sobota, 14 lipca 2012

Prosze się ubrać, wychodzimy... częsc 1.

---------------PROSZE SIĘ UBRAĆ, WYCHODZIMY...  ---------------

(Poprawione przez jednego z czytelników, za co dziękuję))
Wstęp:
Korzystając z uprzejmości autora blogu zamieszczam swoją opowieść.
Jestem kuratorem zawodowym dla dorosłych. Opowieść będzie z czasów, kiedy byłem od około roku kuratorem społecznym w wydziale rodzinnym, a pracowałem jako pracownik socjalny jednego z OPS-ów od około 3 lat w dużym mieście.
Dodam, że jestem dużym „chłopcem” :) - 183 cm wzrostu oraz wtedy ok. 110kg wagi. Zaliczona kariera ochroniarza i troszkę sportowca za sobą :). Będzie to miało znaczenie dla „obrazowości” całej opowieści.

Akcja dzieje się jakieś 10 lat temu. Koniec jesieni, duże miasto. Stara kamienica przypominająca familoki w pobliżu torów kolejowych i stacji PKP, nieco na uboczu. Odrapana klatka schodowa, drzwi z domofonem, który ktoś już dawno zdewastował, podobnie jak zamek w drzwiach. Trzy piętra i parter, zaduch na klatce, wszyscy lokatorzy mają lub mieli jakiś konflikt z prawem. Mam tam nadzór opiekuńczy OPM.
Rodzina z trojgiem dzieci. Kasia w wieku 6 lat - niepełnosprawna umysłowo, Basia - 5 lat oraz Adaś, około 1 roku. Ona – Kryśka - lat 41, a z wyglądu co najmniej 55. Szczupła, widoczne braki w uzębieniu przednim. Blondynka. Wzrost: ok. 170 cm. Łącznie dzieci ma chyba ze siedmioro – tylko te najmłodsze się jej ostały, ponieważ reszta już dawno umieszczona w domach dziecka lub rodzinach zastępczych spokrewnionych i nie spokrewnionych.
Zaczęła rodzić już w wieku niespełna 17 lat. Oczywiście nie pracuje – bo jak przy takiej kupie dzieci. Pozostaje na utrzymaniu OPS-u i wszelkich możliwych instytucji pomocowych – Caritas, jakieś fundacje, przedszkole pomaga itp. Nadużywa alkoholu, ale o dziwo na swój sposób kocha dzieci. Cały czas „gościnna w kroku”, zwłaszcza po pijaku. Po ostatnim dziecku kazała lekarzowi podwiązać jajowody – uff, nie będzie więcej dzieci.
No i ON – Tadek - lat około 50. Kompletny imbecyl, mózg przepity, mocny w gębie, wzrost i waga mniej więcej jak jego konkubina Kryśka. Lubi przyłożyć w mordę, ale tylko po pijaku – wtedy jest odważny. Ma jakąś sprawę w tak zwanym wtedy „dozorze uproszczonym”, czyli wyrok w zawieszeniu oraz jakieś obowiązki, stricte bez dozoru kuratora. Wyrok za kradzieże lub włamania. Jest ojcem ostatniego dziecka, pozostała dwójka z innego związku. Inne… Bóg raczy wiedzieć z kim – akta były tak „opasłe” i wielotomowe, że przeglądnąłem je tylko pobieżnie. Mniej więcej streścił je mi mój zawodowy.
Piątek, około godz. 16.00, dostaję telefon od zawodowego:
            - Słuchaj, dzwoniła do mnie Kryśka. Płacze, nie mogłam jej zrozumieć. Coś się stało, ja nie mogę, nie ma mnie w mieście… Jedź, sprawdź… Jakby co, to dzwoń.
No kurwa pięknie. Odwiedzałem ją już w tym tygodniu. Wiem, że jest nieporadna. O wszystko pyta. Jak nie może sama czegoś załatwić, to prosi kuratora, kiedy trzeba pomóc w różnych sprawach urzędowych. Ale dziś?! Czemu właśnie dzisiaj? Jest piątek, właśnie skończyłem pracę w OPS, umówiłem się z dziewczyną (obecnie żoną), mieliśmy miło spędzić wieczór… No dobra, jadę. W końcu chodzi o dzieci, a facio jest nieobliczalny. Przeczuwając, że może to potrwać, uprzedziłem dziewczynę, zrozumiała.
     Z domu do Kryski mam dosyć blisko. Wjeżdżam na ulicę i od razu widzę ją z daleka. Stoi ze swoimi dziećmi przed wejściem do budynku. Średnie w wózku (spacerówka), najmłodsze na ręku, najstarsza dziewczynka trzyma się drugiej ręki mamy. Ona w bluzce na krótkim rękawku i w kapciach. Dzieci… w miarę dobrze ubrane – jakieś ciepłe swetry. Jednak widać ewidentnie, że po domowemu. Wysiadam, najstarsza córka chowa się za mamę (jeszcze się do mnie nie przyzwyczaiły, jestem tu dopiero trzeci raz). Matka wydaje się trzeźwa… uff – jeden problem z głowy.
- Dzień dobry, co się stało?
- Awanturę zrobił, jest pijany. Poszarpał mną i córką, i kazał wypierdalać z domu…
Mieszkanie jest komunalne lub socjalne, a ona jest głównym najemcą – tylko on jest, cholera, zameldowany. Idę, wchodzę do znajomego już sobie trochę mieszkania. Jak zwykle nic specjalnie się nie zmieniło. Dwa pokoje oraz kuchnia z czymś na kształt łazienki. Piec kaflowy do grzania wody i gotowania. Jest kibel, trochę ukruszony na rogach i zapyziały, ale jest, no i to, co pozostało po wannie – czyli odpływ, a obok miednica, w której się myją. W pokojach trochę porozrzucanych szmat i zabawek. Na podłodze w kuchni i przedpokoju można się przykleić. Odrapane ściany, na których widać ślady dawnej tapety lub farby. Dzieci mają osobne spanie w swoim pokoju, więc ok.
W fotelu, przed telewizorem, jak turecki pasza siedzi On. Wokół kilka pustych puszek po piwie i butelek po winie, ostatnią doi z gwinta.
- Dzień dobry. Panie Tadziu, co tu się stało? – Zaczynam grzecznie, bo mam pewien plan w głowie.
- Wypierdalaj z mojego mieszkania, nikt cię tu kurwa nie zapraszał!
- Może tak spokojniej? Proszę, bo zadzwonię na policję. (Najchętniej dałbym Ci w ryj i wyleciałbyś przez okno – no ale nie mogę.)
- To se kurwa dzwoń! I co mi zrobią?
- To się okaże…
Wychodzę. W głowie mam taki plan: dzwonię po policję. Sam to zrobię, bo jak ona zadzwoni, a jest znana, to pewnie sprawę oleją. O ile w ogóle przyjadą, to za jakiś czas, a dzieci mi tu na dworze jeszcze jakieś choróbsko złapią – a tak zadzwoni kurator...
