmusi, a z doświadczenia wiem, że jak jest potem sprawa, to potrafią takie patole wyciągnąć mój wywiad z akt i robić jazdy sąsiadom.
Wchodzę dalej, bo doczłapać się musze na czwarte piętro. Krew uderza mi do głowy na trzecim piętrze. To jeszcze resztki kaca dają znać o sobie, przypominając, że mój organizm nie wrócił jeszcze do kondycji z dnia poprzedniego.
Staje przed mieszkaniem, którego wywiad dotyczy. Nic szczególnego, nawet drzwi wymienione. Pukam.
- Kto tam? – jakiś głos babiny odzywa się z wewnątrz.
- Kurator – odpowiadam – z sądu.
- Kto?
- Kurator z sądu! – już głośniej mówię.
- Nie słyszę, kto!? – znowu pyta
Kurwa, nie mogę.
- Otwiera pani, kurator!!! – wydarłem się na klatce, aż sam się przestraszyłem, że tak głośno to zabrzmiało.
Odgłos zamka w drzwiach, które się uchylają za chwile, ale zablokowane są porządnym, grubym łańcuchem. Wychyla się głowa, babiny na oko 70-letniej, z widoczną zaćma na oczach, ubrana w jakąś halkę czy chuj wie co. Mówię jej że szukam rodziców dzieciaka, który jest w szpitalu.
- Nie ma ich – i jebut, trzasnęła drzwiami.
Trzy głębokie wdechy, policz: jeden, dwa, trzy. Nie pomaga.
- Wpuści mnie pani, chce zobaczyć w jakich warunkach dziecko żyje, otworzy pani!!! – drę się na korytarzu jak opętany. Chuja otworzy.
- Ja nie wpuszczam nikogo, oni są w szpitalu, ja nie będę z nikim gadać, to nie moja sprawa – wydarła się w moją stronę przez zamknięte drzwi a mnie kurwica brała, na myśl ze będę musiał tu jechać. No nic, nic więcej nie zrobię. Schodzę na dół. Na drugim Pietrze dwie sąsiadki stoją. Na mój widok zamilkły, ale po chwili jedna zaczęła mówić.
- panie, zróbcie cos z nimi, bo tego dzieciaka szkoda – mówi jedna
- tak, tak, szkoda – wtóruje druga.
- Panie, ona dziecku nic nie kupuje, tego dzieciaka ona karmi cycem, jak narąbana jest i ledwo na nogach stoi. Tam jest melina – znowu pierwsza relacjonuje.
- A ostatnio – to już druga, ale bardzo ściszonym głosem – panie, to dziecko to już nie płakało, one tak kwiliło, jak prosiaczek jakiś, tak: kłi, kłi, kłi… one już siły nie miało płakać.
- Panie, nie oddawajcie jej tego dziecka, ona kiedyś mówiła, że jak dużo płacze, to mu smoczek w winie moczy.
Jeden, dwa, trzy, jeden, dwa, trzy, jeden, dwa, trzy. Kurwa, nie pomaga.
Patole podobno są w szpitalu u dziecka. Jadę tam. To po drodze do domu mojego. W szpitalu szukam lekarza dyżurnego. Sympatyczna Pani doktor szybko znalazła dla mnie czas. Dzieciak wylądował u nich, bo rodzice kilka dni temu, przypomnieli sobie jednak, że mają zrobić jakieś szczepienia i przyjechali na izbę przyjęć z dzieckiem do szpitala. Tam przytomna pielęgniarka, czując od rodziców alkohol, i widząc roczne dziecko wielkości 3-miesięcznego, zawołała szybko lekarza i uzgodnili z rodzicami, że mały musi zostać na badaniach. Dzięki Bogu, że ktoś zwraca na to uwagę.
Dzieciak rzeczywiście przyjęty w stanie niedowagi, niedożywienie, zaniedbany higienicznie, ślady siniaków na ciele, brak szczepień, zapalenie płuc!!! W opinii lekarki, jest ten dzieciaczek uzależniony od alkoholu. Strasznie płacze, wyje wręcz, prawdopodobnie domaga się alkoholu i jest na głodzie.
Jeden, dwa, trzy, jeden, dwa, trzy. Kurwa, nie pomaga.
Kochana mamusia i tatuś dzieciaczka, są w szpitalu. Przynieśli mu pieluszki, mleczko, kupili maskotkę. W rozmowie ze mną, na co udostępniono mi gabinet lekarza, mówili jak to bardzo żałują, że tak się stało. Zapomnieli o tych szczepieniach. A libacje alkoholowe w domu to nie oni, to jego brat w gości przyjechał i kilka razy popiwkowa li sobie, ale to nic złego przecież. Najciekawsza była rozmowa z matką:
- ma pani jakieś dzieci jeszcze? – pytam
Chwila zawahania, wzrok w stół.
- Nie – odpowiada.
Kłamie szmata. Kłamie. Jeden, dwa, trzy, jeden, dwa, trzy. Kurwa, nie pomaga.
- Czy     ma      pani     dzieci     jakieś      oprócz     tego      tutaj? – powoli, stopując każdy wyraz pytam raz jeszcze patola.
Spojrzała na mnie i wzrok w stół.
- mam, sześcioro – odpowiedziała.
- Gdzie są?
- Dwoje u ojca, troje w domu dziecka a najstarsza córka to nie wiem, dorosła już jest i nie mam z nią kontaktu.

W poniedziałek dzieciak ma zostać wypisany. Wychodząc ze szpitala podbiegł do mnie tatuś jego i pyta.
- Panie kuratorze, ale co, dobrze jest?
Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy, to zrobić jeden krok do przodu, lekko odchylić się, zrobić zamaszysty ruch ręką i pięścią pierdolnąć mu w ten  zachlany ryj. Jeden, dwa trzy, jeden, dwa, trzy. O kurwa, pomogło.

Dzieciak wylądował w Pogotowiu Rodzinnym. Nie dostali go. Matka jego pojechała gdzieś w Polskę. Mam nadzieję, że już nie urodzi.

środa, 6 czerwca 2012

Kundelek


Matulka, mamusia, mamunia, tak dzieci określają swą rodzicielkę, mając szczęśliwe i zadowolone dzieciństwo. Matka, stara – tak już starsze dzieci mówią o swej rodzicielce która nie pozwala na rzeczy, które mogą robić tylko dorośli. A jak dzieci mówią na matkę, która wybrała menelstwo i kurwienie się po tanich winach? Mówią „kurwa, szmata” lub po prostu: ONA. Określenie matki – ONA. Bezosobowa postać, której się wstydzą, a jednocześnie tęsknią, idealizując ją i w rozmowach z obcymi, chwalą i opowiadają o samych zaletach „matczynej miłości”. Zranione, niepogodzone ze swoim losem trwają w marazmie życia.
Siedząc w swych „państwowych domach”, przez wiele lat nie mają z nią kontaktu. Przed oczami mają obrazki z dzieciństwa, które z każdym rokiem są coraz przyjemniejsze. Zapominają o zachlanej mordzie pijaczki, która głodziła je i katowała, a pamiętają cukierka, który kupiła za resztę wydaną z kupionego piwa.
Przychodzi okres, że mamusię trzeba pozbawić władzy rodzicielskiej. Ot, taka formalność prawna, co by nie wtrącała się już w sprawy dziecka. Dla patolki to rzecz nieistotna, ona nie istnieje już w świadomości ludzkiej, nie jest także konsumentem, o którego trzeba zabiegać, bo żyje instynktownie: żarcie, wino, jebanie, żarcie, wino, jebanie….. dzień za dniem, w nietrzeźwiejącej rzeczywistości. Matrix, utrwalany winem, jabolami i innymi mózgojebami. Dno dna.
Stoję przed kamienicą, ze zleceniem wywiadu środowiskowego, odnośnie pozbawienia JEJ władzy rodzicielskiej. Dużo nie naprodukowała dzieci, tylko dwoje, które mając lat naście, powoli zapominają o jej istnieniu. Ta dwójka ma szczęście, rodzina zastępcza, kochająca, prawdziwe dzieciństwo. Tylko ta przeszłość, kojarząca się ze smrodem, papierosami, wódą i menelstwem. Ludzka kloaka bazująca na podstawowych instynktach.
Klatka odrapana. Drewniane stopnie pozapadane skrzypią pod moimi stopami. Zapach niemytego ciała, przypomina mi smród ścierwa, rozkładającego się w słońcu od kilku dni. Poddasze. Im wyżej, tym kurwa więcej śmierdzi. Smród jak ciepłe powietrze unosi się do góry powodując odruch wymiotny. Nienawidzę tego. Po jednej takiej wizycie mam dość. Wracam do domu i biorę prysznic. Ciuchy do pralki. Myje się wtedy i czuje smród. We włosach, na ciele, w gardle. Smród ludzkiego potu w słońcu.
Przed mieszkaniem patolki nie ma już poręczy. Pozarywane stopnie, że trzeba uważać, żeby nogi nie złamać. Wszędzie niedopałki, butelki po beczułkach, denaturacie. Kamienica do wyburzenia, ale kto by się tym przejmował. Gmina nie da jej mieszkania. Wszyscy czekają aż zachleje się na śmierć. To pewnie kwestia miesięcy, może tygodni, nie wiem…..
Staję przed drzwiami. Dykta, z dziurami, że zaglądnąć do środka można. Odór coraz mocniejszy, wykrzywia mi twarz rysując na niej grymas obrzydzenia. Wszystko się lepi, przykleja do butów, powietrze jest tak ciężkie, że mam wrażenie ze przylgnęło do mnie i wchodzi w każdy zakamarek mojego ciała powodując, że zaczynam się dusić. Kurwa, ja pierdolę – to jedyne co mi przychodzi na myśl.
Pcham niedomknięte drzwi i wchodzę do mieszkania. Przede mną sień. Stary fotel, z którego wyłażą flaki w postaci gąbki. Okienko zasłonięte do połowy szmatą, ledwo przepuszczającą promienie światła. Wszędzie śmieci, butelki, psie gówna. Zaraz jest wejście do pokoju – zasłonięte brudną szmatą, której dotknięcie grozi złapaniem jakiegoś syfa, którego nie wyleczysz już do końca życia. Odrapane ściany, zmurszałe deski na podłodze, które skrzypią pod każdym twym krokiem. Jakieś resztki mebli pod ścianą, na których kolekcja taniego wina znalazła swoje miejsce wystawowe.