Podchodzę do matki z dziećmi, stoimy przy czterech schodkach do nieczynnego warsztatu szewskiego. Schodki mają balustradę, taką z prętów metalowych i chcę powiedzieć jej, co będziemy robić. Stoję prawym bokiem do balustrady, ona i dzieci przede mną. Za mną, również po prawej, wejście do budynku. Zaczynam cos mówić, pada słowo „policja”…
Nagle niemal z nikąd wyskakuje Tadek! Krzyczy coś bez sensu, co drugie słowo kurwa, dobiega do niej i z prawej leci liść, głowę nieco cofnęła. Trafił nieznacznie, ale niemal małego upuściła. Zamach z prawej – tym razem leci pięść… Już nie doleciała, chwytam Tadka za rękę i kark. Jakiś zgrabny uchwycik zakładam i niemal pełną mocą w te balustradę go wpierdalam - przydzwonił dynią w szczebelki – dało się słyszeć. Jeszcze stara się wymachiwać prawą ręka, ale jest za krótka. Niewątpliwie mam nad nim kolosalną przewagę fizyczną, no i jestem trzeźwy.
Kryska stoi sparaliżowana, mały płacze, córka trzyma się nogi mamy, tego w wózku nie widzę. Z ręki wypadł mi kapownik (potrzebne numery telefonów, wizytówki, co najważniejsze – notatnik), ale chuj z nim. Muszę jednak zadzwonić na policję, a ona nie da rady. Kurwa, wokół żywej duszy. Sąsiedzi, zawsze ciekawscy, teraz nie ma żadnego… Rozważam myśl: „dam mu w ryj, poskładam na ziemię, usiądę na nim i wtedy zadzwonię. No ale lecą mi paragrafy, bezpośredni atak odparłem (stan wyższej konieczności), teraz przekroczę granice… Nosz kurwa”. Obezwładniam mu drugą rękę, może ktoś nadejdzie.
Wciąż nic. Coś do niego się drę, nawet jakieś groźby poleciały. Uff, trochę się uspokoił. Puszczam mu jedna rękę, samemu się odsuwając i łapię go za gardło, i dalej w te drabinki. Dobra, jedną ręka sięgam po telefon. Wykręcam 997. „Proszę czekać na przyjęcie zgłoszenia. Proszę czekać na przyjęcie zgłoszenia”. -  Niby sekundy, jednak dla mnie to była niemal wieczność.
- Komenda policji, słucham. – Przedstawiam się.
Spokojnym, na ile było mnie stać, głosem informuję o co chodzi, i że potrzebuję pomocy.
 – Dobrze, wysyłamy.
Czekam, czekam… Mija 10 minut. Kurwa, patroli jeździ tu od cholery, komenda i komisariat niedaleko. Trzymam Tadka, a tutaj nie ma ich i nie ma. Tadek się ożywił: 
- I co, nawet nie chcą do tej kurwy przyjechać, hahaha!
Żyłka zaraz mi pęknie. Ściskam mocniej za gardło, odrywam od szczebelków i popycham go w kierunku wejścia do kamienicy. Do ust cisną mi się najgorsze przekleństwa, jednak mówię głośno:
– Idź, idź do domu!
Podnoszę kapownik, dzwonię jeszcze raz:
–  Komenda policji proszę… Policja, słucham!
Jeszcze raz, podniesionym już trochę głosem, przedstawiam się.
– Informuję, że już dzwoniłem i oznajmiam, że jeśli zaraz nie przyjedzie patrol, najlepiej z alkomatem to dzwonię „wyżej” oraz sporządzam odpowiednia notatkę dla sądu, w celu przekazania do wiadomości komendantowi policji. (Faktycznie tego bym nie zrobił, ale o sprawie poinformowałbym zawodowego – wiem, że on wtedy by zadziałał – komendant był nam, kuratorom, wtedy przychylny).
Chyba podziałało. Mijają może ze dwie minuty, patrzę… coś jedzie. Było już dość szarawo. „Nie, to taxi… Nie, to straż miejska… Nie, to ochrona z jakiejś firmy… Stają, ale po co? Tacy troskliwi, widzieli coś? O co chodzi?”. Patrzę i nie wierzę własnym oczom. Wysiada ze strony kierowcy wysoki na jakieś 195cm, szczuplutki ochroniarz. Z drugiej strony policjant o pół głowy niższy ode mnie, równie szczuplutki  i tak jak Tadek, ze 170cm wzrostu. Ale jaja. (Były wtedy czasy tzw. patroli mieszanych: spotykało się Straż Miejską z Policją, Żandarmerię z Policją, ale ochrony wtedy jeszcze nie widziałem. Później się dowiedziałem, że oni dawali transport, a Policja człowieka). Policjant podchodzi, pyta o co chodzi. Legitymacja przed nos i streszczam sprawę. Dobra, idziemy do środka – wszyscy.
     Wchodzimy – Tadek siedzi znowu na fotelu – podchodzi do niego policjant. Przyznam, że to pamiętam dokładnie i śmiać mi się chce do dziś. Pamiętacie starego typu policyjne kurtki, takie świecące, granatowe, wyglądały jak dmuchane – policjant miał taką na sobie. Do tego rozstawił ramiona szeroko – jakby dwa telewizory niósł pod pachami i obniżył głos (wcześniej mówił normalnie):
- Co tu się dzieje, panie Mich?
- Nic, piję, ta tutaj… - I leci jakiś wywód pijacki.
Delikatnie sugeruję aby go „przedmuchać” – policjant mówi, że nie mają alkomatu. Kurwa, przecież prosiłem o patrol z alkomatem…
No nic. Czekam, co dalej wymyśli policjant. Coś tam gadają – stoję z boku wraz z ochroniarzem i resztą rodziny. Dysputy nie przynoszą efektu, facet nie chce wyjść z domu dobrowolnie na dołek. Odzywa się ochroniarz do Kryśki:
- Proszę się ubrać, wychodzimy. Proszę ubrać dzieci, zakręcić gaz…
Nie dałem mu skończyć. Co za idiota, przecież on w ogóle nie rozumie o co tu chodzi. Ona z dziećmi ma wyjść z domu (ciekawe dokąd, czy o tym pomyślał), a Tadek ma zostać?! Facet musi chyba jeszcze parę szkół skończyć...
- Pan chyba żartuje – proszę zabrać tego pana i odseparować go od rodziny na maksymalnie długi czas, ja załatwię resztę.
Ochroniarz zmieszał się, policjant zagroził wezwaniem posiłków. Tadek wstał i wyszedł.
Dowiedziałem się później, że przytrzymali go do wytrzeźwienia. Ja i zawodowy przez tydzień jeździliśmy na zmianę codziennie. Z Tadziem, po swojemu, pogadał też kurator dla dorosłych.
Ona nie wpuściła go już do domu i szybko znalazła następnego „obrońcę”, który po swojemu pogadał z Tadziem. Tadziu się więcej nie pokazał – pozbawiono go praw do dziecka.
Rodzinę miałem jeszcze 2 lata i kilka ciekawych przypadków – ale to już zupełnie inna opowieść.