Pokój.
Jakaś meblościanka nieokreślonego koloru. Pourywane drzwiczki, jakieś wazoniki, butelki, puszki z niedopałkami. Znowu fotel. Brudny i śmierdzący, na którym leżał…. Pies. Mały kundelek, zabiedzony i wychudzony, podniósł swe ślepia na mój widok i zamerdał ogonem. Nie miał siły szczekać.
Hrrrrrr, ughrrrrr, Hrrrrrrr, ughrrrrrrrr. Odgłos z wersalki stojącej przy oknie. Podchodzę bliżej. W panującym półmroku nie zdołałem zobaczyć z daleka że ktoś leży. Po chrapaniu świst powietrza wydobywający się z płuc. To kobieta. Lat około 40. Matka dwójki dzieci.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem jak wygląda człowiek, o wadze jakieś 30 kilo. Klatka kobiety jednostajnie podnosiła się pod śmierdzącym barłogiem, którym została przykryta. Hrrrrrr, ughrrrrr, Hrrrrrrr, ughrrrrrrrr i ten świst. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie. Koło niej na taborecie stała herbata. Tylko tyle. Nikogo kto by jej pomógł, zrobił cokolwiek. Zapadnięte policzki i blade usta – trup. Żyjący trup.
Zaczynam z nią rozmawiać, ONA próbuje wyartykułować jakieś słowa, lecz są one co chwilę przerywane kaszlem. Spazmy jakie spowijają jej ciało powoduje, że podskakuje na łóżku jak piłeczka pingpongowa.
Gruźlica. Choroba która meneli wykańcza szybciej niż wszystko inne. Choroba, która jest dla nich nieunikniona. Choroba, którą hodują w swych wyjałowionych alkoholem organizmach, rozsiewając i zarażając się jeden od drugiego. Choroba która istnieje, choć wydaje się nam, że nas nie dotyczy. Gruźlica – powolna śmierć w męczarniach duszności.
ONA jest sama. Żaden menel jej nie pomaga. Nie ma już kolegów, przyjaciół od jabola. Nikt nie przychodzi. Boją się. Boją się trupa który jeszcze żyje. To trup bezużyteczny, niepotrzebny nikomu, nie napije się, nie załatwi flachy. To trup, którym nikt się nie interesuje. Żywy trup, którego tlące się jeszcze procesy życiowe próbują utrzymać go przy życiu. Jeszcze…..
Biorę telefon. Pogotowie. Zaraz przyjadą. W międzyczasie próbuje jeszcze porozmawiać. Kaszel się uspokoił, ONA wzięła łyk herbaty, usiadła nawet. Moja rozmowa jest bardziej z grzeczności. Czy jej współczuje? Nie. Uczucia zostawiłem na zewnątrz. Nie potrafię współczuć komuś, kto zmarnował dzieciństwo dzieciom.
Pytam ją o dzieci. Pamięta je. Uśmiecha się nawet. Moje milutkie dzieciaczki – przypływ matczynych uczuć, które nie są warte niczego. Wyszczane i wysrane wraz z alkoholem, który strawił jej wnętrzności.
Spazmatyczny kaszel znowu spowił jej ciało. Przyłożyła jakaś szmatę do ust. Krew. Dużo krwi wypluła. Myśl jaka mi przeszła przez głowę to „prątkuje”. Spierdalam stamtąd. Wychodzę, uciekam wręcz na sam dół. Jebana patolka – tylko tyle mi przychodzi do głowy. Mam ją w dupie, nie chce się zarazić, niech tam sama czeka.
Instynkt przetrwania każe mi myśleć o sobie. Przyjeżdża karetka. Pytam lekarza czy mogła mnie w jakiś sposób zarazić. W końcu tam byłem, rozmawiałem, patrzyłem. Zaśmiał się lekarz, młody i w porządku facet i mówi że nie. Chyba ze przez pocałunek…….
Mówię mu co i jak. Wchodzi tam i za chwile wyłazi. On jej nie weźmie do karetki. Za czysto ma, wysterylizowane wszystko, czyściutkie. Trupa, nawet żywego, nikt nie chce. Wołają jakąś karetkę sanitarną. Z obrzydzeniem ją załadowali do niej i wywieźli do szpitala dla gruźlików.
Pies. Jedyna żywa istota która z nią została i która była świadkiem staczania się jej na dno. Nikogo pies nie interesował. Poszedłem na górę i go zabrałem. Małe, wystraszone kundlątko, któremu mogłem policzyć wszystkie żebra. Piesek żyje i ma się dobrze.
I wiecie co, najbardziej szkoda mi było psa.