Proszę o wyrozumiałość czytelników – to moje pierwsze pisarsko/blogerskie kroki.
kane
KONIEC

Bez tytułu - Ośrodek Adpocyjny

To ja może też coś opowiem. Może nie z perspektywy kuratora, ale historia na czysto z ośrodka adopcyjnego. Sytuacja sprzed kilku dobrych lat w sumie. Jak wszyscy wiemy, proces adopcyjny trochę trwa, do ośrodka zgłasza się kobieta, że chciałaby adoptować dwójkę dzieci. Chłopca i dziewczynkę. I jak szybko by się dało, najszybciej jak najlepiej. No dobra - jasne. Nikt nie lubi czekać, aż wszystkie (czasem zbędne) formalności zostaną dopełnione. Zwłaszcza, że kobitka samotna, a to, jak wiadomo, trochę słabiej niż pełna rodzina. Ale niech będzie, rozmowa, te sprawy, sprawdzi się. Chłopiec ma mieć osiem, dziewczynka dziesięć lat. Trochę dziwne wymagania, babom w ośrodku zaczyna palić się lampka. Sprawdzają, co zacz w ogóle. Kobiecie miesiąc wcześniej zginął mąż i dwójka dzieci w wypadku. Smutna sprawa. Psycholog zaczyna drążyć sprawę, kobieta już lekko rozhisteryzowana. Nie chce być sama. No dobra, ale dzieci to nie maskotki, którymi można sobie zastąpić te zmarłe. Kobieta nalega, dobra, pracownik przyjdzie i sprawdzi dom. W domu czeka kobieta ze swoją matką. Wszystko pięknie, o tu będą spały dzieci, mają swoje pokoje, tu się mogą uczyć, tam ogródek, tam taras, tam huśtawki. Pracownik zadowolony, ale po chwili przeżywa szok. Na biurkach leżą ciągle przedmioty należące do syna i córki tej pani. Nic nie wyrzucone, nawet jakiś obgryziony ołówek, wypełnione zeszyty. Zaczyna dociekać, dlaczego nie kupi nowych (wiadomo, książki do szkoły to droga sprawa, ale zeszyty szkolne?). Kobieta coraz bardziej znerwicowana wychodzi, pracownik naciska na babcię. A, bo ona taka nieszczęśliwa, proszę wybaczyć, ona taka zdenerwowana. Jak zdenerwowana i nieszczęśliwa, pyta pracownik, to jak ona się ma dziećmi zajmować. Sprawdzają dane zmarłych dzieci. Tak. Chłopiec miał osiem lat, dziewczynka dziesięć. Wzywają kobietę na rozmowę. Ale przecież ona wszystko przygotowała. Ona ma wszystko zrobione. Ktoś jej tłumaczy, że to są inne dzieci. Czy obdarzy je taką samą miłością? No oczywiście, tak, tak. Wpadła w momencie, gdy powiedziała, że czeka na _powrót_ dzieci do domu. Jaki, karwasz, powrót?... No sprawa oczywista. Dzieci nie pozwolą adoptować. Nie i już. Czasem rodzina nie musi być patologiczna, by pojawiała się sytuacja niebezpieczna. Kobieta ewidentnie nie mogła pogodzić się ze świeżą jeszcze żałobą i obsesyjnie poszukiwała kogoś, kto pozwoli jej wypełnić pustkę. W tym wszystkim zapomniała, że przyjmuje do domu kogoś innego. Nowego. Tylko patrzeć, aż zaczęłaby nazywać dzieci imionami własnych, oczekiwać od nich tych samych zachowań, kontynuowania zeszytów... właściwie, wszystko na to wskazywało. Ostatecznie wylądowała na leczeniu. A ośrodek aż odetchnął z ulgą, że nie przyznano. Kilkukrotnie jeszcze próbowała - w innych miastach, innych ośrodkach. Nigdzie nie przyznano jej dzieci, wszędzie scenariusz był taki sam. W jednym palnęła nawet, że czeka już na swoje dzieci. Straszne. Inc