PS. ONA opuściła szpital.     Żyła jeszcze rok. Znaleziono ją martwą na poddaszu. Na szczęście nie miała już żadnego czworonożnego świadka swej agonii.

niedziela, 3 czerwca 2012

Dziewięć epizodów

Wyobraźcie sobie rodzinkę, mamusię i tatusia, którzy mają wspólne dziecko, 12-letniego chłopczyka. No i mamusia z tatusiem, postanawiają się rozstać. Jako że żyli w konkubinacie, mamusia wyprowadziła się do nowego faceta, zamieszkałego .... po przeciwnej stronie ulicy.
EPIZOD 1.
tatuś składa wniosek o ustalenie miejsca pobytu syna przy nim, bo mamusia drinkuje z nowym Panem. Okazuje się to prawdą, mamusia złapana na drinkowaniu i zaniedbywaniu dziecka oddaje dziecko pod opiekę ojca. tatuś nie pijący, lecz nieporadny trochę, ale pracowity.
EPIZOD 2.
mamusia składa wniosek o oddanie dziecka jej pod opiekę. Wniosek po moim wywiadzie odrzucony.
EPIZOD 3.
Mamusia składa wniosek o ustalenie kontaktów z dzieckiem, bo niby tatuś dziecka jej ogranicza. Oczywiście, chłopak ma 12 lat i łazi do matki kiedy chce, ale mamusia chce sadu. Dostaje co drugi weekend i 2 popołudnia od poniedziałku do piątku.
EPIZOD 4.
Tatuś wkurwiony, bo synek często u mamusi siedzi. Składa wniosek o zmianę kontaktów dziecka z matką, bo przez nią się nie uczy i ponadto poznał złe towarzystwo.
EPIZOD 5.
Mamusia w odwecie że tatuś złożył wniosek o ograniczenie kontaktów, pisze paszkwila na niego, że zaniedbuje dziecko i prawdopodobnie daje mu alkohol i kupuje papierosy.
EPIZOD 6.
Tatuś wkurwiony na maksa, składa zawiadomienie do sadu, że nowy partner mamusi pobił dziecko, jak było u matki na urlopowaniu.
EPIZOD 7.
Chłopak ma dość. Szkoła pisze zawiadomienie że opuścił się w nauce szkolnej, sprawia problemy wychowawcze i trzeba zrobić wgląd w sytuacje rodziny.
EPIZOD 8.
Nieletni został zatrzymany przez Policje w nocy. Był to czas kiedy powinien nocować u matki. U matki libacja a on nie chciał wracać do ojca.
EPIZOD 9.
Nieletni dostaje kuratora.


PS.
Nieletni po raz drugi będzie powtarzał klasę szóstą.

sobota, 2 czerwca 2012

Spadochron


Spadochron. Tak nazywam patolkę, która pojawiła się z odległego miejsca w Polsce i wylądowała na moim terenie. Za takim spadochronem, bardzo często przychodzą akta z innego sądu – „przekazano według właściwości”. Ale zanim zacznę opowiadać o patolce, która zawitała w gościnne progi naszego terenu, zacznę opowieść o jednym psycholu.
Psychol, bo tak inaczej tego zjeba nazwać nie można, ma około 40 lat, z czego 15 lat swojego pojebanego i nędznego życia przekiblował w zakładach karnych. Myli się ten, kto pomyśli że to jakiś pijak i podrzędny złodziej. Gdy pierwszy raz kilka lat temu psychola spotkałem, zrobił na mnie przerażające wrażenie. Cyniczny, oschły, dobrze zbudowany, umięśniony, na łyso obcięty. Po prostu zakapior i bandyta z wyrachowania. Tak się zdarzyło także, że czytałem jego opinie psychiatryczną, która brzmiała mniej więcej tak:
„…poziom uczuć wyższych obniżony, cechy psychopatii, zna zasady i normy społeczne lecz manipuluje innymi osobami w celu osiągnięcia korzyści, bezwzględny…”
Jak z nim rozmawiałem, to zawsze patrzył tymi swoimi oczkami, niby miły, ale czułem w jego słowach pogardę do tego, co mówiłem do niego. Niby na wszystko się zgadza, na wszystko potakuje, ale patrząc mi prosto w oczy robił to zawsze za długo a na gębie widziałem wyraz twarzy mówiący” „mam wyjebane na ciebie”.  Zawsze łaził w skórze, oryginalnych butach, dobrych ciuchach, lecz oficjalnie utrzymywał się ze świadczeń pomocy społecznej i mieszkał z ojcem, emerytem. To typ człowieka, który bez mrugnięcia zabiłby cię, ot tak, dla zabawy.
Psychol ze względu na swój wygląd miał powodzenie u patolek, ale takich lepszych, nie zniszczonych jeszcze i wyglądających atrakcyjnie. Sprowadzał do domu różne kurwy, urządzając popijawy kończące się dymaniem, a ojciec staruszek w pokoju obok oglądał telewizję. Był bezwzględny i cyniczny dla tych dziwek, bo jak nie chciała zrobić tego co chciał, to potrafił wypierdolić taką z domu na mróz, w samych gaciach, śmiejąc się przy tym i wyszydzając. Typowy cyniczny pojeb.

*******
Przychodzę któregoś dnia do pracy i dostaję akta jakiejś Izabeli Iksińskiej, która ma pod opieką dwoje dzieci i przeprowadziła się na ulicę Dzentelmeńską 12. O psycholu już wtedy praktycznie zapomniałem, bo z 2-3 lata minęły, jak ostatnie z nim czynności przeprowadzałem i nie skojarzyłem że to jego adres. Biorę sprawę do osobistego prowadzenia i zapierdalam na Dżentelmeńską 12. Stojąc przed drzwiami, zaczyna mi coś świtać. Deja vu czy jaki chuj, chyba kiedyś tu byłem. Pukam.
Słyszę dochodzące do drzwi kroki i zgrzyt otwieranego zamka. Drzwi się otwierają na całą szerokość i staje w nich ……………. Psychol. Ale jaki to był widok! Stoi w bokserkach, z nagim torsem pokrytym tatuażami, jakieś smoki, czachy, lecz trzeba przyznać że robione przez kogoś kto się zna. Bary jak zwykle szerokie, łysa głowa i te malutkie oczka, patrzące na ciebie i świdrujące mózg.
Nie zdążyłem nic powiedzieć, bo pierdolnął drzwiami ze słowami:
- poczeka pan, ubiorę się – i jebut, drzwi się zamknęły.
O ty chuju pierdolony. Znowu kurwa ty! Powiem wam szczerze, boję się go. Nie wiem co potrafi mu do łba strzelić, tym bardziej że miał wyrok za udział w śmiertelnym pobiciu.
Po około 2 minutach otwiera. Wpuszcza do środka, prosi żeby usiąść – wystudiowane bycie miłym. Robi patent, którego wcześniej nie znałem, ale nauczony doświadczeniem nie nabieram się na to. A mianowicie każe usiąść z dala od drzwi, a sam pewnie zajmie miejsce przy drzwiach. W przypadku awantury czy ataku, ja mam odciętą jedyną drogę ucieczki. Wyrachowani debile tak robią, a ty w przypadku jakiegoś niebezpiecznego zdarzenia musisz pierw go ominąć żeby wyjść. Siadam od razu przy wyjściu, przez co on jest zmuszony usiąść dalej. Pytam go o Izabelę i dwójkę jej dzieci (dwie dziewczyny 14 lat i 12).
Na moje pytanie zastygł w bezruchu przez chwilę. Zapytałem go czy tu mieszkają. Chwile popatrzył na mnie, prześwidrował swoimi oczkami i odpowiedział:
- mieszkają tu, a co?
- Bo wie Pan, ta Pani ma ograniczoną władzę rodzicielską poprzez nadzór kuratora, więc gdzie ona jest? – uprzejmie go spytałem, lecz zobaczyłem zakłopotanie i zdziwienie na jego twarzy, a potem wkurwienie.
- Wyszła gdzieś, jakieś sprawy załatwiać, nie interesuje mnie to.
- Przekaże pan jej, żeby stawiła się u mnie jutro w sądzie o godzinie 9. Musze z nią porozmawiać. Proszę powiedzieć że to pilna sprawa.
- Powiem.
I to była cała rozmowa z psycholem, lecz dla pewności zostawiłem kartkę z dokładnymi danymi do siebie. Nic się nie dowiedziałem, ale nie miałem zamiaru z nim dyskutować. Za bardzo to wszystko śmierdziało, cuchnęło wręcz na odległość. Mój kuratorski nos mówił mi, że cos tu jest nie tak.
Następnego dnia stawia się u mnie w biurze Patolka i dwie jej dziewuchy. Przyszły z torbami i plecakami, gotowe do wyjazdu.
- Co się stało? – pytam zdziwiony
- Wyrzucił nas. Dzisiaj rano – odpowiedziała Patolka – kazał się nam wynosić, spierdalać i powiedział że nie chce mieć problemów przez nas.
- Co pani nie powie – cynicznie do niej – a ja myślałem że to taka wielka miłość i pani tam się zamelduje na stałe.
Nic nie odpowiedziała. Dziewczyny patrzą w podłogę, jakby wstydząc się matki i tego że tu są.
- Czemu panią wyrzucił? – znowu pytam, bo mnie to cholernie zaintrygowało.
- Mówił że pan u niego był i rozmawiał.
- no i co? – dociekuję dalej
Cisza. Powtarzam pytanie. Znowu cisza.
Spoglądam na córki. Jedna nerwowo przestępuje z nogi na nogę, zerka na matkę.
- Wie pan, on ostatnio mojej starszej córce kazał sobie na kolana siadać – zaczęła opowieść – ja nie wiem, i tak już chciałam od niego odejść.
- To pani widząc cos takiego od razu się nie wyprowadziła, tylko dopiero jak panią wyrzucił? – wkurwiająca irytacja brała górę – przecież to się do prokuratury nadaje! – już prawie wykrzyczałem.
- Ja wracam do męża – odpowiedziała.
Dwie córeczki stały obok ze spuszczonymi głowami. Patolka poznała psychola przez przypadek, będąc w odwiedzinach u jakiejś kuzynki. Wystarczyło kilka dni, by zapałała taką miłością, że zabrała dzieci od męża i przyjechała do niego mieszkać. Przebywała u niego dwa miesiące, przysparzając dzieciakom tęsknot do ojca, narażając na molestowanie, zmianę środowiska.
Milczące obiekty destrukcji, z gwałconą psychiką, będące świadomymi świadkami upadku tej, która powinna je chronić i wspierać. Dlaczego to robisz, szmato?