środa, 11 lipca 2012

Kocham Cię, szczeniaczku


Mały kundelek wesoło merdał ogonkiem bawiąc się z wesołą dziewczynką przed domem. Hau, hau, szczekał radośnie piskliwym głosikiem, a dziewczynka śmiała się z tego śmiesznego szczekania. Hau, hau – mały czarny ogonek merdał raz w lewą i prawą stronę, wesoło szczerząc ząbki do swojej nowej pani i opiekunki. Hania wzięła pieska na ręce i mocno przytuliła.
- Mój ty piesku jesteś, mój najukochańszy piesek – piskliwym głosikiem 10-cio latki wypowiedziała na głos swoje emocje.
Obok stał Jacuś. On tez dostał pieska. Takiego małego Kudelka, jak Hania. Ale Jacuś to dorosły facet prawie. On uczy swojego małego szczeniaczka już aportować. Piesek Jacusia trochę próbuje, gryzie patyczek który mały Jasio mu rzuci i też wesoło macha swoim ogonkiem.
- Przynieś, do nogi – woła Jacuś, co chwile zerkając, żeby jego mały psiaczek nie oddalił się za daleko.
- Kocham cie mój mały wspaniały piesku – szczebiocze Hania, wtulając swoją umorusaną buźkę w sierść szczeniaka – Mój jest ładniejszy! – woła do Jacusia.
- A właśnie że mój! – odpowiedział jej Jacek, robiąc zamaszysty rzut patyczkiem – aport! No aport!
Kilkanaście metrów od domu pojawiła się mama. Lekko przygarbiona, nerwowo rozglądając się na boki. Dzieci zauważyły ją i ze słowami na ustach zaczęły wołać:
- Mamusia, mamusia!! Hurra!
Mama podeszła do nich, objęła ramieniem, przytuliła i ucałowała w czoło. Wróciła z miasta, była na zakupach i sprawy w urzędach pozałatwiać.
- No już, ciii, nie krzyczcie tak – uspokaja swoje maluchy – chodźcie do domu.
- Ale mój piesek idzie z nami – woła Hania.
- Mój też – woła teraz Jacuś.
- Ojciec w domu? – lękliwie zapytała matka ściszonym głosem.
- Nie ma, pojechał gdzieś na rowerze – Hania odpowiedziała także ściszając głos.
- Pił coś? Widzieliście?
- Nie, nie pił – ściszonym dalej głosem odpowiedziało dziecko
Weszli do domu. Matka rozłożyła zakupy i zabrała się za przygotowywanie obiadu. Ziemniaki, kotlety mielone, kompot. Po obiedzie dzieciaki, tym razem w pokoju dalej bawiły się swoimi szczeniaczkami. Hania zawiązała swojemu pieskowi czerwoną kokardkę a Jacuś niestrudzenia próbował swojego pieska aportować. Matka siedziała na tapczanie, ale bardzo niespokojna, co chwile zerkała w okno, czy On nie idzie. „Nie ma go jeszcze, to dobrze” – pomyślała, zastanawiając się, że niedługo trzeba będzie napuścić wodę do balii i umyć jej małe urwisy. Nagle drzwi z hukiem się otworzyły.
- KURWA!, Ile razy mam powtarzać, żebyś KURWA nie zamykała tych Jebanych drzwi!!! – słowa uderzyły domowników jak obuchem w głowę – Ile Kurwa!!!! No ile!!!
Matka zerwała się na równe nogi, łapiąc dzieciaki i próbując wypchnąc je z pokoju, do sypialni, w której miały swoje łóżeczka.
- Idźcie już, no idźcie – mówi do nich, lekko popychając w kierunku drzwi.
- mamo, sunie czka moja, daj sunie moją – woła Hania do matki.
- Uciekajcie, uciekajcie do pokoju, zaraz ci dam, zaraz ci przyniose – szepcze matka do dzieci, jednoczesnie spoglądając gdzie jest ON.
ON już wszedł do pokoju, rozejrzał się wokoło, a wzrok utkwił na dwójce szczeniaków bawiących się na podłodze.
- Ile, kurwa, mówiłem razy, że nie chcę żadnych kundlów w domu!!!!! – donośny, tubalny głos rozniósł się po całej okolicy.
- Jebane, kurwa szczury, no ile razy kurwa mówiłem!!! – i podniósł nogę, obutą wielkim ciężkim kaloszem, którego nawet nie zdążył zdjąć po wejściu do domu. Nie cierpiał szczeniaczek Hani, gdy but miażdżył mu małą psią główkę.
- Mamo! – zawołała Hania, widząc jak ukochany szczeniaczek traci swoje życie.
- Ciii, nic nie mów, uciekaj do pokoju, wyszeptała matka i próbuje zamknąć drzwi.
- Kurwa! Jeszcze jeden?! – złapał szczeniaka w rękę i rzucił nim w drzwi, które przed chwila matka próbowała zamknąć.
Szczeniaczek upadł na podłogę, popiskując  z bólu. Jacuś rzucił mu się na pomoc, ale matka odciągnęła go od niego i zamknęła szybko w pokoju. On tez dokończył swojego żywota pod ciężkim butem ojca.
Dzieciaki siedziały skulone w pokoju, nasłuchując odgłosów dochodzących z pokoju. Było tam wszystko, wyzwiska, razy jak ON bije mame po twarzy, przewracane meble, wybita szyba.
- Jeszcze nie – Hania do Jacusia szeptem mówi, kuląc się na łóżku.
- Już – Jasiu jej odpowiada
- jeszcze nie robi khrrhk, kyhrrkh – naśladuje odgłos duszenia Hania
- Ciiiii – Jacuś położył palec na swoich ustach – cicho jest – zauważył zatrwożony
- Biegniemy – zerwała się Hania, wyskoczyła z łóżka i wraz z Jackiem wpadła do pokoju, gdzie przed chwila słyszeli odgłosy awantur rodziców. To już było wyćwiczone – Jacek rzuca się na plecy ojca, a Hania odrywa jego ręce z szyi mamy. Chwila szamotaniny i mamusia uwolniona, dobrze że zdążyli w ostatniej chwili, bo już sina na twarzy była i ledwo powietrze łapała.
- - Kurwa, obiad daj i posprzątaj ten syf! – już trochę uspokojony ojciec wstał z podłogi. Zaraz kurwa przyjdę i porządnie chce zjeść. A wy, kurwa, do łóżek – zwrócił się do dzieci.
- Idźcie już, moje kochane – matka zaprowadziła swoje pociechy do pokoju i zabrała się do sprzątania pokoju, w którym przed chwila dostawała razy od męża.
„Ledwo zdążyli, kochane moje” – pomyślała, pocierając dłonią szyję.
W pokoju Jacek i Hania płakali. Płakali za szczeniaczkami, do których tak mocno się już przywiązali. Takie miłe były, puszyste, tak ogonkami merdały…
- szkoda mojego pieska – załkała Hania, opierając głowę o poduszkę.
- No, mojego też szkoda – powtórzył Jacek, kładąc się koło Hani.
- a mój miał biała łapkę – przypomniała sobie Hania z pamięci swojego ukochanego szczeniaczka
- a mój umiał już aportować – pochwalił się Jacuś – sam go nauczyłem – widać że bardzo z siebie był dumny.
Koło północy przyszła do nich do łóżka mama. Położyła się po cichu, tak, żeby nie zbudzić śpiącego obok w pokoju męża.
- Moje wy kochane – wyszeptała w ich stronę i każdego pocałowała w czoło.
Któregoś dnia dzieci nie zdążyły. Nie zdążyły bo zostały zabrane do Domu Dziecka. Matka została sama ze swoim oprawcą, któremu nie miał kto oderwać rąk. Poszedł siedzieć za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Oprócz piesków były jeszcze pisklaczki, małe króliczki i kotki. Takie malutkie, które ginęły od jednego uderzenia w kark. Na oczach dzieci.
ON odsiedział 10 lat. Po opuszczeniu Zakładu Karnego miał wrócić do swojego domu. Jakiś miesiąc przed końcem kary, jakieś zwarcie elektryczne, lub iskra zapaliły dom. Jakoś tak się stało, że straż została zawiadomiona późno, zresztą mieli daleko z miasta dojechać, a w samochodzie Ochotniczej Straży Pożarnej na wiosce, nawalił jak na złość rozrusznik. Co za pech.

wtorek, 10 lipca 2012

Zmiana na Blogu

Witam. Okazało sie że jest więcej osób, które chciałyby podzielic się swoimi opowiesciami. Dlatego dodałem nową strone na Blogu o nazwie "Nadesłane". Jest to na razie na "roboczo", ale mysle, że tak będzie wygodniej dla czytelników, niejako oddziele swoje posty od twórczości innych osób, chcących podzielić sie swoimi doswiadczeniami w pracy. Pozdrawiam i zapraszam do czytania, tym bardziej ze tym razem napisała osoba pracująca w Osrodku Adopcyjnym.

niedziela, 8 lipca 2012

Trupie muszki cz.2 ost.