wtorek, 29 maja 2012

Widziałem zapach umierania


Ustanowienie rodziny zastępczej w osobach Zofii Iksińskiej nad małoletnimi dziećmi Sandrą i Kingą. To cel, w jakim dostałem zlecenie wywiadu środowiskowego. Chodzi o to, że są jakieś dwie dziewczynki, nad którymi rodzice nie mogą sprawować opieki, i tą opiekę ma sprawować babcia Zofia. OK, myślę, sprawa łatwa, wywiad formalność, wokanda ustalona. Pojadę, odpierdolę, napisze pozytywnie i oddam do wydziału rodzinnego, a potem szybko zapomnę.
Znowu wioska. Jak ma się teren głównie wiejski, to popierdalasz drogami, które asfalt widziały ostatni raz z 30 lat temu. Najbardziej rozjebują mnie drogi asfaltowe o szerokości jednego samochodu, mijanka na takich drogach, zarośniętych krzakami po bokach, często z jakimiś rowami melioracyjnymi, to zajebista sprawa. Raz taka jadąc, natrafiłem z naprzeciwka na ciężarówkę. Kurwa, kilometr na wstecznym popierdalałem, żeby ustąpić przejazdu. Musze jednak przyznać, że za komuny to do 3 domów potrafili asfalt wylać.
Jadę ja taką niby ścieżką, niby dróżką do wioski, która liczyła jednak więcej niż 3 chałupy. Odnajduję adres zlecenia, gdzie zastają chałupkę około 100-letnią, trochę zaniedbaną, ale w obejściu czysto. Na podwórku kurki, kogucik, piesek na łańcuchu przy budzie, kaczuszki. „Wsi spokojna, wsi wesoła” chciałoby się rzec. Przed chałupką, na ławeczce skleconej z 3 desek siedzi dziadek – pomarszczony, zastygł w bezruchu wpatrzony tępym wzrokiem w dal, tylko poruszająca się klatka piersiowa pokazywała że jeszcze żyje i oddycha. Na głowie kapelusz, w ręku laseczka, trzymana w pomarszczonych dłoniach.
- dzień dobry – rzekłem w jego stronę.
Zero reakcji, nawet wzroku nie oderwał z marzeń o przeszłości. Żyjący relikt z czasów Piłsudskiego.
- Słyszy mnie pan, halo? – zapytałem, nie wierząc w żadną już odpowiedź.
Rozglądam się i szukam innej duszy. Przede mną otwarte drzwi, zasłonięte szmatą, by muchy i inne ustrojstwo latające nie właziło do mieszkania, brzęcząc w nocy gospodarzom nad uchem
- HALO! – Krzyczę w sieni domu, rozglądając się, czy wynajdę jakiś ruch lub inne ślady bytności człowieka, oprócz żywej skamieliny, siedzącej przed domem i podążającej w stronę światła.
Wchodzę do kuchni. Na kuchni opalanej drewnem stoi garnek z gotującą się strawa. Zaskoczony jestem, bo co prawda czas w tej kuchni zatrzymał się jakieś 50 lat temu, jest czysto, wręcz przyjemnie, tak…. dziwnie.
-HALO! – podnosze głos, czując się jednak troche nieswojo. Niby ktoś tu jest, a jednak nie ma. Cisza, spokój, tylko odgłos bulgotania zupy, mąci ten sielankowy mogłoby się wydawac obraz.
Drzwi na lewo ode mnie uchylają się. Staje w nich kobieta, około 60 letnia, korpulentna ale ubrana schludnie, czysto, z siwymi włosami na głowie.
- Ciiiii – i pokazując palcem na swoje usta, prosi bym mówił ciszej. – Marysia próbuje zasnąć.
No dobra, nie ma sprawy myślę. Niech sobie śpi. Ściszonym głosem tłumaczę kobiecie po co przyszedłem, jakie czynności musze zrobić do sprawy, która odbędzie się niedługo. Zofia słucha mnie w milczeniu, potakuje głowa. Pytam o powód umieszczenia dzieci w rodzinie zastępczej, bo szczerze mówiąc nie chciało mi się sprawdzić w aktach zgromadzonych dokumentów. Wywiad to wywiad a ja wiem co sprawdzać i o co pytać.
- Niech Pan wejdzie do pokoju – to była jej odpowiedź na moje pytanie. Zatrwożyłem się, nie wiedząc co tam spotkam.
W panującym półmroku zobaczyłem łóżko, a na nim postać. Żywe wyobrażenie śmierci. Leżąca kobieta z każdym oddechem pojękiwała, a z zapadniętych policzków wydobywał się świst powietrza. Półprzytomne oczy spojrzały na mnie, a potem na kobietę stojąca koło mnie i ledwo słyszalnym szeptem zapytały:
- Mamo, kto to?
- Kurator z Sądu, córeczko przyjechał, w sprawie dzieci – matka przysiadła na łóżku i złapała córkę za rękę, która zszarzała nie miała siły już odwzajemnić uchwytu.
Oczy ponownie zwróciły się na mnie. Nie wiem czy jeszcze mnie widziała. Stałem i patrzyłem. Grałem jebanego twardziela. Dlaczego kurwa musze grac i udawać że to na mnie nie działa. Jestem kurwa jebany SĄD, patrzący na to i wewnętrznie nie zgadzający się z tym co widzę. Niech te wszystkie sędziny przyjdą tu i zobaczą, jak wygląda umieranie. Niech nie czytają sprawozdań, suchych faktów, tylko będą tu i patrzą, patrzą na ten skurwiały świat, pełen niesprawiedliwości.
Bądź twardy, jebany kuratorze, bądź twardy. Umieranie to twoja praca.
- Proszę – słyszalny szept zaczął świdrować mi umysł. Wytężyłem wszystkie zmysły by móc ją zrozumieć. Czułem nawet zapach śmierci. Już wiem jak pachnie śmierć. Jest słodka i mdła zarazem, wchodzi w każdy zakamarek twojego ciała i każe ci patrzeć na siebie. Nie chciałem na to patrzeć, a mimo to nie odrywałem wzroku. Zafascynowany i przerażony.
- Proszę – powtórzyła – nie zabierajcie dzieci do domu dziecka.
Czuję wewnętrznie że chce odpowiedzi, pewnie że nie zabiorę, przecież jest babcia, jest dom, są warunki.
- Nie proszę pani, ja nie przyszedłem w tym celu. Pani mama będzie dla nich rodziną zastępczą, dopóki pani nie poczuje się lepiej, żeby sama się nimi zajmować. Proszę naprawdę się nie przejmować. Dzieci tu zostaną.
Czułem że prawię banały. Ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Głupie to – wyzdrowieje, poczuje się lepiej. Przecież ona wie że UMIERA!
- Ja umieram – odpowiedziała i przymknęła oczy. Matka jej wstała i zaprowadziła mnie z powrotem do kuchni. Usiedliśmy przy stole a w jej oczach widziałem łzy.

Wracając do domu myślami byłem cały czas w tamtym pokoju, myśląc o umierającej kobiecie, której ostatnimi myślami, były myśli o dzieciach. Nie rozpłakałem się, tylko naciskałem bezwiednie pedał gazu, nie patrząc na prędkościomierz. Ocknąłem się wtedy, gdy na zakręcie zarzuciło mnie, o mało nie wpadając do rowu lub nie rozbijając się na drzewie. A myślałem, kurwa, że jestem twardy.

niedziela, 27 maja 2012

Życie ludzkie

Słoneczko świeci, ptaszki ćwierkają a ja popierdalam swoim gruchotem, na wywiad, tak zwana przeze mnie rozwodówkę, bo jakieś małżeństwo się rozwodzi, maja małe dzieci i Sąd Okręgowy musi sprawdzić warunki, w jakich pozostaną dzieci po rozwodzie. Wywiad milutki, bo ponad 70 złotych ekstra mi za taki płacą (rozwód kosztuje 600 złotych, więc jest z czego płacić).
Ogólnie nie lubię tego robić. Żale, brudy, narzekanie. Ale mus to mus. Podjeżdżam na dzielnicę willową miasta, szukam domu, który okazuje się wyjebaną willą jakieś 300 metrów kwadratowych, z basenem przed domem i sztucznymi palmami wokół tego basenu. Je pierdolę kurwa mać - pomyślałem, w życiu nie dorobię się nawet połowy tego co widzę. Skurwysyny mają rozmach.
Brama otwarta, więc podjeżdżam pod same drzwi, tym bardziej że jakiś samochód stoi na podjeździe. No cóż, BMW X5 i mój trup, wstyd mi jak cholera.
Z samochodu wychodzi facet - oczka rozbiegane, włos przylizany, elegancka czarna skóra, sygnety, złoto, koszula z 3 stówy kosztowała, a buty z tysiaka. Podchodzi do mnie i od razu:
- Czego pan szuka - zapytał, a ja chciałem mu odpowiedzieć "gówna".
Powoli, sięgnąłem do kieszeni, wyciągnąłem legitymacje i trzymając ją wpół otwartą machnąłem mu przed twarzą.
- Sąd rejonowy w Wypiździewie, kurator. Pan się nazywa Jan Iksiński?
- Tak - odsapał naburmuszony - o co chodzi?
I znów chciałem odpowiedzieć: "o gówno", ale ugryzłem się w język.
- W sprawie rozwodowej z powództwa Jana Iksińskiego przeciwko Beacie Iksińskiej, bla, bla, bla - wyrecytowałem treść zlecenia.
I stał się cud.
Nagle zostałem prawie jego przyjacielem. Jak on sie cieszy że mnie widzi, jak to wspaniale że dzisiaj przyjechałem, bo on taki biedny, taki poszkodowany, jaką ofiarą losu został.
No dobra, ale do rzeczy.
- Bo widzi Pan - tłumaczy mi w swoim żałosnym słowotoku - żona zabrała mi wszystkie klucze do domu, siedzę w samochodzie i muszę czekać na nią, żeby mi otworzyła. Tak mną pomiata, ma kochanka, chce mnie zrujnować, a ja taki biedny, nie wytrzymuje - żali się, prawie płacze, prawie mu kurwa łzy będą lecieć. Nie mówiąc o żelu na włosach. A może to żel a nie łzy? Zastanawiające? Hm, czy żel pod wpływem fałszywych emocji może zalać oczy? Czy są jakieś badania na ten temat?
Kiwam głową, biedny człowiek, nie wpuszczony do domu, ma tylko ten samochód, BMW X5. Stary już co prawda, bo półtora roczny, że tez nie wstydzi się takim jeździć.
Pogadałem, posłuchałem biadolenia, zostawiłem wizytówkę, coby zadzwonił jak będzie miał klucz od domu i umówimy się na inny termin, ponieważ muszę sprawdzić warunki w jakich dzieci żyją i mieszkają.

Dwa dni później na biurku moim dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę.
- Kurator, Sąd Rejonowy słuuucham - recytuje do znużenia.
- Dzień dobry, nazywam się Beata Iksińska, Pan rozmawiał z moim mężem? - zatrwożony głos w słuchawce
- Tak, ale nie wpuścił mnie do domu, bo nie miał kluczy, a muszę sprawdzić warunki mieszkaniowe i mógłbym się tym razem z Panią umówić - od razu przechodzę do rzeczy.
Umówiłem się na rozmowę, tym razem w domu z jego zona, która zamyka mu dom, nie daje kluczy, ma kochanka i w ogóle jest największym złem. Jadąc tam, oczekiwałem wypindrzonej paniusi, z tona makijażu na gębie, zmanierowanej kasą i dającą się dymać ogrodnikowi, który niewątpliwie dbał o obejście tej chałupy. Zastałem przeciętna kobietę, koło czterdziestki, na twarzy której odbijało się wiele lat zmartwień.
Willa w środku okazała. Przepych i gustowna ręka projektanta dawała się bardzo przyjemnie we znaki. Poprosiłem by pokazała mi cały dom, do wywiadu oczywiście.
- Na górę nie wolno mi wchodzić - oznajmiła - mąż zabrania i pozamykał wszystkie pokoje.
- Ale go przecież nie ma, nie rozumiem - zapytałem
- Toaletę też zamknął, tą na dole. Korzystam z łazienki w garażu - ?????????
- Słucham? - i znowu znaki zapytania być powinny.
Pokazała mi....... skobel założony na drzwi w łazience na dole przy salonie.
- Pokażę Panu kuchnię.
Cudo, kuchnia w półokręgu. Matowe srebro wykończenia. Kurwa, szkoda słów by to opisać.
Lodówka, na zamknięcie rowerowe!!!! Zamknął skurwiel lodówkę!
- Niech pan spojrzy na szafki.
Kurwa, w szafkach zamki, że za cholere nie otworzysz. ja pierdolę.
- Pokażę coś panu w piwnicy.
Ja pierdole, idę, kurwa, co tu się dzieje, jak z jakiegoś horroru.
- To jest piec centralnego ogrzewania.
Piec jak piec, stoi i nie grzeje, bo lato jest, to normalka.
- Niech pan popatrzy na przewody sterowania piecem.
Poucinane, kurwa, poucinał przewody!. Jak pojebanym trzeba być, by to zrobić!!!
- Pokaże Panu garaż.
Idę do garażu. Co jeszcze, co jeszcze zobaczę?
W garażu na trzy samochody stoi prawie nowy Mercedes A-klasa i jakieś Volvo.
- Niech pan spojrzy na koła.
Pospuszczane powietrze.
- Widzi pan jak ja żyję. Od roku walczy ze mną. Dom ten postawiłam za pieniądze z firmy moich rodziców, którzy zmarli w jednym roku. On, kochający mąż miał ze mną wszystko. Po ich śmierci chce, żebym się wyprowadziła i dom mu zostawiła.Oskarża mnie o kochanków, że chcę go zabić, zniszczyć. Ja ma nowotwór, proszę pana i on liczy na moją śmierć!

Życie ludzkie. Czym to bagno rożni się od bagna alkoholowej patologii?




piątek, 25 maja 2012

Ręki cięcie, też zajęcie.