1 tydzień później
Na biurku ląduje mi faks. Notatka z interwencji Policji u Iksińskiej. W sobotę razem ze swoim mężem najebała się i tłuc się zaczęli. Założono Niebieską Kartę.
Kurwa, pomyślałem tylko, wkurwiony będąc na tych patoli. Trzeba podejmować decyzję co dalej. Zabiorę te dzieciaki, tylko jeszcze grunt pod trybik trzeba przygotować. Postanawiam tam jechać.
Jadę po południu, może w końcu zobaczę tego jej męża, który z taka wielką ochotą ma zamiar wykonywać i podporządkowywać się postanowieniu sadu. Nie wiem co to za luj, nie wiem co zrobi na mój widok. Mam tylko nadzieję że nie będzie najebany i mnie nie zapierdoli jakimś polanem drewna. Pukam do drzwi i znów otwiera mi nastoletni chłopczyk z odstającymi uszkami. Rodzice w domu, obydwoje, to wchodzę.
Lump i Patolka siedzieli na kanapie. Obydwoje dopiero co skręcili papierosa i zapalili, kawusia zrobiona, uśmiech na twarzy.
- Proszę usiąść, panie Kuratorze – zwróciła się do mnie a mnie zatkało na chwile. Kurwa, jaka sielanka. Dzieci bawią się na podłodze, którą zamiotła, trochę posprzątała, na stole słodycze, kawka, telewizor gra.
Przywitałem się, przedstawiłem cel swojej wizyty, zapytałem o weekendową interwencję Policji. Oczywiście to nie było tak, ona wypiła jedno piwo, mąż dwa, bo sobota i wypłata była, z mężem się nie kłóciła, tylko go wołała, a jakaś kurwa zadzwoniła po Policje że jest awantura. A ten strup na twarzy to drzwiami od piwnicy się jebła. Taki to malutki wypadeczek w domu. A Policja to stare skurwysyny, specjalnie tak piszą, bo ON, mąż, ma kilka wyroków i go nie lubią.
A tak w ogóle to ON, postanowił że wszystko się zmienia. Żona idzie na leczenie a ON bierze wszywę. Bo to tak nie może być, żeby pić i dzieci zaniedbywać. To jest „NIEETYCZNE”, przysięgam że takiego słowa użył. Bo oni dzieci nie pozwolą zabrać.
Ja pierdole, kurwa mać. Metamorfoza na całego. Chuja metamorfoza, starego misia na sztuczny miód, co to to nie. Ale bawię się z nimi w gierkę. Rozmawiam, ustalamy plan co mają zrobić, że mają dostarczyć zaświadczenia że wszywę wzięli, itp. Podziękowali i zapraszają ponownie. Jasne, że was, kurwa, odwiedzę.
2 tygodnie później
Cisza. Ani informacji że piją, ani informacji że nie piją. Dzwonię do OPS-u – cisza. Dzwonie do szkoły – wszystko w porządku. Nawet była raz w szkole. Jadę tam.
Jestem przed domem koło godziny 16.00. Na schodach wejściowych spotykam całą trójkę, włącznie z dwulatkiem, który zaczął nawet trochę chodzić, a teraz siedzi podtrzymywany przez chłopczyka. Pytam się gdzie rodzice.
- Tata w pracy a mama gdzieś poszła – odpowiada.
- A ktoś z wami jest, ktoś pilnuje? – pytam
- Tak, babcia – odpowiada.
Babcia? Jaka kurwa babcia?
- Wasza babcia? Jaka babcia? Gdzie ona jest? – dopytuję chłopaka i ładuje się do środka mieszkania. Dzieciaki podążają za mną. Wchodzę do dużego pokoju, w którym tak pięknie zostałem ugoszczony jakiś czas temu. Na tapczanie zauważam jakąś kobietę, w wieku nieokreślonym.
- Kim Pani jest? – mówię do niej przedstawiwszy się uprzednio.
- Ja dzieci pilnuję – odpowiada przestraszona
- A kto kazał pani dzieci pilnować?
- Iksińska po zakupy poszła, ma wrócić zaraz
- O której poszła po te zakupy? Jak długo tu pani siedzi
- Panie, ja nie wiem, rano, nie pamiętam.
 - O której mama poszła – pytam chłopaka
- O dziewiątej – odpowiada
- Co jedliście – zwracam się do nich, bo w kuchni nie widać było żadnego żarcia ani żadnego gotującego się gara.
- Nic – odpowiada
- To pani tu siedzi i nic dzieciom do jedzenia nie zrobiła? – wydarłem się na babę, która skuliła się na tapczanie. Pewnie jakaś upośledzona albo co innego. Kurwa mać jego!
W domu były ziemniaki, pogoniłem babę do obierania ich. Znalazło się kilka jajek w lodówce. Ziemniaki z jajkiem może zjedzą. Spisałem dane baby a jako że nie będę czekał na powrót mamusi, kazałem się jej podpisać, że będzie pilnowała dzieci do powrotu ich ojca, bo jak je zostawi, to ją do więzienia wsadzą. Wiem że kłamałem, ale co zrobię jak mi je zostawi. Przynajmniej mam pisemne oświadczenie.
1 dzień później
Szczerze, to już jest polowanie. Zaczynam polować na nią, kiedy złapie ją pijaną. Brzmi to strasznie, ale tak jest. Jadę rano, bo wtedy będzie szansa że ją złapie. Jak zwykle pukam do drzwi i wchodzę. Zastaje trojkę dzieci w domu.
- czemu nie w szkole? – pytam się dwójki najstarszych
- Zaspaliśmy na autobus – rezolutna odpowiedź.
- A czemu zaspaliście? – pytam dalej.
Cisza. Ok. Gdzie mama, dopytuję? Cisza. O kurwa, zajebiście. Cos nie gra. Mocno nie gra.
- Mama poszła do sklepu – po chwili namysłu chłopaczek wypala w moją stronę.
- To poczekamy na mamę – odpowiedziałem i poszedłem po sąsiadach się przejść.
Oczywiście, zdobyć informacje to nie lada wyczyn. Męczyłem, prosiłem, anonimowo i inne pierdolenie, żeby dowiedzieć się, że Iksińska od rana dzisiaj pije i pewnie poszła do jakiegoś Stacha, który melinę ma w chacie. Wróciłem do mieszkania i wygoniłem najstarszego chłopaka po matkę. Nic nie powiedział, tylko poleciał do Stacha.
Po około 10 minutach wraca. Widać że na cyku. Głos podniesiony, ruchy mało skoordynowane. Najebana. Kurwa jego mać. Wyganiam z powrotem chłopaka, tym razem po babkę, z którą wczoraj siedzieli. Ma tu przyjść i to szybko.
- I co panie kuratorze, ja tylko dwa piwka wypiłam – pierdoli w moja strone, ledwo na nogach stojąc.
- Dobrze pani Iksińska, tylko dwa piwka – ironizuję.
- Pan mi nie zabierze dzieci? – dopytuje swoich przechlanym głosem
- A czy ja pani mam zamiar cokolwiek zabierać? Pani lepiej się położy, odpocznie, bo zmęczona chyba – dalej gadka pierdolenie szmatka.
Wrócił chłopak z babcią. Ta nie wie co się dzieje. Nie chce zostać. Komplikuje mi sytuację. Mówię jej żeby posiedziała choć z 2 – 3 godziny, a jak dzieci zjedzą to po obiedzie sobie pójdzie. W międzyczasie chciałem wrócić do Sądu i powiedzieć sędzi, żeby pilne postanowienie wydała o umieszczenie w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Jak mi się uda, to jeszcze dzisiaj zrealizują.
Dzieciaki zabrano dnia następnego. Trafiły do Pogotowia Rodzinnego, a potem do rodziny zastępczej. Odzyskały dzieciństwo.