Wezwani. Przychodzą, pouczam, straszę, przestrzegam. Oni tłumaczą się kłamią, oszukują lub nie przyłażą w ogóle, bo mają wyjebane na system. Ja ich, oni mnie. Haj lajf.
Puk, puk, słyszę pukanie w drzwi swojego gabinetu.
- Proszę! - Krzyczę, nie podnosząc nawet głowy znad notatki, która pisałem po poprzednim debilu, który chleje na umór i wyżera własnym dzieciom żarcie z lodówki. Żona jego popierdala po pomocy społecznej i Caritasach, by mieć co żreć, a on w majakach alkoholowych żre wszystko to co na oczy mu się nawinie i jeszcze kolesiom od beczułek wynosi.
- dzień dobry – wchodzi do pokoju kobieta lat trzydzieści parę z córeczką Paulinką lat 16. Lecz co to było za wejście. Kobieta minióweczka, obcasiki, delikatny makijaż, uczesana bardzo elegancko, w ogóle ładniutka, elegancka, zadbana. Jest się za czym oglądać na ulicy.
Obok niej stoi córeczka. Lachonik. Wylaszczona jak cholera. Minióweczka, obcasik, długie włosy, zalotne, uwodzicielskie spojrzenie. Matka i córka. Obydwie szczupłe, wysokie, normalnie można się zakochać.
- Jestem kuratorem zawodowym i wezwałem Panią do siebie z córką, ponieważ kurator społeczny napisał mi ostatnio w kartach, że narasta bardzo duży konflikt pomiędzy panią i córką oraz że paulina się tnie po rekach? – wyłuszczyłem szybko powód wezwania.
Matka w tym momencie spojrzała na córkę, a ta na nią. Paulinka minkę zrobiła jakby miała zaraz komuś przypierdolić.
- Co ty, kurwa, znowu nagadałaś temu kuratorowi! – Paulinka grzecznie zwróciła się do mamusi – pierdolisz mu i kłamiesz na mnie!
- A co, nie jest to prawdą! – tym razem mamusia drze mordę – pokaż rękę, no pokaż, gówniaro jedna!
- Chwila, chwila – uspokoiłem lachony – po pierwsze Paulino, nie kurwuj mi tu, bo chyba zapomniałaś gdzie jesteś, a po drugie proszę o cichą i spokojną rozmowę. TU JEST SĄD!
Ale zajebisty jestem. Tu jest sąd, tak jakby ktoś się jeszcze tym przejmował.
- Panie kuratorze – zwróciła się do mnie Mamuśka – no zróbcie coś z nią, no zróbcie. Robi co chce, szwenda się z jakimiś lumpami, pali papierosy, nie słucha mnie i do szkoły nie chce łazić.
- Co nie łażę, co nie łażę – Paulinka odezwała się – nie kłam, nawet na wywiadówce nie byłaś. Kiedy byłaś w szkole? No kiedy?
- Przestań! – mamuśka znowu głos podnosi – wiesz że pracuje, dzwoniłam do wychowawcy!
- taa, pracujesz, chyba dupą – Paulinka znów nie wytrzymuje – ilu masz tych kochanków, no powiedz! Powiedz że w nocy sama zostaje bo łazisz i się kurwisz!
- Zamilcz gówniaro! Jak śmiesz!
- Co jak śmie. A nie jest tak? Mnie się czepiasz że z kolegami chodzę a sama w nocy po baletach latasz. A ile razy w nocy z jakimś facetem w łóżku się pierdoliłas, myślisz że nie słyszałam?
- To moja sprawa gówniaro! Zobaczysz, ja do domu dziecka cię oddam! Nie chce cię, rozumiesz, wstyd mi przynosisz!
- STOP! – nie wytrzymałem kłótni lacho nów – O co ja prosiłem, co to w ogóle jest? Żarty jakieś?
Wyprosiłem córkę, ma zaczekać na korytarzu, a ja na spokojnie porozmawiam z matką. Rozmowa spokojna, ale mamusia wylewa swoje żale na córeczkę, jaka to ona jest niedobra, jak jej nie szanuje, jak jej nie słucha, jak do szkoły nie chce chodzić, jak ja wyzywa. Biedna, poszkodowana mamusia, która przecież tyle dobrego w Paulinkę ładuje, która dba o nią, wszystko jej kupuje, a część alimentów który jej tatuś z zagranicy przysyła, daje jej na kieszonkowe, a to przecież prawie 150 Euro. I taka niewdzięczność. No i te sznyty na reku. Tnie się gówniara bez opamiętania, na ramionach.
Poprosiłem córeczkę, by z nią porozmawiać i tym razem jej wersje zdarzeń ustalić.
- Mam jej dość! Czepia się wszystkiego, nigdzie nie mogę wyjść, nic nie mogę zrobić, tylko mnie kontroluje, wyzywa mnie, popija wódę sama w domu, łazi do jakiś facetów, pieprzy się na lewo i prawo, nawet koledzy mi o tym mówią. Jak wypije to ją wszyscy obmacują. Mówią na nią osiedlowa dziwka. Ja mam już dość. Niech mnie odda do domu dziecka, będę miała spokój.
I na zakończenie Paulinka płacze, ocierając oczy chusteczka jednorazową. Porozmawiałem z Pauliną, pouczyłem ją, pokazała mi pociętą rękę. W spokojnej rozmowie całkiem normalna i fajna dziewczyna.
Paulina poszła, a ja wezwałem z korytarza matkę. Nie powiedziałem jej wszystkiego, co Paulina mi powiedziała. Zasugerowałem by pomyśleli o terapii rodzinnej. Powiedziałem jej jednakże, że nie powinna swojego życia towarzyskiego przenosić do domu, gdy Paulina spi w innym pokoju. Krótka rozmowa wychowawcza, co powinna robić, jak się do córki odnosić, a także czego powinna od córki wymagać.
Czy da to efekt?
Paulina naukę w szkole średniej (tak, w szkole średniej) rozpoczęła w mieście wojewódzkim. Zamieszkała w internacie. Z powodu braku problemów wychowawczych, nadzór kuratora został uchylony. Co teraz porabia, nie wiem.