sobota, 7 lipca 2012

Trupie muszki

Trafił mi się nadzór. Baba żyjąca z facetem, mężem nawet, nie konkubinat, co zaczyna być rzadkością w tym skurwiałym środowisku. Czworo dzieci, gdzie najstarsze ma lat 12 a najmłodsze 2 latka. Dwulatka, dajmy jej na imię Ania, FAS ma buźce wypisany. Szczerze mówiąc, to jak patrzę na to, to cały czas się zastanawiam, co do kurwy nędzy się dzieje, ze wcześniej tych dzieciaków już ktoś nie zabrał.
Jedynym pocieszającym faktem jest to, że cos się kurwa w tym społeczeństwie zmienia. Jeszcze 10 lat temu, chlejąca i mnożącą się po pijaku taką rodzinę, społeczność wiejska, bo o takiej jest tutaj mowa, nikt nie zauważał. Wszyscy wiedzieli że Iksińska chleje, jej mąż też, mnożąc dzieci na potęgę które upośledzone są od wódy. Nikogo nie obchodzi, że później będą kończyć szkoły specjalne, dostawać renty socjalne i też będą chlać wódę, jak ich rodzice, znowu się mnożąc. Perpetuum Mobile. A ty płac zasiłki, zapomogi i utrzymuj ich do końca ich beznadziejnego życia. Żeby jednak nie było, nie oskarżam dzieci tylko ich rodziców i system, który w imię wolności i braku ingerencji w „pozycie małżeńskie” nie zrobi nic, by ten patologiczny krąg przerwać.
Pierwsza wizyta
Zapyziała wiocha na skraju powiatu. Kolonia, gdzie raptem 10 domów istnieje. Dom to typowy barak, przerobiony na mieszkania, których jest tam chyba z 5. Wszystko wygląda jak jedna wielka ruina, którą najlepiej zrównać buldożerem. Obok podwórko, jakieś szopy, łażące kury, kundle na łańcuchach, umorusane dzieciaki grzebiące patykami w psich gównach. Wszystkie brudne, umorusane, bez żadnej opieki kręcące się wokół budynków, które pełnią funkcję komórek. Obok stoi jakiś zdezelowany maluch, golf dwójka – oznaka dobrobytu  nielicznych mieszkańców. Czas zatrzymał tu się jakieś 20 lat temu. Jakiś tubylec w gumiakach wyszedł z szopy. Przepity, brudny luj, koło sześćdziesiątki, trzymający w ręku kurę, której przed chwilą upierdolił siekierą głowę, ale w pośmiertnych drgawkach wydawało się że jeszcze żyje. Obiad niesie. Pytam o rodzinę iksińskich. Wskazuje kurą na odrapane drzwi pośrodku baraku. Podchodzę i pukam. Drzwi otwiera nastoletni chłopczyk. Odstające uszka, krzywy zgryz, podrapany na twarzy. W ręku trzyma małego kotka – żywego. Pewnie tatuś nie zdążył jeszcze utopić w wiadrze. Pytam o rodziców. Jest mama, ojciec gdzieś w lesie dorabia.
Iksińska jest po trzydziestce. Zniszczona, bezzębna, ale włosy zaplecione w warkocz. Na rencie socjalnej cos koło 500 złotych miesięcznie, plus jakieś zasiłki z OPS i rodzinne. Ukończyła szkołę specjalną, nawet zawód zdobyła – pomocnik kucharza. Znaczy się, wykształcona. Oczywiście nigdy nie pracowała, zaczęła rodzić i tak późno, jak na takie środowisko, bo w wieku lat 20. Mówię jej o celu wizyty, pytam czy wie ze ma ograniczoną władzę rodzicielska i takie tam. Odpowiada prostymi zdaniami, czasami nie rozumie moich pytań, co chwile wtrącając że męża nie ma, a „on wie lepiej”. Iksińska nie pamięta dat urodzenia swoich dzieci, szuka starego dowodu osobistego, bo tam sobie „powpisywała”. Spisuje z zielonej książeczki potrzebne dane.
Zastanawia Was pewnie, jak to się stało, że Iksińska dostała nadzór kuratora. Dotychczas wszyscy przymykali oczy na to co się dzieje. Te dzieciaki w wieku szkolnym, łaziły do wiejskiej szkoły, która była w wiosce obok. Tak naprawdę to nikt się nie zainteresował tym, cze może tak się dziać źle. Zresztą, co tu się interesować, jak połowa dzieci w takiej wiejskiej szkole pochodzi od patoli. Poziom nauczania żaden, prawie wszystkie dzieciaki korzystają z bezpłatnego dożywiania, ubrania przynoszą nauczyciele, czasami dadzą kanapkę. Wszyscy przyzwyczaili się, że te dzieci są biedne. No i co kurwa z tego?
A teraz, drodzy czytelnicy, w tym wszystkim jest drugie dno. Chodzi o pieniądze. Tylko i wyłącznie. Szkoła wiejska, na takiej zapadłej dziurze nie może sobie pozwolić na stratę żadnego ucznia. Wszyscy drżą na myśl, że jakieś dzieciaki mogą zostać zabrane do bidula. Jeżeli szkoła ma sześćdziesięcioro dzieci i dajmy na to w ciągu roku, ubędzie jej siedmioro dzieci. Czyli ponad 10% uczniów! A nie daj Boże, niech jeszcze dojdzie do tego wielodzietna rodzina, gdzie jest 10 dzieci? Burmistrz powie – zamykamy szkołę bo się nie opłaca utrzymywać. Dlatego żaden z nauczycieli, dyrektor czy ktokolwiek nie będzie zgłaszał, że dzieci u nich są w katastrofalnej sytuacji. Dokarmiają, dożywiają, ubierają, robiąc wszystko, by nie stracić żadnego dzieciaka. W tym przypadku, szczęściem w nieszczęściu było to, ze jakaś nowa nauczycielka, nie znająca zasad szkoły, napisała do Sądu bez wiedzy dyrektora, pismo. I maszynka ruszyła, w konsekwencji ograniczając Iksińskim władzę rodzicielską.
Iksińska pije. Dużo. Jej mąż też. Dzieciaki nie maja przyborów szkolnych, podręczniki załatwia szkoła, chodzą brudne, głodne, czasami zawszawione. Mały zasób słownictwa, nie uczące się, przepychane z klasy do klasy. Najmłodszy dzieciaczek, pomimo swoich dwóch lat, porusza się na czworakach, nie umie jeszcze chodzić. Grubiutki, wręcz spasiony pewnie na jakiś kluchach czy innym mącznym żarciu. Kochany mąż chleje codziennie. Co prawda pracuje, ale z pracy wraca o dwudziestej – po kilku piwach czy ja bolach. Potem awanturka, danie żonie po mordzie, zżarcie kolacji i spać. I tak co dzień. Iksińska pije rano. Jak stary do roboty pójdzie. Zaczyna popijać jakiegoś jabola, by koło południa nawalić się i pójść spać. Wstaje potem o trzeciej-czwartej i robi obiad. Ziemniaki lub jakieś kluchy. Perpetuum kurwa Mobile.
Mieszkanie ma dwa pokoje. Prowizoryczna kuchnia, gdzie stoi piec opalany drewnem. Odrapane, zagrzybione ściany, stare, wypaczone drewniane okna, podłoga lepiąca się z brudu – leżało na niej jakieś gumoleum, bo kilka razy potknąłem się o odstającą gumę. Zasyfione firany, wszędzie pełno much latających. Usiadłem na kanapie i położyłem zeszyt na stole – rozglądając się wokoło zauważyłem nieopisany kurz na starych i zniszczonych meblach i małe czarne kuleczki. Kuleczki? Nie, to musze trupki, które pozdychały i zasychały na domowych sprzętach. Najmłodsze dziecko zbierało te kuleczki i wkładało do buzi. Miłe.
Mówię Iksińskiej że jak nie przestanie pic to zabiorę dzieciaki. Krótko, bezpośrednio i na temat. Dostaje szansę – zgłasza się do Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów alkoholowych, bierze wszywę, podobnie jak mąż, przynajmniej raz w tygodniu kontaktuje się ze szkołą, zaczyna ogarniać dom, dzieciaki, może załatwię jej wzmożoną kontrol z OPS, dzieciakom jakieś kolonie socjoterapeutyczne. Ale kurwa, ma nie chlać!.
Daje jej tydzień na kontakt z Alkoholówką, ma jechać do Opieki po kasę na wszywę, ma stawić się u nauczyciela w szkole. Straszę, że będę co kilka dni sprawdzał jak się ogarnęła.

5 dni później
Chuja załatwiła, nie stawiła się w Gminnej Komisji, nie była w opiece. Jadę do niej. O dziwo była trzeźwa, gotowała obiad, dzieci w szkole. No cóż, trzeba odegrać szopkę i pokazać ze nie ma żartów ze mną. Kazałem otworzyć sobie lodówkę, żeby zobaczyć czy ma żarcie, margaryna, jakieś parówki i konserwa.  Pootwierać szafy, bo sprawdzam czy dzieci mają czyste rzeczy – jakieś łachy miały, nie jest źle. Środki higieniczne – szampon, mydło było. Aha, oni nie mają łazienki. Myją się w misce na środku kuchni. Kibel w szopie. Dałem patolce znowu tydzień.

2 tygodnie później
Zapomniałem o niej. Miałem inną robotę. Dzwonię do Gminnej czy była. Nie. Dzwonię do szkoły – raz się pokazała. Wszystko bez zmian. Znowu jadę. I znowu trzeźwa. Zjebałem ją że nie tak się umawialiśmy, ale czuję że to bez sensu. Jej mąż też ma na wszystko wyjebane. Zostawiłem kartkę, że ma się stawić u mnie na dyżurze w sądzie – z nim też chcę pogadać.

1 tydzień później
Chuja się stawił. Ma na to wyjebane. W OPS-ie znowu dali jej zasiłek. Na żywność. Co by głodna nie chodziła ona i jej dzieci. Ciekawe czy wiedzą, że jej dziecko żre zdechłe muchy?

1 tydzień później
CDN….
(Będziecie mnie linczować, ale postaram się dokończyć jak najszybciej)

poniedziałek, 2 lipca 2012

Nielatka


Miałem ja kiedyś pewną nielatkę. Nielatka, dziewczę lat 16 trafiło pod opiekuńcze skrzydełka kuratora, ponieważ powtarzała chyba po raz drugi i trzeci pierwszą klasę gimnazjum, a ponadto miała ciągoty do szlajania się po różnych melinach, z co najmniej o 10 lat starszymi „kolegami” Ot, na początku pomyślałem, młoda gówniara chce być na siłę dorosła i wyjebane ma na szkolę, kosztując dorosłego życia.
Nawet zbytnio się nie zastanawiając, nadzór powierzyłem kuratorowi społecznemu. Mam ja taką młodą dziewczynę, po resocjalizacji, pracująca co prawda w prywatnej firmie jako przedstawiciel handlowy, ale z powołania i racji wykształcenia chce pracować z młodzieżą trudną, to niech ma – wrzucam jej takie przypadki, a ona uprzykrza im Zycie na wszystkie możliwe sposoby i naprawdę się stara, by czymś ich zainteresować. Taka pasjonatka walki z przeciwnościami. Kuratorką zawodową powiedziała że nigdy nie zostanie, bo czasami jej premia od jakiegoś podpisanego kontraktu przekracza moje trzymiesięczne zarobki. Niestety nie potrzebują tam do pracy L.
Kuratorka moja zrobiła objecie nadzoru, napisała diagnozę środowiskową i wszystko to, co potrzebne było, by kwitek się zgadzał i żeby kontrol się nie dojebała, że cos źle zrobione czy w aktach niedokładnie wpięte. Wierzcie mi, w pracy kuratora czasami liczy się jedno: zwrotka, termin, pieczątka. Kiedyś się pomyliłem. Oddałem sędzi wywiad środowiskowy, w którym oprócz sygnatury i nagłówka, reszta opisu pochodziła z innego wywiadu. Po prostu pisałem jeden wywiad „na drugim” i zapomniałem w Wordzie zapisać zmian. Potem to wydrukowałem, po ponownym otwarciu i oddałem do sędziego. Tylko ja ten błąd zauważyłem – po kilku miesiącach.
Nielatka, jak to Nielatka, której na szkole nie bardzo zależy, bo ma na to „wyjebane” jak zdążyła poinformować swoją panią kurator, miała centralnie wyjebane także na sąd. Ostentacyjnie wyłaziła kuratorce z chaty, jak ta przyłaziła, w ogóle nie chciała z nią rozmawiać, dalej włóczyła się po melinach i patrzeć tylko, jak zakurwi się gdzieś pod płotem i przyniesie dzieciaka w brzuchu – owoc miłości z jakimś nierobem lub menelem, który wcześniej podleczył ja pewnie alkoholem.
Bohaterka nasza wychowywana była przez mamusię i tatusia. Znaczy tatuś nie wychowywał, on nawet nie mieszkał z nimi, tylko 3 domy dalej u swojej mamusi. Nie to że mamusia jego była chora czy stara, o nie. Po prostu taki układ. Oficjalnie byli małżeństwem i są razem, więc ok, ich sprawa. Mamusia była osoba trunkową. Znaczy nie odmawiała sobie kielicha i metodycznie, co kilka dni musiała się urżnąć w trupa. Taka to już była tradycja w tym domu.
Zbliżały się wakacje. Przychodzi do mnie kuratorka i mówi, że Nielatka pewnie znowu nie zda. Chujowo, to już będzie chyba trzeci raz powtarzanie klasy pierwszej. Ponadto, jak zrobi się już naprawdę ciepło, to poleci z cieczką po melinach i się zmarnuje, pewnie jakąś ciążą.
I kiedy tak się zastanawiałem, żeby napisać wniosek o umieszczenie jej w Młodzieżowym Osrodku Wychowawczym, stał się cud. Bo jeżeli cudem można nazwać chorobę matki, która spowodowała, że ta trafiła do szpitala. Okazało się, że w szpitalu poleży bardzo długo, jakieś operacje i komplikacje. Wszystko byłoby ok., gdyby nie tatuś, który po kilku dniach od umieszczenia żony w szpitalu powiedział i napisał:
„Odmawiam sprawowania opieki nad córką, proszę ja zabrać do domu dziecka”.
Zajebiście, jak chuj. Pozostał tylko Bidul, bo żadnej dalszej rodziny pod ręka nie było, a nawet jeśliby była, to pewnie za bardzo nie zainteresowaliby się jej losem. I tak oto nasza Nielatka, wylądowała w tym przytułku beznadziejności, gdzie szerzy się jeszcze większa patologia i demoralizacja. Tak kochani czytelnicy. Jeśli wyobrażacie sobie że dom dziecka to miejsce, gdzie małe dzieci siedzą sobie w kółeczku z panią wychowawczynią i bawią się w „łapki” przez cały dzień i są głaskane po główkach, to jesteście w wielkim błędzie. Ale o tym nie będę teraz pisał. Tak więc, nasza Nielatka trafiła do bidula, bo po prostu nikt jej nie chciał, a matka wylądowała w szpitalu.
Po niedługim czasie, w kartach kuratorki społecznej, zacząłem czytać bardzo niepokojące informacje odnośnie zachować seksualnych naszej bohaterki. Okazało się, że nasza dziewczyna nie ma żadnych oporów, aby chłopcy dotykali jej piersi, tyłka i wkładali, powiedzmy to bez ogródek, rękę w majtki. Zresztą, ubierała się wyzywająco, sama łapała chłopaków za jaja – jednym słowem prowokowała.
I wtedy stał się kolejny cud. W bidulu pracował psycholog. Nigdy nie miałem o niej dobrej opinii, bo potrafiła czasami takie farmazony pierdolić, ze aż skręcało, ale tym razem stanęła na wysokości zadania. Zadzwoniła do mnie któregoś dnia i mówi:
- Panie Kuratorze, wczoraj rozwiałam z Nielatką i wie pan co, przyznała mi się że jak miała 13 lat to ojciec kładł się z nią do łóżka i …. Wie pan, gwałcił ją.
Zatkało mnie. Ja pierdole, pomyślałem i po skończeniu rozmowy zadzwoniłem do dyrektora Bidula. Dyrektor poinformował mnie, że właśnie piszą zawiadomienie do prokuratury.
W sądzie niestety potwierdziło się, że Nielatka była przez ojca molestowana seksualnie. To dlatego nie mieszkał w domu z nią i matką a potem odmówił sprawowania opieki. Nielatce tez powichrowało to psyche – jej zachowania seksualne były następstwem wcześniejszych przeżyć. A oprócz tego w towarzystwie o wiele starszych facetów szukała substytutu ojca.
A co się dzieje z Nielatką? Ukończyła gimnazjum, poznała jakiegoś faceta i w wieku 19 lat, po opuszczeniu bidula wyjechała z nim za granice do pracy. Chce tam zostać chyba na stałe.
Jej stary poszedł siedzieć i z tego co pamiętam to jakieś kilka lat odsiedział. Matka zmarła chyba z rok po trafieniu do szpitala, nie pamiętam już na co.